Lata temu, będąc studentką muzykologii, tłukłam się z myślami nad tematem magisterki w specjalizacji etnomuzykologicznej. Z jednej strony warszawskie kapele podwórkowe, ich sznyt i ten niepodrabialny miejski lament, z drugiej – „nowa muzyka góralska” i cała rewolucja, jaką na Podhalu zrobili Trebunie-Tutki. Ostatecznie wygrał lokalny patriotyzm. I choć ktoś mógłby pukać się w czoło, że to próba ożenienia ognia z wodą, wczorajszy czerwcowy koncert obu składów w zakopiańskiej Willi Oksza udowodnił, że te dwa światy mają ze sobą wspólnego znacznie więcej, niż nam się wydaje.

Bo to nie jest tak, że ta międzyregionalna chemia wzięła się znikąd. Żeby to zrozumieć, trzeba pogrzebać w historii i przypomnieć sobie, że twórcy nut dla przedwojennych kapel ulicznych, zwłaszcza w dwudziestoleciu, regularnie meldowali się pod Tatrami. Zakopane tętniło wtedy życiem bohemy, a miejskie cwaniaki i warszawscy kompozytorzy przesiąkali tutejszą energią, co potem zostawiało trwałe ślady w ich partyturach.

I tu wchodzi Warszawskie Combo Taneczne, całe na biało, robiąc genialną, absolutnie bezkompromisową robotę archeologiczną. Wyciągają z niebytu numery i nazwiska, które dawno zniknęły w cieniu najgłośniejszych szlagierów. Wczoraj dostaliśmy od nich m.in. tango Lalka Igo Krasowskiego. Krasowski, dziś niemal zupełnie zapomniany, miał niesamowity dryg do melodii. A jako smaczek dodam, że ten sam facet miał w swoim przedwojennym repertuarze… Tango góralskie.

W Okszy spotkały się więc dwie muzyczne instytucje. Z jednej strony ekipa Janka Młynarskiego – nagrodzeni Fryderykiem strażnicy warszawskiego bruku, którzy z ogromnym szacunkiem i miejskim swingiem reanimują dawne walczyki i polki. Z drugiej strony Trebunie-Tutki – absolutne legendy, które jako pierwsze rozbiły betonowy stereotyp kapeli stricte tradycyjnej, pokazując, że giewontowa nuta świetnie rymuje się z reggae, jazzem i światem.

To co wydarzyło się na scenie miało jasną strukturę, ale momentami przypominało jam session. Zespoły zaczęły ze sobą dialogować. Warszawa rzucała rzewne tango? Podhale odpowiadało drapieżną, surową nutą. Ze sceny płynął stołeczny walczyk – Zakopane ripostowało swoim. Kilka numerów zagrali razem, a czasem muzycy obu kapel dołączali do siebie spontanicznie.

Fuzja instrumentarium miejskiego i tradycyjnego podhalańskiego stworzyła fakturę, jakiej jeszcze nie słyszałam. To było zupełnie nowe, gęste i hipnotyzujące doznanie brzmieniowe. Zwizualizowali to Krzysztof Trebunia-Tutka i jego córka, którzy zatańczyli ozwodnego do granej przez warszawską kapelę uliczną melodii.

Ale poza tą całą naukową podnietą, najwspanialsza była czysta, fizyczna wręcz przyjemność ze słuchania ludzi, którzy są po prostu wybitnymi instrumentalistami. Kiedy skrzypce Andrzeja Polaka z Trebuniów zaczęły gonić się w szalonym dialogu z banjo Janka Młynarskiego, a saksofon Tomasza Dudy wszedł na te swoje rejestry, od których człowiek dostaje gęsiej skórki – w Okszy po prostu gęstniało powietrze. Patrzenie na muzyków, którzy nie odtwarzają materiału, ale cali stają się dźwiękiem, było prawdziwą ucztą. Wychodzisz z czegoś takiego i masz w sobie potężny głód, żeby ten stan zatrzymać, schować do kieszeni i zabrać do domu.

Dlatego mam do Warszawskiego Comba i Trebuniów jeden, wielki, gorący apel: zamknijcie się razem w studiu albo wypuśćcie oficjalny zapis tego wczorajszego szaleństwa. Wspólna płyta – choćby koncertowa – to w tym momencie moje największe muzyczne marzenie. Zróbcie to dla nas, bo polska scena tradycyjna rzadko miewa tak genialne i naturalne spotkania na szczycie.

Kaśka Paluch