Monika Mariotti: Na syberyjskim stepie, jak w domu [WYWIAD]

fot. arch. Monika MariottI

Monika Mariotti swoją aktorską karierę zaczynała na deskach teatru WARSawy w spektaklu "Kompleks Portnoya", w którym gra do dziś. Póżniej można ją było zobaczyć w muzycznym monodramie "Moja Nina", w którym nie tylko wcieliła się w postać słynnej wokalistki ale też wykonywała jej piosenki w polskim przekłądzie Katarzyny Groniec. Od kilku lat znana jest telewizyjnych seriali - odgrywane przez nią postaci są zabawne, energiczne i wzbudzają ogromną sympatię widzów. Ci, którzy sobotnie przedpołudnia spędzają z telewizją śniadaniową, od niedawna mogą też podziwiać Monikę Mariotti w nowej roli - podróżniczki prowadzącej program "Słyszałam, że...". I właśnie to ostatnie wcielenie Moniki Mariotti zainteresowało nas najbardziej! Kim jest pogodna i spontaniczna aktorka, która od kilku miesięcy oprowadza nas po Włoszech, Syberii, Estonii? Czy włoskie korzenie miały wpływ na jej charakter i czy Monika jest "prawdziwą podróżniczką"? Z Moniką Mariotti rozmawiała Iśka Marchwica.

  • Monika Mariotti jest pół-Włoszką pół-Polką, w Polsce od kilku lat rozwija aktorską karierę
  • Wiele lat temu Monikę zafascynował gardłowy śpiew Mongołów - od tamtego czasu chciała poznać ten kraj i jego kulturę
  • Monika najlepiej czuje się na Syberii - wśród stepów i piękna przyrody, Jakuci poznali się też na jej muzycznym talencie, dlatego Monika śpiewała podczas jednego z najważniejszych jakuckich świąt

Iśka Marchwica, Etnosystem.pl: Twoje zainteresowania podróżnicze nie są do końca typowe, zresztą dopiero niedawno zdradziłaś się ze swoimi pasjami.
Monika Mariotti: Karierę aktorską zaczęłam tak naprawdę dość późno, a podróżować zaczęłam… już jak miałam trzy miesiące! Moja mama jest Polką, tata Włochem, a urodziłam się we Włoszech. Po trzech miesiącach od urodzin, rodzice zdecydowali, że mnie zawiozą do Polski. Był 1976 rok, jechaliśmy dwa dni samochodem, Volkswagenem, oczywiście ciężko się podczas tej podróży pochorowałam… Ale tak - była moja pierwsza daleka podróż. Od tego momentu co roku odbywałam trasę Polska-Włochy, podróżniczy bakcyl sprzedał mi też mój ojciec. Potrzebę ciągłego ruchu, zmiany otoczenia odziedziczyłam też po mamie, która ciągle zmieniała mieszkania. Ja też nieustannie się przeprowadzam - miałam już w życiu trzydzieści sześć mieszkań - a mam czterdzieści lat! Dopiero niedawno osiadłam na dłużej… ale już czuję, że muszę coś zmienić - może właśnie mieszkanie! [śmiech].

Do Włoch wracasz i też trochę nam te Włochy pokazałaś w swoim programie telewizyjnym…
Trochę, bo te “moje” Włochy, te z których pochodzę, to środkowe Włochy - ojciec pochodził z okolic Perugii, Asyżu. Potem przeprowadził się na wybrzeże do miasta Senigallia, w okolicach Ankony… Na pewno większość czytelników kojarzy bardziej Rimini...

Nawet byłam raz w Rimini!
No widzisz, to od Rimini jakieś czterdzieści minut drogi jest moje miasto. Właściwie to miasteczko, bo liczba mieszkańców to zaledwie 50 tysięcy osób! Przez długi czas mieszkając we Włoszech borykałam się z mentalnością małego miasteczka, w którym byłam nazywana “la Polacca”. O tyle jest to śmieszne, że w Polsce mówią na mnie “ta Włoszka” [śmiech]. 

Temat twojej tożsamości narodowej był chyba najbardziej egzotyczny, jak zaczynałaś karierę w telewizji.
Tak, a już naprawdę nie wiem co odpowiadać! Ludzie - o co wam chodzi? Rękę mam włoską, a włosy polskie?! Naprawdę - to nie jest aż takie dziwne… Są ludzie, którzy mają korzenie chińsko-niemieckie - to jest dopiero ciekawe! A ja siebie uważam, za dość nudny przypadek, jeśli chodzi o narodowość… Ale wiem chyba o co chodzi - jak w urzędzie mówię, że się nazywam Mariotti, a pani w okienku się zachwyca, jakie piękne nazwisko, to ja się domyślam co ona widzi! Może ta pani widzi włoskie kawiarnie, gdzie się piło kawkę i wódeczkę, a w tle śpiewał Drupi, ona słyszy to “Volaaaaareeeee….” i jej się dobrze kojarzy [śmiech].

W kilku miejscach jesteś opisywana, jako “aktorka i podróżniczka”. Czy ty się czujesz podróżniczką?
O, zdecydowanie! Nie wiem, czy nie bardziej niż aktorką [śmiech]! Jestem stuprocentową podróżniczką, ale nie widzę tego, jako zawód. Jestem aktorką i wokalistką - mam warsztat, w ten sposób zarabiam. Podróżowanie to moja pasja i przyjemność. Tak się złożyło, że teraz te podróże też wcieliłam do elementu życia zawodowego, ale nie wiem czy to nazywać  moją “pracą”. 

Ale jednak pokazałaś się z podróżami w Dzień Dobry TVN. W serialu “Przepis na życie”, jako dziennikarka Viola Korba mówisz, że poza pracą robisz inny projekt “dla samej siebie i żeby nie zwariować”. Zastanawiałam się, czy “Słyszałam, że...” tak samo zaczęłaś robić, “żeby nie zwariować”.
Po pierwsze, to uważam, że zwariować bardziej już się nie da. Są momenty w życiu bardziej i mniej racjonalne, a cokolwiek robisz i tak życie może dać w kość. A po drugie - cały podróżniczy cykl dla TVN nie wyszedł ode mnie. Kilka lat temu zostałam zaproszona do DD TVN do rozmowy właśnie na temat tożsamości narodowej. Ktoś się dowiedział, że poza tym, że jestem pół Włoszką to jeżdżę też po Syberii. Już po programie złapała mnie redaktorka programu i mówi “Słyszałam, że podróżujesz. To zrób dla nas coś!”. I na tym się właściwie skończyło, bo ona nie wiedziała jeszcze, co by to miało być, a ja, jako Monika Mariotti, nie miałam zamiaru pokazywać się w telewizji. Pokazywałam się owszem, ale jako moja postać, jako Viola, Ewa… Dużo myślałam i się zastanawiałam nad tą propozycją, a że miałam amatorski prywatny materiał z podróży po Syberii, które przebyłam kilka lat wcześniej, postanowiłam pokazać to producentom TVN. I tak film, który powstał, żeby pokazywać znajomym Syberię, trafił do telewizji. Poznałam niesamowicie zdolnego fotografa, podróżnika i dziennikarza, z którym powstał pomysł na program “Słyszałam, że...”. Z Arturem Kotem tworzymy teraz scenariusze do odcinków i jedziemy razem a on stał się operatorem. Cztery miesiące zajęło mi zaakceptowanie w telewizji swojej twarzy, bez maski jakiejś postaci [śmiech]! Poza tym - ja nie jestem przecież reporterką…

Może dlatego widzom tak podobają się te materiały - są naturalne i szczere.
Dlatego mogę przyznać, że jestem podróżniczką, ale nigdy nie powiem, że jestem reporterką. Nie jestem zawodowcem, z nikim się nie ścigam, a moje materiały pokazują mój sposób na podróżowanie, zgodny z moimi przekonaniami, poglądami i życiową filozofią.


Poznawanie kultur zaczęłaś wcześnie, ważnym krokiem były chyba studia - filologia rosyjska. A dlaczego nie włoska - byłoby ci łatwiej [śmiech]!
O… nie, dziękuję bardzo! Ja miałam trzynaście lat w szkole we Włoszech naukę języka i literatury, nie miałam zamiaru jeszcze raz tego przeżywać! A dlaczego rosyjską? Mam wrodzoną zdolność do nauki języków. Wystartowałam w życie, jako trójjęzyczna osoba - od mamy mówiłam po polsku, od taty po włosku, a do tego po angielsku, bo rodzice przez jakiś czas między sobą rozmawiali po angielsku. Od początku było więc wiadomo, że ja będę się zajmować w życiu językami. Jako uczennica, miałam dwóje z przedmiotów ścisłych, a jak widziałam cyfry to się od razu pociłam. Wiem, że dostawałam czasami wyższe oceny, bo byłam “sympatyczna”, ale nauczyciele kazali mi przyrzekać, że nigdy nie będę zajmować się matematyką [śmiech]! Więc, jak miałam 11-12 lat uwielbiałam tłumaczyć - tłumaczyłam teksty piosenek Beatlesów na włoski i polski, to była moja pasja! Na filologię rosyjską zdałam, bo znałam już także niemiecki i francuski, a na filologię polską nie było miejsca. Wiesz… ja nie jestem szalona - ja nie chciałam sobie dodawać roboty! Były miejsca na filologię portugalską i inne języki, ale ja pomyślałam, że rosyjski podobny jest do polskiego… to nie będę miała dużo nauki [śmiech]! Cieszę się, że wybrałam i skończyłam te studia. Teraz uczę się jeszcze buriackiego, u Ayura, jedynego bardzo fajnego Buriata, jakiego znam w Polsce.

Bardzo wciągnął cię temat Syberii. Wiem, że Syberia jest postrzegana jaki kraj dziki i dziwny, ale mnie nie dziwi, że tak bardzo ci się tam spodobało.
Wiesz, jeśli chociaż trochę poznasz temat stepów, obejrzysz zdjęcia jurt, poczytasz o tym kraju, to nie jest to zaskakujące, ale trzeba trochę poznać ten temat, żeby zrozumieć miłość do Syberii. Tak samo jest z Estonią, o której nie wiemy nic, a do której pojechałam robić kolejne odcinki dla DD TVN. Zwiedzamy i jeździmy do miejsc oczywistych, świetnie wszystkim znanych - Wielki Mur w Chinach, Taj Mahal w Indiach. A stepy na Syberii… Może tam nie ma przewodnikowych zabytków, ale ja tam uwielbiam to odczucie w stosunku do natury. Tam czujesz się takim człowiekiem, jakim naprawdę jesteś przed przyrodą, czyli małym. W taki sposób ćwiczę pokorę i wdzięczność za to co mnie otacza.

Na tych ogromnych przestrzeniach znalazłaś ludzi, z którymi spędziłaś dużo czasu, do których wracasz, których polubiłaś. Jak na nich trafiłaś, miałaś jakieś kontakt, plan?
Ja plan mam - zawsze dopracowany, ale zostawiam też dużo miejsca na improwizację. Historia mojej fascynacji Mongolią i Syberią jest prosta i sięga ponad dwadzieścia lat wstecz. Jak miałam 18 lat poszłam na koncert grupy z Mongolii, na którym usłyszałam śpiew gardłowy. Ta muzyka i to brzmienie zachwyciły mnie tak, że już wtedy wiedziałam, że kiedyś tam pojadę. Zrealizowanie tego planu zajęło mi… piętnaście lat! Przyjechałam najpierw do Polski i potem z moją przyjaciółką, Marleną Moździńską wybrałam się w podróż do Syberii i Mongolii*. Ta podróż była naprawdę spełnieniem marzeń. Od lat byłam zafascynowana tym rejonem, nawet nick w adresie mailowym miałam “Jezioro Bajkał”! Dlaczego? Nie wiem. Wierzę w przeznaczenie i działania zgodnie z instynktem. Jestem astrologicznym baranem, więc najpierw robię, a potem ewentualnie nabijam sobie guzy… Przejeżdżając więc koleją transsyberyjską przez Syberię, czułam już wtedy, że będę musiała tu wrócić. W Mongolii chciałam się zbliżyć do tej pierwotnej kultury, szukałam jakiegoś szamana… Ale jak znalazłam jednego, za którym szła grupa Holendrów, to uznałam, że lepiej będzie, jak wezmę konia i pogalopuję po stepie.

W Syberii interesują cię konkretne miejsca.
Jestem bardzo związana z Buriacją. Byłam też w Jakucji, żeby zobaczyć jak tam jest i poczuć różnicę. Bo o Syberii mamy słabe pojęcie i mało kto widzi różnicę, między Buriacją, Jakucją, a Tuwą. Te różnice widać zwłaszcza, jak jedzie się koleją transsyberyjską - czujesz się jak w teledysku. Każda kolejna stacja to inni ludzie, widać dokładnie jak się zmienia organizm, jak się przystosowywał do warunków! Jak ciemnieją włosy, oczy stają się skośne, skóra bardziej “żółta”. Coś niesamowitego!

Sama podróż koleją transsyberyjską to już dla niektórych jest szczyt marzeń…
Jechałam kilka razy, bo tam gdzie ja jeżdżę, do Buriacji nie ma możliwości innego transportu, i szczerze mówiąc…. na razie wystarczy [śmiech]! Widoki są oczywiście piękne, ale to jest pociąg, którym jedziesz sześć dni. Dla niektórych może być niewygodnie, ludzie… no cóż - po sześciu dniach bez prysznica i na samych mokrych chusteczkach mogą nie pachnieć jak róże, ale cóż - życie, prawda... Chcę zabrać do Buriacji mojego chłopaka, dla niego poświęcę sie jeszcze raz [śmiech]! Ale tak naprawdę prawie zawsze byłam sama w pociągu więc cieszę się, że będę mogła się wreszcie dzielić przygodą.

Naprawdę nie ma innego sposobu, innej drogi?
Oczywiście, możesz przelecieć samolotem, ale wiesz o co chodzi… Podróż to podróż. Niedawno byłam w Tajlandii - po bardzo intensywnym czasie w pracy uznałam, że należą mi się wakacje. Siup - samolot - Warszawa- Bangkok… Nie wiedziałam, gdzie jestem i co się dzieje! To był zbyt drastyczny przeskok! Buddyści mówią, że nasze ciało może przemieszczać się szybko, ale nasza dusza zawsze dotrze do tego miejsca kilka dni później. Dlatego odbywanie podróży stopniowe, powolne, przeżywanie każdego kilometra jest dużo lepsze - bo dusza jedzie razem z ciałem. Podziwia wszystkie chatki i drzew po drodze. A kiedy lecisz samolotem - dusza zostaje na lotnisku macha ci z dołu i mówi “Ej halo! Do zobaczenia za tydzień!”.

Takie podejście do podróżowania wydaje mi się bardzo zgodne z południowym stylem życia, może to jest ten twój włoski “fragment ciebie”...
Musisz wiedzieć, że to że Włosi czy Hiszpanie wolniej żyją, nie znaczy, że oni są spokojniejsi. Powiedziałabym, że mój sposób podróżowania jest bardziej polski niż włoski, bo Polacy nie mają takiego… ADHD, jakie mają Włosi. To jest dość ciekawe, bo zapewne ty i wiele innych osób, widzicie Włochów, jak sobie popija kawkę na placu czterdzieści minut. Ja też często aktorsko pokazuję różnicę między Włochem a Polakiem w sposobie siedzenia. Włoch się na krześle rozlewa, siedzi, jak mu wygodnie. Polak - trzyma fason, bo nie wypada, bo trzeba prosto. Ale taki stopniowy spokojny sposób podróżowania nie jest włoski, bo Włosi lubią wygodę! Poza tym, nawet kraje, które wybieram nie są dla nich ciekawe, bo oni widzą Syberię, Estonię, Ukrainę, jako kraje zimna i pustki - a to dla nich jest obce. Nie są też tak refleksyjni, jak Polacy, a właśnie o to chodzi w takim powolnym podróżowaniu. Natomiast to, jak rozmawiam potem z ludźmi, to już jest włoskie - otwartość, chęć rozmowy, kontakt z ludźmi - to zdecydowanie włoskie podejście. 

Pamiętasz swoją pierwszą samodzielną podróż?
To był pierwszy przejazd z Polski do Włoch pociągiem. Miałam kilkanaście lat, słuchałam Nirvany i Metalliki i poczułam taką samą wolność, jaką poczułam jadąc pierwszy raz koleją transsyberyjską.

A pierwsza podróż dłuższa - zaplanowana, ze zwiedzaniem?
Ja “podróżowałam”, jak pewnie każdy - zwiedzałam, jak turystka na wakacjach. Jedną z pierwszych poważniejszych wycieczek, był wyjazd do Australii, z którego pamiętam głównie kangury. Potem takie najbardziej egzotyczne wspomnienia mam z wyjazdów do Maroko i Tajlandii. A teraz już nie zwiedzam, najważniejsi w podróży są dla mnie ludzie. Jeśli w drodze na syberyjskie wesele zobaczyłabym drogowskaz na syberyjskie koloseum, to bym go minęła! Koloseum może sobie tam stać, ja wolę spotkać się z ludźmi. Dlatego też nie trzymam się specjalnie planu, wyznaczonej ścieżki. Jeśli idę drogą w jakimś kierunku, a od tej drogi odchodzą mniejsze dróżki - muszę wszystkie sprawdzić. Tak mam w podróży, tak mam w życiu… Tak mam nawet w tej naszej rozmowie [śmiech]!

Twoją największą przygodą podróżniczą są chyba podróże na Syberię - co cię w niej tak zachwyciło?
Jezioro Bajkał, stepy, jurty, śpiew gardłowy, skośne oczy i… Czyngis-chan. 


Zaczęłaś teraz wspólnie ze swoją koleżanką podróżniczą realizować spotkania, prelekcje, przedstawiające kulturę syberyjską. Podczas tych spotkań opowiadasz, ale też śpiewasz - podeszłaś do tego profesjonalnie, masz jakiegoś nauczyciela?
Staram się uczyć tam na miejscu, kiedy tylko mogę. Spotkałam się w Buriacji kilka razy z nauczycielem, który powiedział, że mam predyspozycje do śpiewu gardłowego, więc staram się tego uczyć, ale trzeba z tym bardzo uważać, bo można sobie zniszczyć struny głosowe. Kiedy przebywam z mieszkańcami Syberii, czasem proszę ich żeby mnie nauczyli jakiejś pieśni, czasem sama wpada w ucho. Śpiewałam na weselu razem z innymi - głównie dlatego, że tam wszyscy śpiewali, pięknymi pełnymi głosami. Buriaci i Jakuci śpiewają dużo i chętnie. Czuję, że bardziej niż o śpiew, chcesz zapytać, jak ja do tych ludzi dotarłam…

Trochę tak…
Kilka lat temu poczułam mocno, że pozbyłam się w stosunku do Syberii poczucia egzotyki. Podchodzę do Buriatów tak, jak do ciebie. Czuję że to jest dobra czy zła osoba, to jest osoba, z którą mogę się zaprzyjaźnić, a to jest osoba, która może mnie zranić. Ale to są naturalne ludzkie relacje, a nie egzotyka. I tak samo jest z życiem na stepie. Teraz, kiedy wchodzę do jurty, wchodzę, jak do domu, a nie do jurty, czegoś obcego i niezwykłego. Myślę, że taką swobodę przebywania z ludźmi z innego kraju, nabywa się dużo podróżując. 

Czyli jednak podróżniczka, a nie turystka!
Myślę, że tak. Uważam, że podróżnik wchodzi w kontakt, relacje z ludźmi, a turysta wchodzi w kontakt wzrokowy z miejscem. Można przejść sobie po górach Gruzji - fajnie, ale to jest tylko miejsce. A miejsce tworzą ludzie. Więc ja - ja wbijam prosto do domu!

Dlatego też śpiewałaś podczas narodowego święta w Jakucji?
Poniekąd - poznałam osobiście Chyskyyrai, która jest muzyczną gwiazdą w Jakucji. Tam nie ma dużo gwiazd, bo nie ma dużo ludzi, więc tak wyszło, że ją poznałam. Mieszkałam z nią w tajdze przez jakiś czas, śpiewałyśmy razem. Któregoś dnia mówi mi: “Zbliża się wielkie święto w Jakucji, muszę jechać na próby!” - więc pojechałam z nią. Dobrze nam się razem śpiewało, więc wyszłam z nią na scenę… I chyba Jakuci poczuli większą egzotykę, niż ja! Byłam tam jedyna biała, w dodatku zaśpiewałam bluesa, etniczne włoskie piosenki i “Summer Time”! W zestawieniu z tym tradycyjnym śpiewem, utrzymanym w zupełnie dziwacznym rytmie, mój blues to był jakiś kosmos!

Twoje programy podróżnicze są bardzo specyficzne - spontaniczne, naturalne, tworzone trochę, jak z ukrytej kamery. To zasługa tego, że jesteś aktorką, twojego pochodzenia, czy charakteru?
Na pewno charakteru, bo ja aktorką zostałam tak naprawdę 12 lat temu, więc to nie jest moja “pierwsza natura”. Ja po prostu taka jestem. Nie używam GPS-u, bo moim najlepszym GPS-em są ludzie! Zatrzymam się przy kimś zapytam, gdzie jest dworzec, on mi pokaże, zamienimy dwa słowa i nagle - zwiedzamy wspólnie miasto! Ja zaczepiam ludzi - to fakt, ale nie wybieram ofiary, raczej wyczuwam, gdzie i z kim mogę zostać. Taki sposób bycia i podróżowania wymaga kociej ciekawości, empatii - bo trzeba wyczuć drugą osobę - odwagi i asertywności. Te cztery elementy są moim najlepszym GPS-em. A nad tym wszystkim króluje jeszcze zdrowy rozsądek - na Syberii kilka razy byłam w sytuacji, że wycofałam się z jakiegoś miejsca dyskretnie w ostatnim momencie. Zdrowy rozsądek dla samotnie podróżującej kobiety powinien być absolutnie na pierwszym miejscu. 

Ludzie, o których dużo mówisz, wyznaczają też cele twoich podróży.
Tak, bo ja realizować programy jeżdżę do konkretnych osób, kiedy jest to możliwe. Wiem, że w tym czy innym miejscu mam znajomego albo przyjaciela, mam jakiś pomysł na odcinek, ale pozwalam mu też zaprowadzić mnie w jakieś miejsce, pokazać coś innego  - bo to w końcu jego dom! Rozmowy z ludźmi dają też niesamowity efekt. Będę pracować nad odcinkiem o Ukrainie, a zaczęło się to tak. Byłam u swojej babci, która ma 95 lat i ma opiekunkę, Ukrainkę. Siedzimy przy stole, a że opiekunka jest starsza to pytam, czy ona może śpiewa. Na co ona mówi, że ona teraz nie może śpiewać, bo jest w żałobie po bracie. Pokiwałam głową, a ona mówi “Ale mam wnuczkę, która tak pięknie śpiewa i jest aktorką!”. Wzięłam od niej kontakt do wnuczki… i już jest wszystko ustalone - za parę dni jedziemy na Ukrainę! Ale taki schemat podróży jest dla mnie naturalny. Wiem, że widzowie, oglądający odcinki mojego programu “Słyszałam, że...” w Dzień Dobry TVN komentują, że jestem w nich naturalna, spontaniczna i nie umalowana. Czyli naturalne dla mnie. Nie poczułabym się dobrze gdybym się mocno odróżniła od ludzi wokół mnie, a potem przed kamerą zaczęła zadawać pytania  jakiemuś skrępowanemu a nawet czasami przerażonemu rzemieślnikowi. Ja jestem spontaniczna i chcę żeby mój rozmówca też był spontaniczny. 

Chcesz pokazać, że warto rozmawiać?
Nawet, że warto się zbliżyć! Co się może stać? Najwyżej się nie dogadamy, a warto spróbować! Ile razy w sklepie sprzedawczyni była dla ciebie niemiła? To nagminne, a przecież nie wiem, może jej zmarł kot, brat jest chory, a kierowniczka się wkurzyła. Dlatego warto rozmawiać i okazać trochę empatii. Obecnie uczą nas, żeby się bać, a ja chcę uczyć, żeby się zbliżać. Bo im bardziej będziemy się bać, tym łatwiej będzie nas kontrolować.


Kilka lat temu w Teatrze Syrena grałaś monodram o Ninie Simone. To bardzo wyjątkowa postać, odważna - myślałaś, żeby wrócić do tego spektaklu?
W artystycznym świecie jest tak, jak z rodzeniem dzieci. Wydajesz takie “dziecko” na świat, chwilę z nim jesteś, a potem ono żyje własnym życiem. Niny nie gram od paru miesięcy z własnego wyboru, ale skoro o tym wspomniałaś… to się zastanawiam, czy by do tego wkrótce nie wrócić. Nina Simone mnie fascynuje. Była niezwykle bezpośrednia, przekazywała bardzo dobre wartości, walczyła o równe prawa dla czarnoskórych. Ale walczyła przede wszystkim muzyką, sztuką, swoją kobiecość przeżywała bardzo mocno. Oczywiście, nie bez znaczenia jest też muzyka - blues mnie kręci. Nina Simone była kobietą, która zachowywała się jak pantera, a miała głos, jak mężczyzna - trudno było ją określić - te skrajności są dla mnie cały czas bardzo inspirujące. 

W spektaklu grał z tobą Gwidon Cybulski, muzyk Mosaica…
… a wcześniej Wielbłądów, Gadającej Tykwy. Ja poznałam muzyków, którzy grali ze mną w “Mojej Ninie”, dzięki mojemu Michałowi Lamży, który nie tylko jest muzykiem między innymi Gadającej Tykwy, ale również kierownikiem muzycznym każdego mojego projektu. Bardzo mnie takie etniczne klimaty w muzyce interesują i był czas, że słuchałam tego dużo. Robiłam też kurs tańca flamenco, tańca brzucha - wszystko co się dało! Teraz wróciłam do swoich korzeni, rock, metal, no i zawsze kocham bluesa i etno. Dzięki zainteresowaniu muzyką metalową poznałam zespół ukraiński Jinjer, który niedługo wystąpi w Krakowie**. Wokalistka, Tatiana Shmaylyuk, śpiewa growlem - ryczy więc do mikrofonu ostro! To jest niesamowite, że dziewczyna, która wychowała się na tradycji ukraińskich pieśni ludowych, teraz wydobywa z siebie takie dźwięki! Oczywiście będę na tym koncercie, a z Tatianą porozmawiam do ukraińskiego odcinka “Słyszałam, że...”. Ciekawe jaka będzie jej reakcja na moja propozycję.


* Monika i Marlena poprowadzą prelekcję "Dwie zgrane sroki przechytrzą tygrysa" podczas Festiwalu Kultur i Podróży To Tu To Tam w Zatorze, 23 kwietnia - zobacz program festiwalu.

** koncert Jijer odbędzie się w krakowskim klubie Rotunda, 24 kwietnia. 

Rozmawiała: Iśka Marchwica
Wszystkie zdjęcia pochodzą z prywatnego archiwum Moniki Mariotti - kopiowanie zabronione!
fot. 12 i13 - Igor Spolski

Szanowna Użytkowniczko, Szanowny Użytkowniku, zanim klikniesz „Przejdź do serwisu” lub zamkniesz to okno, prosimy o przeczytanie tej informacji. Prosimy w niej o Twoją dobrowolną zgodę na przetwarzanie Twoich danych osobowych przez naszych partnerów biznesowych oraz przekazujemy informacje o tzw. cookies i o przetwarzaniu przez nas Twoich danych osobowych. Klikając „Przejdź do serwisu” lub zamykając okno, zgadzasz się na poniższe. Możesz też odmówić zgody lub ograniczyć jej zakres. Zgoda Jeśli chcesz zgodzić się na przetwarzanie przez Etnosystem.pl Twoich danych osobowych, które udostępniasz w historii przeglądania stron i aplikacji internetowych oraz danych lokalizacyjnych generowanych przez Twoje urządzenie, w celach marketingowych (obejmujących zautomatyzowaną analizę Twojej aktywności na stronach internetowych i w aplikacjach w celu ustalenia Twoich potencjalnych zainteresowań dla dostosowania reklamy i oferty) w tym na umieszczanie znaczników internetowych (cookies itp.) na Twoich urządzeniach i odczytywanie takich znaczników, kliknij przycisk „Przejdź do serwisu” lub zamknij to okno. Jeśli nie chcesz wyrazić zgody kliknij „Zamknij”. Wyrażenie zgody jest dobrowolne. Powyższa zgoda dotyczy przetwarzania Twoich danych osobowych do śledzenia statystyk Google Analytics czy wyświetlania Ci dedykowanych reklam.
Więcej informacji Przejdź do serwisu Zamknij