Mietek "Hajer" Bieniek: Najmniejsze kroczki prowadzą na szczyt [WYWIAD]

Mieczysław "Hajer" Bieniek - fot. arch. prywatne podróżnika
Siedział na plecaku na dworcu w Indiach i płakał. Nie miał pieniędzy, nie wiedział, jak wrócić do kraju, nie znał języka. Nagle usłyszał siarczyste zdanie w języku polskim “Kur..., stary a beczy!”. Tak Mieczysław Bieniek poznał himalaistkę Annę Czerwińską. W Indiach spędził ponad pół roku - to była swoista "rekonwalescencja" po wypadku w kopalni. Do dziś wraca regularnie do szpitala leczyć chorobę płuc. Czasem nie może złapać powietrza, czasem jest mu bardzo ciężko. Mietek “Hajer” Bieniek jeździ teraz po świecie na rowerze, poznaje ludzi i mówi o tym, że warto otworzyć się i zaufać innym. Były górnik, Ślązak, fascynat Katowic i świata, Mieczysław Bieniek mówi nam o tolerancji i zaufaniu, ale też o tym, co kiedyś znaczyły… gołe cztery litery w oknie nikiszowieckiego mieszkania.
 
Jadwiga Marchwica, Etnosystem.pl: Całkiem niedawno pisał pan na swoim blogu o różnych problemach zdrowotnych, wizytach u lekarzy… Jak pan ogarnia zdrowotnie swoje podróże i codzienne życie?
Mieczysław "Hajer" Bieniek: (śmiech) No jakoś ogarniam! Jadę, padam, idę na leczenie, wstaję i jadę dalej. Nie mam innego wyjścia.
 
Ktoś mógłby powiedzieć, że ma pan wyjście - kanapa, pilot do telewizora…
Gdybym siadł na kanapie, to bym z tej kanapy już nigdy nie wstał, ja to wiem. Więc nie jest to żadna alternatywa.
 
Czy to podróżowanie utrzymuje pana w pionie?
Dokładnie tak. Ja zdaję sobie sprawę, że kiedy przestanę podróżować po świecie, to zacznę podróżować gdzieś po drugiej stronie, w obłokach. Ale do tego - mam nadzieję - mam jeszcze dużo czasu… Podróżowanie jest niezawodnym sposobem na moją chorobę - pylicę. Dzięki aktywności, pylica mnie nie udusi. Najlepiej pomaga mi jazda na rowerze, dzięki której rozciągam płuca. Czasami muszę walczyć, nawet o każdy chałst powietrza. Ale życie to walka - nie polega na tym, żeby usiąść i się poddać.
 
Wielu podróżników, sportowców, ludzi bardzo aktywnych mówi o tym, że postawienie sobie jakiegoś celu, dążenie do czegoś, pomaga w pokonaniu swoich słabości, pomaga w walce o zdrowie - i fizyczne i psychiczne.
Oczywiście, cel zawsze jakiś mam, chociaż nie jest on dla mnie najważniejszy. W podróży najpiękniejsze jest to, że wszystko może się zmienić. Coś ciekawego wydarzy się 500 kilometrów w lewo, czy tysiąc w prawo i wtedy nie jest najważniejsze to, czy osiągniemy cel. Często tłumacząc moim rozmówcom tę kwestię opowiadam taką historię. Byłem w szpitalu i na święta zostałem na oddziale tylko ja i jedna starsza pani. Ona mnie rozpoznała i mówi do mnie: “Panie Bieniek, a na Mount Everest żeście wy byli?”, to ja jej godom “No, co prawda byłem pod, w bazie na 6000 mnpm, ale na sam szczyt nie wszedłem”, “A bo ja byłam” - ona mi mówi, to ja na nią patrzę “Babko, ale to chyba dawno temu!”, a ona “Nie! Trzy tygodnie temu! Przywieźli mnie do szpitala, to leżałam, a teraz zobacz - chodzę po korytarzu o moim balkoniku. To jest mój Mount Everest”. Śmiałem się tak, że aż mi powietrza brakło w płucach. Czasem sobie myślę, że niepotrzebnie dążymy do doskonałości, stawiamy sobie cele czasami niewyobrażalne. A tu taka zwykła pani mówi mi, że zdobyła Everest, bo chodzikiem może przejść po korytarzu. Wtedy pojawia się nawet lekki wstyd - że tak dużo się chce, a czasem malusieńkie kroczki prowadzą na szczyt.
Mieczysław "Hajer" Bieniek - fot. arch. prywatne podróżnika
Widzę, że obcy jest panu samozachwyt i daleki jest pan od zadzierania nosa i nadmiernej dumy ze swoich osiągnieć…
Bardzo, bardzo daleki. Nie ma takiej możliwości, żebym pomyślał, że jestem od kogoś lepszy bo gdzieś tam byłem, czy coś zrobiłem. Wiesz, ja nigdy nie rozbudzałem fanfar wokół siebie i nie wytykałem palcem, że “ty nie byłeś, a ja byłem”. Wprost przeciwnie - zachęcam ludzi do podróżowania i wiem, że jest mnóstwo ludzi, którzy zrobili o wiele więcej ode mnie. Ja chcę opowiadać swoją historię, na ile się da to w języku śląskim, okraszać moje przygody humorem. Mam niesamowity dystans do siebie, ale dopiero niedawno się go nauczyłem. Myślę sobie, że jeśli potrafisz się z siebie śmiać, nie jesteś nadęty jak balon, to możesz podróżować. I wtedy odpada ten problem z zadzieraniem nosa. Ja staram się być zwykłym śmiertelnikiem, jestem przeciętny, dużo podróżuję, mam wyobraźnię, która pomaga mi w pisaniu książek. Chętnie opowiadam i doradzam, jak umiem. 
 
Dwadzieścia kilka lat temu był pan chyba zupełnie innym człowiekiem.
Zmiana jest ogromna - to są dwa skrajne bieguny. Jako pracownik na kopalni dla mnie najważniejsze było to, ile się węgla wydobędzie. Czasem niezależnie od ceny, wysiłku, wylanego potu - miało być to przysłowiowe “300 procent normy” i to się wykonywało. Zawsze w stosunku do ludzi, z którymi pracowałem, moich znajomych, byłem w porządku, bo byłem wymagający tak samo do nich, jak i do siebie. Co niestety pewnie niektórzy dobrze pamiętają… Kopalnia mnie zahartowała, nauczyła mnie, że nigdy nie należy się poddawać. Moje pierwsze podróże były dość chaotyczne, ale nie poddałem się. Stopniowo nauczyłem się tego dystansu do siebie, nauczyłem się z siebie śmiać i nauczyłem się kochać ludzi. To jest podstawa w podróżowaniu! Nie możesz czekać, aż ktoś do ciebie przyjdzie - musisz wyciągnąć rękę pierwszy. Podchodzisz do obcej osoby, uśmiechasz się, przedstawiasz i pytasz “Mogę u ciebie rozbić namiot?” albo “Dałbyś mi kawałek chleba, bo jestem głodny?”. I powiem ci, że przejechałem przez wiele krajów i nie zdarzyło mi się, żeby ktoś mi odmówił, żeby nie zaoferował pomocy samotnemu podróżnikowi. A rozmawiałem z bandytami - bo ludzie czasem sami o sobie tak mówią - i ze zwykłym mieszkańcem. Ludzi nie należy się bać.
 
Czy dwadzieścia lat temu powiedziałby pan to samo?
Ciężko powiedzieć… Oprócz tego, że pracowałem na kopalni i wylewałem tam pot z gumowców, to chodziłem po górach, po Tatrach, pływałem i robiłem mnóstwo rzeczy, które dawały mi wytchnienie poza kopalnią. Ale nie miałem wtedy w sobie współczucia czy litości do ludzi - liczył się węgiel. Wyrabiałem swoją normę za każdą cenę. Czy teraz bym tak zrobił? Na pewno nie.
 
Na pańskich zdjęciach z podróży ludzie są ważnym tematem. Widać, że zwraca pan na nich ogromną uwagę...
Tak i jest mi bardzo przykro, że wszystkich wkładamy do jednego worka. Mówimy “Ten milionowy naród to sami terroryści. Chcą nam zrobić krzywdę, przyjadą tu i będą nas zabijać, będą gwałcić nasze kobiety”. Takie hasła pojawiają się notorycznie w ostatnich tygodniach. A ja przejechałem przez Syrię, Iran, różne kraje muzułmańskie i nigdy nie spotkałem się z żadną agresją! Wprost przeciwnie - ludzie byli mili, zapraszali mnie do domów, opiekowali się. To była oszałamiająca gościnność. I w związku z tym mam w głowie dylemat - jak to pogodzić? To, co widzę w mediach zupełnie nie zgadza się z tym, co widziałem tam. I myślę, że to wina wojny - wojny doprowadzają ludzi do ostateczności, mącą nam w głowach, strach doprowadza nas do działań dramatycznych.
Mieczysław "Hajer" Bieniek - fot. arch. prywatne podróżnika
Rozumie pan uchodźców?
Rozumiem, że strach wywołuje drastyczne działania. Strach, agresja - to wszystko się wiąże… Widzę zdjęcia i kobiet z dziećmi i mężczyzn, którzy uciekają przed wojną i staram się ich zrozumieć. Mieszkam w małym M3, ale bez wahania bym przyjął kogoś. Nie zawahałbym się ani sekundy, obojętne z jakiego rejonu świata by ten człowiek nie był. Wziąłbym go do siebie na pewno.
 
Może panu jest łatwiej tak myśleć, bo pan poznał ludzi z tych krajów, nie są dla pana obcy.
Boimy się tego, czego nie znamy - to jest oczywiste. Boimy się Rosjan, bo nikt nie jeździ do Rosji, nie znamy tych ludzi. Ale wystarczy tam pojechać, pobyć z nimi - gwarantuję, że opinia o Rosjanach zmieni się w naszych głowach o 180 stopni. Nasze fobie i strachy na tym punkcie wynikają wyłącznie z niewiedzy. Dziś nastawieni jesteśmy na media - wierzymy w to, co się nam pokaże, co się nam powie. Ale trzeba sobie uświadomić, że ta parada medialnej głupoty chodzi w dwie strony, a przeciętnemu odbiorcy brakuje logicznego myślenia. Ja staram się oddzielać politykę od zwykłych śmiertelników, u których bardzo często serce jest na dłoni, i którzy traktują cię w swoim domu jak rodzinę, jak niewidzianego przez dziesięć lat brata. To jest niesamowite i fascynujące, że ludzie potrafią być tak dobrzy. Powiem więcej - w większości ludzie tacy właśnie są.
 
Nie jest łatwo przekonać innych do tego, że ludzie są dobrzy…
Małymi kroczkami. Na przykład wystawiłem w internecie na sprzedaż moją pamiątkę po Dalajlamie - aukcja trwa, a pieniądze pójdą na dobry cel. To cieszy, to znaczy że ludzie chcą pomagać! To, że dziś ileś osób krzyczy w kierunku uchodźców “Nie chcemy was! nie sp...lają!” to jest moim zdaniem psychoza tłumu. Dobrze jest się bać w grupie. Boi się on - boję się ja. Ale gdyby pod drzwi takiego krzykacza przyszedł biedak i poprosił o pomoc - myślę, że tę pomoc by otrzymał.
 
Czy to doświadczenie otwartości, wyrozumiałości przekłada pan na codzienne życie?
Ja rzadko opowiadam o takich sytuacjach, raczej zachęcam do bycia ze sobą. Spotykam się z dziećmi i młodzieżą w szkołach i poza tym, że opowiadam o moich podróżach to zachęcam  do tego, żeby pobyli z rodziną. Żeby wyszli z rodzicami na lody, żeby w niedzielę zamiast siedzieć przed telewizorem, poszli wspólnie na spacer. Przekonuję, że warto zobaczyć inny świat - czasem warto wziąć rower i przejechać się do sąsiedniej miejscowości! Tam na pewno też żyją przyjaźni ludzie. Dopóki będę mógł, chcę zarazić tą chorobą, która nazywa się “podróżowanie” maksymalną ilość osób.
 
To otwarcie się na ludzi, przyznanie do słabości, do potrzeby pomocy, to w pana przypadku nie są puste słowa. Od tego właściwie zaczęło się pańskie doświadczenie podróżnicze.
Moja pierwsza podróż, do Indii, była zupełnie nieprzemyślana. Byłem w totalnym dołku. Wiesz, jak ludzie idą na emeryturę, to się do tego przygotowują, szykują sobie ogródek, działki, u nas gołębie co poniektórzy. A u mnie to był grom z jasnego nieba. Wypadek, szpital, rehabilitacja. Po dziewięciu miesiącach, z naręczem papierów i emeryturą od ZUSu szedłem wieczorem ulicą w Katowicach i miałem łzy w oczach. Myślałem tylko “Kuźwa, czemu mnie to spotkało?!”. I wtedy zobaczyłem napis “Dehli”.
 
To było, jak jakaś senna mara. Wszedłem do biura podróży, kupiłem bilet, pracownicy pytali mnie o wizę, ja nawet nie wiedziałem, że do Indii trzeba jakąś wizę! Więc pomogli mi w Orbisie załatwić tę wizę…  Pogadałem z żoną, powiedziałem, że jadę w góry na parę dni, a w tym czasie musiałem dostać się do wszystkich lekarzy i zebrać od nich maksymalną ilość recept na wszystkie leki - przecież ja w tamtym czasie brałem kilka razy dziennie garść pigułek na ból, na uspokojenie, na wszystko. W końcu - załatwiłem sobie ogromny plecak. Żona popatrzyła na niego i mówi “Mówiłeś, że jedziesz na trzy dni, to na cholerę ci taki wielki plecak?!”. Pokiwałem głową i zacząłem chować te tabletki do wszystkich możliwych kieszeni. Do tego bochenek chleba, dwie konserwy… Mówię żonie “Za trzy dni się odezwę” - nie było to dziwne, bo często tak robiłem. Kiedy coś się działo, szedłem w góry, bo w górach wszystkie troski i złe myśli z człowieka spływają - w końcu woda nie płynie do góry, więc z tymi zmartwieniami zawsze było tak samo. I tak - wylądowałem w Dehli.
 
Stoję na lotnisku i myślę sobie “Coś ty głupi ciuliku zrobił? I co teroz?”. Nie znałem języka, wokół wszyscy krzyczeli - ja miałem wrażenie, że te miliony ludzi, którzy mieszkają w Indiach przybiegli do mnie i zaczęli krzyczeć. Gdzieś wysłyszałem, że ktoś krzyczy po angielsku jakąś nazwę i pyta mnie “Pomóc ci?” “No tak…” - mówię. Wypisali za mnie papiery i pojechałem w jakiś zupełnie nie znany mi rejon Indii. Byłem przerażony. Bałem się wyjść poza ulicę Main Bazar, bo byłem pewny, że jak skręcę czy w lewo czy w prawo to się zgubię. W końcu po trzech dniach znalazłem budkę telefoniczną - dzwonię do domu. Odbiera żona, więc mówię “Nie gniewaj się na mnie kochana. Ja nie jestem w Beskidach. Ja jestem w Indiach” (śmiech). Po drugiej stronie słuchawki zrobiło się cicho i w końcu słyszę jej głos “Błagam cię.. nie pij już tej wódki… Przecież ty tabletki bierzesz… Ja ci załatwię dobrego lekarza!” (śmiech). Więc mówię znowu, że naprawdę jestem w Indiach, na co ona wściekła się już nie na żarty, sypnęła mi wiązanką i krzyczy “Pijacy! Pijecie gdzieś w tych gołębnikach! Jak ja was tam znajdę, ciule, to resztę włosów ci wyskubię!”. Postałem, posłuchałem, rozglądam się - złapałem jakiegoś Hindusa za rękę i pokazuję mu, żeby gadał do słuchawki. I tak przekonałem żonę, że naprawdę jestem w Indiach.
 
Nie dziwię się jej - sama bym nie uwierzyła. Co było dalej, po tych trzech pierwszych dniach szoku?
Potem to już była seria zbiegów okoliczności. W temacie Indii znałem dwie nazwy - Bombaj i Kalkuta. Więc kupiłem bilety do Bombaju, wylądowałem w Maturaju… No zapierdzielałem, jak głupi po całych Indiach, w końcu kasa mi się skończyła, a nie potrafiłem wymienić pieniędzy. Wtedy pomyślałem, że umieram, że to jest koniec. Któregoś dnia siedziałem na dworcu na plecaku i płakałem. Ktoś, kto przechodził obok, spojrzał na mnie i piękną soczystą polszczyzną powiedział “Kur... taki stary i beczy!”. Możesz sobie wyobrazić moją radość! Zacząłem krzyczeć “Ratunku, na pomoc!”. Ta osoba odwróciła się i mówi “I to jeszcze Polak…”. (śmiech) I tak poznałem naszą himalaistkę, Ankę Czerwińską. Taki był początek naszej przyjaźni. Wyrwała mnie stamtąd, pomogła dostać się do Delhi. Oczywiście - zjebka na czym świat stoi. Ale podróżowałem z jej ekipą jeszcze trzy tygodnie. Dziewczyny zostawiły mi fonetyczny słownik polsko-angielski, a ja wróciłem do domu dopiero po sześciu miesiącach.
 
I co na to żona?
No właśnie… Był rok 2000, stary dworzec w Katowicach. Idę przez to moje miasto, takie zasiurane, bida na tym dworcu - ale byłem szczęśliwy. Zastanawiałem się, czy to moje nazwisko jeszcze gdzieś tam na drzwiach wisi. No ale wisiało. Oczywiście na powitanie łzy szczęścia, bo rodzina szukała mnie przez jakieś ambasady… (śmiech).
Mieczysław "Hajer" Bieniek - fot. arch. prywatne podróżnika
Niedługo się panem nacieszyła.
Niedługo, bo potem zdecydowałem się na drugą podróż - poleciałem do Metodystów uczyć się angielskiego. A że zostały mi jeszcze pieniądze z górniczej odprawy, to pojechałem na trzy miesiące, zrobiłem po drodze Laos, Kambodżę, Wietnam i Tajlandię. I jak wróciłem, to okazało się, że została szara rzeczywistość. Emerytura na światło, gaz, mieszkanie… i zostaje z tego niewiele. W każdym razie nie tyle, żeby pozwolić sobie na takie podróżowanie. I wtedy mi się przypomniało, że jako młody chłopak jeździłem autostopem dookoła Polski. I tak rozpoczęła się kolejna przygoda. Zjechałem wszystkie kraje europejskie, zafascynowałem się krajami muzułmańskimi - właściwie zorałem każdy kraj. Potem wybrałem się na Papuę i Nową Gwineę - tam dotarłem dopiero po dziewięciu miesiącach, chorując po drodze na malarię i inne ciężkie choroby. Wróciłem - przeżyłem wielką przygodę spotykając Dalajlamę. Wróciłem i dowiedziałem się, że jeszcze pociągnę może dwa-trzy lata, więc mam sobie kupić dobry telewizor i ciepłe kapcie. Na co moja córka, która jest anestezjologiem powiedziała “Tato, ty się nie poddawaj, kup sobie rower i rozciągaj te swoje miechy!”. I tak się zaczął ostatni chyba najdłuższy etap tej mojej podróżniczej przygody. Wszędzie jeżdżę rowerem. Najdłuższa trasa to czternaście tysięcy kilometrów przez Rosję, Kilwizja, Azja Środkowa, Europa… Staram się ten rower pchać, jeździć - jak się da!
 
Te rowerowe wyprawy to chyba dla pana największa frajda.
Odkryłem, że rower to specyficzne podróżowanie. Daje o wiele więcej możliwości i radości, niż podróż autostopem, czy pociągiem. To rewelacyjny środek do kontaktu z ludźmi.
 
Na rowerze był pan też w Kirgistanie - opowiadając o tej podróży swoją prezentację tytułuje pan “Kirgistan na wesoło”. Co takiego wesołego jest w Kirgistanie?
O wow… no właściwie wszystko! Jest to kraj muzułmański posowiecki. Związek Radziecki miał ogromny wpływ na ich rozwój mentalny, więc łączą wiarę z tą sowiecką mentalnością. I to jest dość śmieszne. Ale najwięcej radości dostarczają oczywiście ludzie.
 
Na przykład?
Bardzo proszę. Wyobraź sobie taką sytuację. Upatrzyłem sobie przełęczy 4800 mnpm. Pcham rower pod górę trzy doby, klnę na siebie, bo drogi nie ma, tylko barany chodzą. Ja idę, płaczę, leje deszcz, sypie śniegiem. I kiedy już miałem tak cholernie dość, a do przełęczy zostało mi jakieś dwieście metrów, patrzę, że konnica jedzie. Podjeżdżają wolno, rozglądają się, podjeżdżają, patrzą na mnie i na ten mój rower, na którym z przodu mam zawsze polską flagę. I jak już byli zupełnie blisko, jeden mówi do mnie po rosyjsku “Ty Poljak, a?”, więc odpowiadam, że tak, jestem Polakiem. Na co on się uśmiecha: “A Gustlika znasz?” (śmiech). No nie chciałem uwierzyć! Tysiące kilometrów od domu, a mnie jakiś Rosjanin na koniu o Gustlika z “Czterech Pancernych” pyta! Dzięki temu Gustlikowi skończyły się moje męki. Rower przytroczyli do konia, przewieźli mnie przez przełęcz, zawieźli do jurty i ugościli jak trzeba - baran na stół i impreza!
 
Po tylu dniach mozolnej wspinaczki, to musiała być niezwykła impreza (śmiech).
To przyjęcie świadczyło o ich gościnności. To są ludzie, którzy nie mają telewizora, kontaktu ze światem zewnętrznym, więc sami sobie opowiadają niezwykłe historie i są przemili. Te ich historie ja chętnie potem na prezentacjach o Kirgistanie przytaczam.
Mieczysław "Hajer" Bieniek - fot. arch. prywatne podróżnika
Zdradzi pan choć jedną?
Mam jedną ulubioną. Były urodziny pana prezydenta Nazarbajedżewa - kazachskiego satrapy - więc pan prezydenty wymyślił, że pierwszy człowiek, który wejdzie na Pik Konsołajewa dostanie od niego nowe czerwone ferrari. A kto najwięcej przeczyta książek autorstwa prezydenta, dostanie od niego 200-metrowe mieszkanie w stolicy Kazachstanu, Astanie. Ale poza takimi anegdotkami, często ludzie z Kirgistanu radzili mi, jak długo żyć i jak długo zachować sprawność seksualną! 
 
Kazachstan kojarzy mi się właśnie z jakąś taką filmową krainą… Wiem, że powstaje sporo budynków czy instytucji bez konkretnego wykorzystania. Jest bogato, ale trochę… nierealnie.
Takich historii jest mnóstwo, dla mnie zupełnie kosmicznych. Mnie w pierwszy dzień od razu zamknęli do paki i żeby było weselej, to siedziałem w celi z człowiekiem z Krakowa… Ale to tak na marginesie. Ciekawsze jest to, że w w Kazachstanie wybudowano jedyną autostradę płatną. Kiedy jechał nią brat prezydenta, kazano mu wnieść normalną opłatę za przejazd. Ten tak się wściekł, że zwolnił całą obsługę i od tego czasu autostrada jest bezpłatna (śmiech).
 
Ale spotkania z panem, podczas festiwali podróżniczych i nie tylko, to także dużo ważnych i przydatnych informacji.
Zawsze opowiadam o wspinaczce, o górach, jak zachowywać się z rowerem na tego typu wyprawie - jak zaplanować i spakować bagaż i jak przebyć z rowerem tak potężne góry.
 
I jak poznawać ludzi?
Tak, bo dla mnie podróżowanie to przede wszystkim ludzie. Piramidy stały cztery tysiące lat i pewnie będą stały drugie tyle. Różne zabytki, budowle - dobrze zobaczyć na własne oczy, robią wrażenie, są piękne. Ale każdy człowiek, którego napotykam na swojej drodze, jest jak gwiazdka na nieboskłonie. Kiedy gaśnie, to tej jednej gwiazdki jest mniej, a nieboskłon jest ubogi. Czasem spotykasz człowieka, który wydaje się nic nie wart, na którego spojrzysz raz i myślisz “Kuźwa, jakiś szmaciarz…”. Czasem jednak spotykasz giganta - człowieka o tak niezwykłej osobowości, że cię onieśmiela. Ja się nauczyłem nie oceniać ludzi, cokolwiek by nie robili. Czasem dziewczyny mówią mi szczerze, że są prostytutkami, ktoś mi powie, że jest bandytą - a ja ich nie oceniam. Bo czasem za tą fasadą hardości jest ciepła dusza, która się zagubiła. Uwielbiam ludzi - jestem gadułą, lubię opowiadać pisać, ale podczas podróży potrafię słuchać. Nocami zapisuję te historie w formie wspomnień, żeby mieć o czym opowiadać. Bo o tym warto opowiadać, nie tylko o zabytkach.
 
Pan, jako prawdziwy Hajer, rodowity Ślązak, zachęca też do podróżowania trochę bliżej - do swojej krainy.
Zapraszam serdecznie czytelników Etnosystemu na Nikiszowiec. Sam często oprowadzam znajomych i przypadkowych odwiedzających Śląsk po tym miasteczku. To są dwa osiedla wybudowane na początku XIX w. - jedno powstało dla inteligencji, zawiadowców kopalń, z których każdy dostał po domku, a drugie to dziewięć bloków, w których mieszkali górnicy. Dzielnica stała się w pewnym momencie niesamowicie modna, pewnie też dlatego, że Kaziu Kutz nakręcił tu swoje filmy. Dziś oprowadzam różne osoby po tej dzielnicy, mówię, jak żyli tu górnicy i jak to funkcjonowało, oczywiście okraszam to różnymi anegdotkami…
 
Nie sądziłam, że mogą powstać anegdotki o górniczym osiedlu…
No to posłuchaj. Ponieważ na Nkiszowcu zabudowa jest bardzo zwarta, oczywiście więc wszyscy o wszystkich wszystko wiedzieli. Więc sąsiadki, kiedy się ze sobą kłóciły, nie wyzywały się, nie krzyczały do siebie. W zwyczaju było zdjęcie majtek i wystawienie czterech liter do okna. Druga sąsiadka w odpowiedzi robiła więc to samo! Chłopy wracały z kopalni, patrzą po oknach i już wiedzieli, że się żony pokłóciły… (śmiech) Dziś już tego nie ma… ale wiesz - jest to klimat tej społeczności. Wyobraź to sobie: dwie gołe dupy w oknach. Czyli “Ja się z tobą kłócę”...
 
(śmiech)
No i takich anegdotek i historyjek jest mnóstwo, ale są też poważne i ciekawe kwestie. Jeśli ktoś dysponuje większą ilością czasu, to drugą niewątpliwą atrakcją jest kopalnia Guido. Każdy ma tu możliwość zjechać na głębokość 360 metrów i zobaczyć, jak pracowali górnicy. Nie jest to tak efektowne, jak Wieliczka, ale warto poczuć ten podziemny klimat, poczuć zapach węgla, prawdziwej górniczej roboty. Włączane są maszyny, pokazywane jest, jak pracują górnicze kombajny, jak wygląda wydobywanie węgla od zarania dziejów do czasów współczesnych.
Mieczysław "Hajer" Bieniek - fot. arch. prywatne podróżnika
Rozmawiała: Jadwiga Marchwica
 
 
Szanowna Użytkowniczko, Szanowny Użytkowniku, zanim klikniesz „Przejdź do serwisu” lub zamkniesz to okno, prosimy o przeczytanie tej informacji. Prosimy w niej o Twoją dobrowolną zgodę na przetwarzanie Twoich danych osobowych przez naszych partnerów biznesowych oraz przekazujemy informacje o tzw. cookies i o przetwarzaniu przez nas Twoich danych osobowych. Klikając „Przejdź do serwisu” lub zamykając okno, zgadzasz się na poniższe. Możesz też odmówić zgody lub ograniczyć jej zakres. Zgoda Jeśli chcesz zgodzić się na przetwarzanie przez Etnosystem.pl Twoich danych osobowych, które udostępniasz w historii przeglądania stron i aplikacji internetowych oraz danych lokalizacyjnych generowanych przez Twoje urządzenie, w celach marketingowych (obejmujących zautomatyzowaną analizę Twojej aktywności na stronach internetowych i w aplikacjach w celu ustalenia Twoich potencjalnych zainteresowań dla dostosowania reklamy i oferty) w tym na umieszczanie znaczników internetowych (cookies itp.) na Twoich urządzeniach i odczytywanie takich znaczników, kliknij przycisk „Przejdź do serwisu” lub zamknij to okno. Jeśli nie chcesz wyrazić zgody kliknij „Zamknij”. Wyrażenie zgody jest dobrowolne. Powyższa zgoda dotyczy przetwarzania Twoich danych osobowych do śledzenia statystyk Google Analytics czy wyświetlania Ci dedykowanych reklam.
Więcej informacji Przejdź do serwisu Zamknij