El Buscador: Meksyk dziki, Meksyk szalony

fot. mat. El Buscador
Kuba, Magda, Michał i Tymon rok temu doszli do wniosku, że czas przeżyć wielką przygodę. Dość beztroski okres studiów i w ogóle nauki i prowadzenia przez nauczycieli i rodziców powoli dobiegał końca, a przed nimi - wyzwania życia dorosłego. Dlatego czwórka przyjaciół postanowił odbyć rodzaj "rytuału inicjacyjnego" ruszając w półroczną podróż po Ameryce Południowej. W styczniu grupa wyruszyła do USA, by z Nowego Jorku ruszyć w długą drogę na południe. Dla Etnosystem.pl Tymon Drzeżdżon opisuje przygpdy w meksykańskiej Xilitli.
W trakcie naszej podróży wkroczenie do Meksyku było bardzo ważnym momentem. Wtedy dopiero poczuliśmy, że zaczęła się ta właściwa część wyprawy. Nie chcę tu ujmować Stanom Zjednoczonym, bo uświadczyliśmy tam wielu cudownych przygód, jednak od początku traktowaliśmy pobyt tam raczej w kategoriach praktycznych – kupić samochód i uciekać. Widzieliśmy więc głównie duże miasta i autostrady pomiędzy nimi, a szkoda bo to olbrzymi kraj pełny pięknych miejsc, ale cóż, limit ośmiu miesięcy zmusza nas do robienia pewnych ustępstw. W Meksyku zaś, kiedy poczuliśmy latynoską atmosferę i dodatkowo doświadczyliśmy pięknego przywitania, zgotowanego przez naszych pierwszych meksykańskich gospodarzy, hamulce puściły, w planie pojawiło się więcej luzu (może nawet trochę za dużo) i udało się odwiedzić kilka ciekawszych lokacji.
 
Do Xilitli udaliśmy się z polecenia wspomnianych już gospodarzy, a główną atrakcją miało być niejakie Las Pozas - dziwaczna budowla, a raczej kompleks rzeźb wybudowanych głęboko w dżungli przez brytyjskiego patrona ruchu surrealistycznego – Edwarda Jamesa, związanego między innymi z wypromowaniem Salvadora Dali. Zanim jednak doświadczyliśmy tego wytworu nieskrępowanej wyobraźni, musieliśmy przebić się przez kilometry usłanej dziurami dróżki, wijącej się między zarośniętymi gęstym lasem wzgórzami. Po dotarciu byliśmy już bardzo zmęczeni i zapadał zmrok, więc nie zwiedzanie było nam w głowach, a regenerujący sen w jakimś spokojnym, przyjemnym miejscu i tak jak do tej pory korzystaliśmy z usług couchsurferów, tak tej nocy nie było na to szans, bo Xilitla to miasteczko malutkie i mieszkańcy mają pewnie inne rzeczy do roboty niż uczestnictwo w portalach podróżniczych. Mentalnie więc przygotowywaliśmy się na poszukiwania najtańszego hostelu w mieście... Ale, ale! nagle dostajemy wieść od poprzednich gospodarzy, że kumpel kumpla w Xilitli mieszka i może nas gdzieś ulokować. Que bueno! 
fot. mat. El Buscador
Na umówionym miejscu – głównym placu, gdzie przez chwilę mogliśmy się raczyć tanecznym przedstawieniem lokalnej grupy, podchodzi do nas lekko kulejący młodzieniec o przyjemnej, dziecięcej twarzy, drobniutkich gabarytach i zaczyna coś mówić. Nie wiem co. Samuel – bo tak się zwał – był dla nas nie tylko dobroczyńcą, ale i próbą ognia – nie znał ani słowa po angielsku, a nasz hiszpański w tamtym okresie był ledwo raczkujący. Serią niezorganizowanych jęków, stęków, ledwo spamiętanych słów, rozbuchanej gestykulacji z domieszką telepatii jakoś udało się nawiązać namiastkę komunikacji. Samuel wsiadł do naszego auta i zaczął prowadzić. Ale gdzie, tego nikt nie wiedział. Najpierw wyjechaliśmy na ciemniejsze obrzeża miasteczka, następnie skręciliśmy w wąską dróżkę, która zaczęła się kręto piąć między coraz to bardziej pościskanymi domkami o coraz to niższym standardzie. Stromizna niebezpiecznie wzrosła, a to co mijaliśmy po bokach przypominało już bardziej jakieś rozlatujące się budy niż cokolwiek innego. Osiedle, które z wyciem silnika zdobywaliśmy, było typową fawelą – slumsem, gdzie na górzystych obrzeżach osiedlają się ci najbiedniejsi w często bardzo prowizorycznych mieszkankach. Nasze lokum znaleźliśmy już bardzo wysoko, gdzie więcej było drzew i krzaków niż tworów wzniesionych ludzką ręką – to dobrze, a wyglądało ono iście rasowo – surowa, betonowa łupina przykryta blachą – w zasadzie też dobrze – luksusów nigdy nie potrzebowałem, a taki nocleg na faweli, to przygoda sama w sobie.
 
W środku już bez dalszych zaskoczeń – nie było praktycznie nic. Obskurny kibel, jakiś zlew wydrążony w betonie i łóżko wątpliwej czystości. Darowanemu koniu się w zęby jednak nie zagląda, więc miło podziękowaliśmy za gościnę. Dostaliśmy klucze do kłódki i pożegnaliśmy się z Samuelem, który posiadał gdzieś jeszcze drugi, właściwy dom. To gdzie się znajdowaliśmy miało rolę raczej imprezowej meliny niż faktycznego lokum dla gości. Z perspektywy czasu, teraz kiedy już jestem w stanie wykrztusić po hiszpańsku coś więcej niż parę standardowych fraz na przywitanie, strasznie żałuję, że nasz kontakt z Samuelem rozbił się o tę barierę. Język potężnym jest narzędziem, a bez niego jak bez ręki.
 
Przed snem wypiliśmy jeszcze po piwku na rozluźnienie, co by nie przejmować się za bardzo, że ktoś tu nas okradnie, lub pogryzą jadowite robale i z deszczem bębniącym o blaszany dach, tak że jego siła wydaje się trzy razy większa niż faktycznie jest, osunęliśmy się powoli w objęcia Morfeusza. 
 
Noc minęła spokojnie i tylko o bladym świcie jakiś lokalny szaman witał słońce przeraźliwym, pijackim wyciem zaraz pod naszymi drzwiami wprowadzając tym nutę niepokoju, ale i on się w końcu oddalił. 
fot. mat. El Buscador
Po kolejnej godzince lub dwóch obudzili się sąsiedzi i od razu przystąpili do libacji przy rozkręconych na całą moc lokalnych hitach disco i na to już nie było rady. Przetarłem zmęczone oczy, otworzyłem drewniane okienko i po raz pierwszy w życiu mogłem się spokojnie przyjrzeć prawdziwej dżungli (bo w drodze to nie to samo, a po dojechaniu na miejsce było już ciemno). Ach! Zawsze uwielbiałem lasy i ta zupełnie nowa dla mnie jego odmiana bardzo przypadła mi do gustu, mile łechtając zmysły swoją intensywną, gęstą zielenią, swoją ciężką wilgocią emanowaną pod postacią lekkiej mgiełki unoszącej się w każdym jego zakątku oraz oczywiście śpiewem tysięcy swoich mieszkańców łączonych razem w dziką kakofonię – podkład zapewniają świerszcze, za linie melodyjną odpowiadają ptaki, a spinający to ryczący wokal, najbardziej zbliżony do death-metalowego growlu, to dzieło małp. Ach!
 
Jednocześnie z zachwytem, las wywołał u mnie przestrach swoją niedostępnością. Poczułem się mały i nieprzystosowany stojąc przed tą pulsującą życiem plątaniną – to żywioł, którego obserwowalna forma jest efektem szalonej walki o przetrwanie każdego składającego się nań organizmu, bitwy o każdy dostępny kawałek przestrzeni i zasobów. Wiem, że gdybym lekkomyślnie zanurzył się w ten świat, sam w szybkim czasie najprawdopodobniej stałbym się właśnie zasobem.
 
Na tym etapie, doświadczać dżungli mogliśmy tylko na wyznaczonych szlakach i takich miałem pod dostatkiem właśnie we wspomnianym wcześniej Las Pozas, gdzie wybraliśmy się niedługo po przebudzeniu. Muszę przyznać, że chyba właśnie natura robiła w owym miejscu na mnie największe wrażenie, a same rzeźby stanowiły raczej interesujący kontekst dla sceny. 
fot. mat. El Buscador
Kiedy spomiędzy olbrzymich, kołyszących swymi bujnymi koronami drzew wychynęły się pierwsze, szare, porośnięte mchem struktury o ciężkich do zdefiniowania kształtach, poczułem dreszcz ekscytacji. Zaraz miałem zanurzyć się w sennym, psychodelicznym świecie, którego wszelkie próby zrozumienia prowadzić będą tylko do rosnącej konfuzji. W rzeczy samej! Obserwując kolejne wężowate łuki, zębate kolumny, schody prowadzące donikąd, wyrastające tu i ówdzie dłonie zachodziłem w głowę co też artysta mógł mieć na myśli. Albo inaczej – jak wyglądał proces myślowy prowadzący do rozpoczęcia tego przedsięwzięcia i doprowadzenia go do obecnego stanu. Tak racjonalne rozmyślenia w tak nieracjonalnym miejscu były chyba spowodowane zbyt małą, w moim odczuciu, wartością artystyczną kompleksu. Zbyt małą aby pochłonąć mnie do reszty. Wiele rzeczy sprawiało raczej wrażenie bałaganu bez ładu i składu niż przemyślanej wizji, a w dodatku dalekiego od ukończenia, co przypominały wyrastające wszędzie pręty zbrojeniowe. Tylko skoro obiekt był niedokończony, to jak u licha miała wyglądać jego forma ostateczna? Niektóre miejsca były tak absurdalne, że aż nie wiem jak to opisać. Wyobrażałem sobie bogatego, brytyjskiego ekscentryka pogrążonego w jakiejś narkotycznej gorączce, który z obłędem w oczach nakazuje nie rozumiejącym niczego tubylcom realizowanie jego kolejnych, improwizowanych na bieżąco pomysłów. 
 
W sumie, jak tak teraz o tym pomyślę, to jednak owo dzieło wywarło na mnie spore wrażenie - choć nie takie, jakiego się spodziewałem. Grunt, że nie czułem się znudzony podczas eksploracji, a to już jednak świadczy o pewnej wartości artystycznej. Zwracam honor Panie Edwardzie!
 
Na dokładkę postanowiliśmy wybrać się jeszcze do miejsca zwanego Sotano de las Golondrinas, które swój największy czar rzuca o wschodzie słońca. Jako że dojazd do pobliskiej wioski trochę trwa, jedyną opcją, aby załapać się na poranny spektakl, jest nocleg na miejscu. Z wypiekami na twarzy wyobrażałem sobie rozbijanie namiotu gdzieś w dżungli i spędzenie tam całej nocy, tym głupiej mi się zrobiło, kiedy po opłaceniu wejścia na teren atrakcji, okazało się, że dedykowane pole namiotowe znajduje się 100 kroków dalej na polance. Na szczęście Kuba z Magdą zostali w samochodzie, więc brakowało świadków gwałtownie ulatującego ze mnie entuzjazmu i wstępującemu na jego miejsce zażenowania. Co to, to nie - idę dalej! Na szczęście las szybko się zaczął, przyspieszając jednocześnie proces zapadania nocy, ale już po 40 minutach zbiegania po szerokich kamiennych schodach natrafiłem na spętaną łańcuchami bramę z zakazem wstępu. Czyżby dalszą drogę otwierali dopiero nad ranem? Nie wiedząc co o tym myśleć, zacząłem się powoli cofać, wypatrując jednocześnie jakiegoś miejsca na namiot, kiedy jakiś stanowczy głos za mną zawołał. Wszedłem na jakąś drewnianą platformę, gdzie stał przywołujący mnie strażnik i oto się okazało, że jestem u celu – żadnej dalszej trasy nie było. W gęstniejącym mroku nieprzeniknioną czernią ziała przede mną monstrualna dziura w ziemi, na widok której odruchowo miękną kolana i pocą się dłonie. Dziura o średnicy 50 metrów kryjąca w sobie czeluść głęboką na 300, a z niej dobiegający nieustannie głośny szmer tysięcy jej mieszkańców. 
 
Po krótkiej rozmowie z miłym panem strażnikiem zostało mi pokazane najbliższe miejsce na nocleg – połać ziemi pod strzechą z ławkami, stołami, latrynami i miejscem na ognisko. Dzicz jak się patrzy, no ale może to i dobrze. Przynajmniej w komforcie przespałem się przy kojących dźwiękach lasu, odpocząłem trochę od ciągłego towarzystwa moich kompanów i o świcie słońca jaskinię miałem zaraz pod nosem.
 
Na skarpie przed wejściem do groty byliśmy jako pierwsi, ale też zdecydowanie za wcześnie. Jeszcze godzinę musieliśmy przysypiać na wielkich kamieniach, leniwie witając się z kolejno przybywającymi obserwatorami - na szczęście grupka nie urosła do żadnego przytłaczającego tłumu – aż w końcu, kiedy słońce zawitało na bladym niebie, zaczęło się przedstawienie. Szum i świergot panujący w otchłani nagle przybrał na intensywności i tysiące jaskółek zaczęło wylatywać ciurkiem po spirali, niczym żywe tornado, aby potem oddalić się w nieznanych kierunkach i rozpocząć kolejny dzień walki o przetrwanie. Wszystko trwało około 20 minut, po czym szmer zaczął stopniowo cichnąć, ostatni maruderzy ze świstem opuszczali swoje gniazda, aż w końcu dom ostatecznie opustoszał. Nie pozostało nic innego jak także się oddalić w swoim kierunku i stanąć w szranki z wyzwaniami dnia codziennego.
 
tekst i zdjęcia: Tymoteusz Drzeżdżon
Więcej na blogu wyprawy: www.elbuscador.pl

Szanowna Użytkowniczko, Szanowny Użytkowniku, zanim klikniesz „Przejdź do serwisu” lub zamkniesz to okno, prosimy o przeczytanie tej informacji. Prosimy w niej o Twoją dobrowolną zgodę na przetwarzanie Twoich danych osobowych przez naszych partnerów biznesowych oraz przekazujemy informacje o tzw. cookies i o przetwarzaniu przez nas Twoich danych osobowych. Klikając „Przejdź do serwisu” lub zamykając okno, zgadzasz się na poniższe. Możesz też odmówić zgody lub ograniczyć jej zakres. Zgoda Jeśli chcesz zgodzić się na przetwarzanie przez Etnosystem.pl Twoich danych osobowych, które udostępniasz w historii przeglądania stron i aplikacji internetowych oraz danych lokalizacyjnych generowanych przez Twoje urządzenie, w celach marketingowych (obejmujących zautomatyzowaną analizę Twojej aktywności na stronach internetowych i w aplikacjach w celu ustalenia Twoich potencjalnych zainteresowań dla dostosowania reklamy i oferty) w tym na umieszczanie znaczników internetowych (cookies itp.) na Twoich urządzeniach i odczytywanie takich znaczników, kliknij przycisk „Przejdź do serwisu” lub zamknij to okno. Jeśli nie chcesz wyrazić zgody kliknij „Zamknij”. Wyrażenie zgody jest dobrowolne. Powyższa zgoda dotyczy przetwarzania Twoich danych osobowych do śledzenia statystyk Google Analytics czy wyświetlania Ci dedykowanych reklam.
Więcej informacji Przejdź do serwisu Zamknij