Joachim Mencel to postać, której w polskiej muzyce nie da się zaszufladkować. Wybitny pianista jazzowy, nazywany „romantykiem polskiej pianistyki”, kompozytor i profesor krakowskiej Akademii Muzycznej, ma na koncie współpracę z takimi legendami jak Lee Konitz, Dino Saluzzi czy Nigel Kennedy. Choć koncertował na całym świecie – od nowojorskich klubów po sceny Azji i Afryki – od lat pozostaje wierny swojej nietypowej pasji: lirze korbowej. To właśnie on stał się prekursorem wykonywania współczesnego jazzu na tym archaicznym instrumencie.
Jego najnowszy album, „Etno Machina”, to projekt całkowicie solowy, a zarazem technologicznie odważny. Mencel udowadnia na nim, że tradycja nie jest „zamkniętą puszką”. Już od pierwszych dźwięków płyta zaskakuje bogactwem brzmień – szczególnie w warstwie rytmicznej, której trudno spodziewać się po instrumencie melodycznym. Autor buduje tu rozległe, często dysonujące struktury, w których odbija się cała historia liry: od jej domniemanych mauretańskich źródeł, przez Bałkany i Ukrainę, aż po francuski folklor.
Słuchając „Etno Machiny”, można odnieść wrażenie, że lira w rękach Mencla staje się swoistym „europejskim sitarem”– mistycznym łącznikiem między dawnymi wiekami a nowoczesnym sonoryzmem. O tym, jak z ludowego artefaktu zbudować samowystarczalny, cyfrowo-akustyczny kosmos, o rozmowach ze słuchaczami i o tym, dlaczego jeden instrument wystarczy, by opowiedzieć cały świat, rozmawiam z samym autorem.
Kaśka Paluch: Lira korbowa kojarzy się z archaicznością, a ty nazywasz ją „Etno Machiną”. Na ile ten instrument jest dla ciebie maszyną do generowania dźwięku, a na ile wciąż żywym, ludowym artefaktem?
Joachim Mencel: Dla mnie to jest po prostu żywy instrument, na którym można zagrać przeróżne dźwięki, natomiast zasada działania, sposób wydobywania dźwięku i to jak lira korbowa jest zbudowana, stanowi pośród innych instrumentów pewną niezwykłość. Tutaj muszę być gotowy na różne niespodzianki, lira jest nieprzewidywalna ponieważ wiele zależy od warunków otoczenia, wilgotności, ułożenia strun, czy choćby od kondycji ich osnowy. Te cechy w moim rozumieniu sytuują lirę w gronie instrumentów ludowych. Nie bez znaczenia dla mnie jest również historia tego instrumentu. Oczywiście ten instrument traktuję także jako pole do eksperymentów.
Wspomniałeś, że ta płyta to odpowiedź na głosy fanów proszących o materiał solo. Czy praca w pojedynkę pozwoliła ci odkryć w lirze coś, czego wcześniej nie słyszałeś, grając z zespołem?
Tak. Absolutnie tak. Odkryłem różne możliwości zarówno imitacji instrumentów perkusyjnych, jak i basowych. Poza tym eksperymentując z elektroniką doszedłem do zaskakujących dla mnie rezultatów. Dotyczy to zwłaszcza utworów, które są złożone z wielu ścieżek. Pracowałem nad tymi warstwami tak, by były one komplementarne.
Płyta powstała metodą overdubbingu. Jak wygląda u ciebie „budowanie świata” z jednego instrumentu? Czy najpierw tworzyłeś fundament rytmiczny, czy zaczynałeś od melodii?
Komponując utwory myślę najpierw o nastroju, klimacie jaki chcę osiągnąć. Nie ma żadnej zasady czym później wypełniam utwór. Czasami jest to melodia z harmonią, innym razem tempo z określonym rytmem, niekiedy po prostu improwizuję i rejestruję najciekawsze fragmenty.
Wszystkie dźwięki pochodzą wyłącznie z liry. Jakie najbardziej zaskakujące brzmienie udało ci się z niej wycisnąć za pomocą elektroniki? Był moment, w którym sam nie mogłeś uwierzyć, że to wciąż ten sam instrument?
Najbardziej zaskoczyło mnie brzmienie, jakie uzyskałem w utworze „Syreny”. Stąd też ten tytuł sugerujący śpiew, którego przecież nikt nigdy nie słyszał.
Mówisz o tej płycie jako o „osobistej wypowiedzi”. O czym opowiada „Etno Machina” poza samym dźwiękiem? To historia o podróży czy raczej o wewnętrznym skupieniu?
Z jednej strony jest to podróż, bo gram na lirze już kilkanaście lat i wciąż wykonując różne utwory, w różnych składach, odkrywam nowe walory tego instrumentu. Z drugiej strony jest to muzyka bardzo wewnętrzna, wydobyta z pokładów moich intymnych przeżyć, tęsknot i różnorakich doświadczeń. Nagrywając te utwory dbałem bardzo o to, by były wolne od popisywania się czy zbędnej wirtuozerii. Zależało mi na głębi muzyki.
Jak planujesz przenieść ten wielowarstwowy materiał na scenę? Będziemy oglądać solowe koncerty z looperem, czy „Etno Machina” na żywo będzie jeszcze ewoluować w inną stronę?
Kiedy nagrywałem ten materiał myślałem , że będzie istniał tylko w formie płytowej. Ale przyjaciele namawiają mnie by „Etno Machina” pojawiła się też na scenie. Grałem już utwory z looperem, zatem w takiej formule czuję się bardzo dobrze, niemniej jednak ten program ze względu na strukturę większości kompozycji wymaga bardziej zaawansowanych zabiegów. Myślę cały czas o powiązaniu muzyki na lirę z obrazem, sądzę, że byłaby to ciekawa formuła koncertowa dla tego projektu.
Czy po nagraniu tej płyty patrzysz na lirę korbową inaczej niż przed wejściem do studia? Co cię w niej najbardziej zaskoczyło na samym końcu tego procesu?
Tak naprawdę używałem dwóch lir w procesie nagrywania płyty. Każda z nich jest inna, każda ma swój charakter i specyficzny głos. Mam takie przekonanie że na bazie tych dwóch instrumentów można jeszcze wiele zdziałać. Już w mojej głowie kołaczą się pomysły i plany na nową podróż z lirą…