#HALO507 – PANAMA CZĘŚĆ 10: Kłopoty w raju (San Blas)

Chcesz poczuć się jak Robinson Crusoe? Panama odpowiada: Proszę bardzo. Mamy 360 takich wysp, na których możesz poczuć się jak rozbitek pośrodku Karaibów. Oczywiście w jak najbardziej kontrolowanych warunkach i za pewną opłatą. Jeżeli jakiemuś miejscu w Panamie jest najbliżej do urzeczywistnienia naszych marzeń o pobycie na bezludnej rajskiej wyspie, to jest nim właśnie San Blas. Problem z tzw. ‘rajami na Ziemi’ jest właśnie drugi człon tego wyrażenia. Zawsze będzie w tym wszystkim pierwiastek ziemski, który będzie miał w zapasie pewne uciążliwości, niedoróbki i lekkie zgrzyty względem tego, co oczekiwaliśmy.

PRAKTYCZNIE

San Blas jest archipelagiem grubo ponad 300 wysp znajdujących się u karaibskiego wybrzeża Panamy usytuowanym w pół drogi między stolicą kraju a kolumbijską Cartageną.  Zarówno wyspy jak ich bezpośrednie okolice znajdują się na terenie parku narodowego i stanowią unikatowy w skali całego regionu ekosystem. Niewiele osób decyduje się na podróż do San Blas zupełnie własnym sumptem. Dwie najczęściej wybierane opcje to wycieczki organizowane z Panama City lub rejs po Karaibach, na którego trasie znajduje się archipelag.

Szczególną popularnością cieszą się dwu- lub trzydniowe wyjazdy organizowane przez liczne biura podróży działające w stolicy kraju. Najlepiej zafundować je sobie zaraz po przylocie lub na sam koniec pobytu w Panamie. San Blas znajduje się bowiem w przeciwnym kierunku do wszystkich pozostałych atrakcji turystycznych kraju. Standardowy pakiet obejmuje transport, wyżywienie i nocleg, a jego ceny są bardzo zróżnicowane. My za wariant z dwoma noclegami zapłaciliśmy 200 USD od osoby, ale taka opcja jest z reguły droższa. Znam również osoby, które tyle samo zapłaciły za 1 nocleg przy takim samym standardzie. O rekomendacje warto spytać w ho(s)telu, w którym akurat będziecie przebywać.

Podróż z Panama City odbędzie się mini-busem lub autem 4x4. W wielu przypadkach możecie liczyć na odbiór z miejsca, w którym nocujecie, co jest o tyle korzystne, że wyjazd ma miejsce we wczesnych godzinach porannych. Po 3-godzinnej, bardzo urokliwej trasie wiodącej przez wzgórza porośnięte gęstą zielenią i przekroczeniu wjazdu do Guna Yala (dodatkowa opłata dla obcokrajowców: 20 USD), trafiamy do portu Garti Tupile, który jest autentycznym obrazem nędzy i rozpaczy. Na pewno nie tak wyobrażaliście sobie wjazd do raju. Jest sporo zamieszania w związku z tym, że wszyscy łapią stąd łodzie w różne strony. Przed zmianą środku transportu warto również zmienić ubranie, bowiem przy bardziej wzburzonych falach, możemy łatwo zmoknąć. Wiele motorówek, na których odbywa się transport, jest naprawdę niepozornych rozmiarów i nie posiada jakiejkolwiek ochrony przed wodą tryskającą na wszystkie strony. Po dopłynięciu na wyspę możecie się zainstalować i udać do swojego lokum. Najczęstszą opcją są chatki w stylu cabañas, niektórzy nocują pod namiotami.

Druga, bardziej ekskluzywna opcja, na jaką możecie się zdecydować, to rejs. Tutaj należy przewidzieć więcej czasu, na co większość przyjezdnych (przynajmniej tych z Europy) nie może sobie pozwolić. Rejs na trasie Panama-Cartagena trwa jakieś 5 dni. W ofertach, na które trafiałem, taka przyjemność kosztowała ok. 500 USD. Nie znam absolutnie nikogo, kto by się na nią zdecydował; ciężko mi więc cokolwiek polecić w tej materii, ale wydaje mi się to sensowny wybór jedynie dla tych, którzy przy jednej podróży planują zwiedzić Panamę i Kolumbię.

Zakładając nawet 1 nocleg na San Blas warto zatroszczyć się o to, aby zabrać ze sobą kilka rzeczy. Pierwszą z nich jest odpowiednia ilość gotówki. Będzie ona niezbędna do opłacenia ewentualnych wycieczek fakultatywnych i zrobienia małych zakupów w sklepikach znajdujących się na niektórych z wysp. Ich wyposażenie jest nadzwyczaj skromne, a więc wszelkie napoje trzeba zabrać ze sobą. Idealnym rozwiązaniem byłby też cooler, ale trudno o taką inwestycję, zakładając zaledwie 2-3 tygodniowy pobyt w całej Panamie.

Osobna jest kwestia posiłków. Wykupione pakiety obejmują 3 posiłki dziennie, ale warto upewnić się, czego możemy się spodziewać, a także kiedy jedzenie zostaje wydane po raz pierwszy i ostatni w trakcie naszego pobytu. Poznana przeze mnie Niemka w ostatnim dniu nie otrzymała obiadu, mimo że odpływała z wyspy w okolicach 15:00. O moich perypetiach opowiem nieco później, ale moje ogólne zalecenie sprowadza się do jednego zdania: weźcie trochę jedzenia na zapas.

Do swojego plecaka należy również zapakować krem do opalania, coś ciepłego na noc (potrafi być bardzo wietrznie), spray ochronny przeciwko komarom oraz latarkę (wystarczy ta w telefonie). Na wyspach z reguły jest elektryczność, a nawet zasięg, ale obie te wygody funkcjonują w dość ograniczonym zakresie.

PODRÓŻNICZO

Wydawać by się mogło, że San Blas to miejsce absolutnie uniwersalne i każdy odwiedzający Panamę powinien zajrzeć także tutaj. Jednak gdybym miał kogoś skierować tylko w jedno miejsce panamskich Karaibów, to byłoby to jednak Bocas del Toro. Dzieje się tutaj o wiele więcej, a wyspy takie jak tamtejsza Isla Zapatilla mogą śmiało konkurować z tymi na San Blas. Kto przede wszystkim powinien tutaj zajrzeć?

San Blas jest wymarzonym miejscem dla osób szukających błogiego relaksu oraz miłośników wylegiwania się na słońcu. Tutejsze plaże są bez wątpienia jednymi z najpiękniejszych, jakie widziałem w życiu, a przybrzeżne wody kojąco ciepłe. W dodatku łatwo zapomnieć o tym, że jesteśmy na w pełni organizowanej wycieczce, dzięki czemu możemy się poczuć nieco jak rozbitkowie na bezludnej wyspie. San Blas także to idealna destynacja dla par chcących spędzić czas w romantycznych okolicznościach. 

Zdecydowanie nie polecam tego miejsca osobom podróżującym w pojedynkę. Ja miałem to szczęście, że spędziłem tu czas z moimi przyjaciółmi. Pierwszego dnia przygarnęliśmy do naszego składu przesympatycznego Salwadorczyka, ale była to jedyna osoba, która na tej trasie podróżowała solo. 

Pobyt w pojedynkę będzie o tyle uciążliwy, że tak naprawdę niewiele mamy tu do roboty. Możemy odwiedzić wioskę Indian Kuna, ponurkować lub… zajrzeć na inną wyspę. Tylko będzie to pozorna zmiana, wyspy są bowiem do siebie bliźniaczo podobne. Czy ma więc znaczenie, na którą z nich się zdecydujemy? Jest jeden banalny, ale bardzo ważny faktor: w tym przypadku rozmiar ma znaczenie. Dla przykładu, my nocowaliśmy na wyspie o wdzięcznej nazwie Senidup i chociaż było to absolutnie przepiękne miejsce, to cały teren byliśmy w stanie zejść w 5 minut. Dlatego warto więc upewnić się przed wyjazdem, że będziemy mieć gdzie pospacerować.

Najważniejsze jednak to nie nastawiać się na żadne wygody. Zaplecze sanitarne jest dość prowizoryczne, a sama baza noclegowa (chociaż ciężko mi to sformułowanie przeszło przez klawiaturę) skromna i dająca pewien posmak, w jakich warunkach mieszka tutaj lokalna ludność.

Podsumowując, najlepiej będziemy się bawić na San Blas, gdy wybierzemy się tam na jedną lub dwie noce, zadbamy o dobre towarzystwo na ten czas i upewnimy się, że nasze zapasy zrobione przed wyjazdem są wystarczające.

PRYWATNIE

Biorąc pod uwagę, jak niewiele czasu spędziliśmy na San Blas, aż nie chce mi się wierzyć, ile zdążyło się tam wydarzyć i przez jak rozmaite stadia emocjonalne przeszliśmy z całą moją załogą. Zaczęło się od lekkiego powątpiewania po dotarciu do portu, części moich towarzyszy mina zrzedła po dość szybkim przelustrowaniu tego miejsca. Gdyby wkroczył tu sanepid, to z miejsca zamknąłby tutejszy szalet i knajpkę, gdyby zaś wkroczyła jakakolwiek kontrola bezpieczeństwa, pewnie wycofałaby z użytku sporą część motorówek. Ale to indiańska prowincja w Panamie, tutaj dwie deski skleja się na ślinę, a nie przybija gwoździami. 

Sama podróż była dość emocjonująca. Mijaliśmy kolejne wysepki, przy niektórych modliliśmy się, żeby nie było to nasze miejsce docelowe (kilka przybrzeżnych wysp to tak naprawdę indiańskie slumsy), od innych zaś żal było odpływać. Droga trwała mniej niż pół godziny i była dość szaleńcza, w niektórych momentach wręcz podskakiwaliśmy z siedzeń. Gdy dotarliśmy na miejsce, nasza ekscytacja (wkrótce podbita odpowiednią dawką rumu) osiągnęła absolutny zenit. Miejsce okazało się naprawdę bajkowe, a w pełnym słońcu tylko zyskiwało magii. Tak zostało już do nocy: można było pokopać lub poodbijać piłkę, rozkoszować się ciepłą i krystaliczną wodą albo wparować na skromną imprezę do sąsiadów. Wyspa, chociaż mała, była podzielona między dwóch operatorów. Ci, z którymi dzieliliśmy ten obszar zorganizowali coś na kształt kolacji z muzyką, a my bezpardonowo do nich dołączyliśmy.

Schody zaczęły się dnia następnego. Na temat wygód nie będę się wypowiadał, bo w takich okolicznościach nie spodziewałem się nie wiadomo jakich warunków. Ale to jedzenie… Posiłków mieliśmy trzy każdego dnia i jeden był większym rozczarowaniem od drugiego. Cały „serwis” był obsługiwany przez tutejszych Indian Kuna i z jednej strony było to ciekawym zderzeniem kulturowym, z drugiej, co tu dużo mówić, była to porażka na całej linii. Rezydując na karaibskiej wysepce, spodziewać się można przede wszystkim ryb i owoców morza na śniadanie, obiad i kolację. Jednak lokalni wyszli z założenia, że to, po co tu przyjechaliśmy to kurczak i ryż, czyli słynne panamskie danie narodowe. Nie wiem, co było gorsze: to jak małymi porcjami nas raczono czy to, jak kompletnie pozbawione smaku były te potrawy. Ktoś powie: wyśmienita dieta na siłownię, ale to raczej śmiech przez łzy.

Dodatkowym utrudnieniem był fakt, że nie do końca wiedzieliśmy, ile z tego, co mówiliśmy po hiszpańsku docierało do tubylców. Prosisz o wodę, a „kelnerka” odchodzi bez słowa i znika. Prosisz o kilka kokosów z palmy i każdy wskazuje na inną osobę, która ma ci w tym pomóc. Najsensowniejszy z całego towarzystwa był kilkuletni Indianin, z którym trochę się pograliśmy w piłkę drugiego wieczoru. Jego funkcja na wyspie sprowadzała się do dmuchania w muszlę w godzinę każdego posiłku lub na przypłynięcie lub wypłynięcie łodzi z wyspy. Fascynujące było to, że nie był mu znany koncept urodzin i że sam nie był pewien, ile ma lat. Nie twierdzę, że był przez to mniej szczęśliwy, ale zetknięcie się z tym było niezwykle ciekawym doświadczeniem.

Wypływaliśmy stamtąd z pewnym uczuciem ulgi, a chińska knajpa z obiadami za kilka dolarów, do której zajrzeliśmy w drodze powrotnej wydawała nam się najbardziej ekskluzywną restauracją. Dziś na myśl o San Blas w pierwszej kolejności przypominają mi się te najzabawniejsze sytuacje i najpiękniejsze widoki. O tym wypadzie najlepiej świadczą dwie sąsiednie strony z mojego albumu o Panamie. Na jednej całym składem uśmiechami się od ucha do ucha i sprawiamy wrażenie najszczęśliwszych na świecie. Na drugiej moi znajomi stoją na zewnątrz naszej lepianki, wyraźnie naburmuszeni i zmęczeni tak jakby sami byli wieloletnimi mieszkańcami indiańskiej wioski i mieli wszystkiego serdecznie dość. I takie właśnie jest San Blas w pełnej krasie. Reklamowane jako raj na Ziemi jest w rzeczywistości rajem utraconym. Albo rajem w trakcie tworzenia. A tak naprawdę nie trzeba tu zbyt wiele zmieniać. Należy po prostu mądrzej wykorzystać wszystko to, co jest tu niemal na wyciągnięcie ręki.

Tekst i zdjęcia: Rafał Maćkowski

Na zdjęciach: Isla Senidup, San Blas

Szanowna Użytkowniczko, Szanowny Użytkowniku, zanim klikniesz „Przejdź do serwisu” lub zamkniesz to okno, prosimy o przeczytanie tej informacji. Prosimy w niej o Twoją dobrowolną zgodę na przetwarzanie Twoich danych osobowych przez naszych partnerów biznesowych oraz przekazujemy informacje o tzw. cookies i o przetwarzaniu przez nas Twoich danych osobowych. Klikając „Przejdź do serwisu” lub zamykając okno, zgadzasz się na poniższe. Możesz też odmówić zgody lub ograniczyć jej zakres. Zgoda Jeśli chcesz zgodzić się na przetwarzanie przez Etnosystem.pl Twoich danych osobowych, które udostępniasz w historii przeglądania stron i aplikacji internetowych oraz danych lokalizacyjnych generowanych przez Twoje urządzenie, w celach marketingowych (obejmujących zautomatyzowaną analizę Twojej aktywności na stronach internetowych i w aplikacjach w celu ustalenia Twoich potencjalnych zainteresowań dla dostosowania reklamy i oferty) w tym na umieszczanie znaczników internetowych (cookies itp.) na Twoich urządzeniach i odczytywanie takich znaczników, kliknij przycisk „Przejdź do serwisu” lub zamknij to okno. Jeśli nie chcesz wyrazić zgody kliknij „Zamknij”. Wyrażenie zgody jest dobrowolne. Powyższa zgoda dotyczy przetwarzania Twoich danych osobowych do śledzenia statystyk Google Analytics czy wyświetlania Ci dedykowanych reklam.
Więcej informacji Przejdź do serwisu Zamknij