Wszyscy albo nikt [RECENZJA]

Opowiedzieć o rewolucjach przeciw reżimowi w Iranie z inteligentnym dowcipem, bez męczącego i dobijającego zadęcia, to pomysł graniczący z szaleństwem. Kheiron dosłownie żongluje emocjami widzów, całkowicie je sobie podporządkowując.

Kiedy cała sala kinowa czekała w napięciu podczas jednej ze scen na jakiś sygnał z ekranu, który pozwoliłby nam się zaśmiać, dał jakieś przyzwolenie na to, by rozluźnić wzrastające od kilku minut napięcie, wtedy zrozumiałam, że tylko ktoś kto temat tak trudny opanował do perfekcji, utożsamił się z nim jak Kheiron, może sobie pozwolić na dystans. Bo jak inaczej można wpaść na pomysł, żeby pokazać siedmioletnie tortury w irańskim więzieniu w sposób dowcipny, ale nie prześmiewczy? Kheiron doskonale wyważa napięcie, nie pozwalając na to, by swojego widza zbyt mocno wciągnąć w katastroficzny nastrój wydarzeń z Iranu połowy minionego wieku. Jednocześnie opowiada o tym z odpowiednim szacunkiem.  

Historia z „Wszyscy albo nikt” to historia rodziny reżysera, która musiała uciekać do Francji z pogrążonego w rewolucji Iranu chcąc kontynuować walkę o demokrację. A także by rozpocząć drugą batalię – tym razem o integrację w nowym środowisku. Gdyby nie była to historia prawdziwa, mogłabym powiedzieć, że trąci nieco naiwnością. Ale jest prawdziwa, a o jej autentyczności świadczy fakt, że „happy end” jest tylko pozorny. Zbyt dużo cierpienia i śmierci zobaczyliśmy, mimo wszystko, na ekranie, żeby z kina wychodzić z nastrojem w pełni optymistycznym. Wychodzimy jednak z nadzieją. Ścieżka dźwiękowa, na której zremiksowany Ahmad Ali Rezay miesza się z Philipem Glassem i Edith Piaf dodatkowo podkreśla kalejdoskopowość emocjonalną filmu Kheirona. To feel-good movie, nie pozbawiony jednak prawdy, dystansu i nienachalnej mądrości. Zwłaszcza dziś, ten obraz powinien zobaczyć każdy. 

Kaśka Paluch „

Wszyscy albo nikt” (Nous trois ou rien), 2015, reż. Kheiron

iran, wszyscy albo nikt

Podróże, muzyka, książki, filmy
wywiady, artykuły, recenzje

Znajdź nas