Tatry: Jaskinie

Szlakiem jaskiń Doliny Kościeliskiej, jak roboczo nazywam sobie ten typ wycieczki, to propozycja wyprawy w głąb Tatr, zamiast na ich szczyty i możliwość obcowania z zupełnie innym typem turystyki górskiej. Jaskinie w Kościeliskiej – Raptawicka, Mylna i Smocza Jama w Wąwozie Kraków – są przygotowane do zwiedzania bardzo dobrze, jednakowoż przynajmniej Mylna wymaga dobrego przygotowania, podobnie Smocza Jama. Ogólnie jednak własna latarka, a najlepiej czołówka, to jest coś, z czym powinniśmy się pogodzić kiedy wybieramy się do jakiejkolwiek jaskini i chcielibyśmy, żeby to miało choć odrobinę sensu.

Jaskiniom Kościeliskiej, jak każdemu miejscu w górach, należy się szacunek. Dotyczy on nie tylko tego wspomnianego przygotowania (światło), ale też zachowania porządku. Należy sobie to powiedzieć raz na zawsze: jaskinia to nie plaża pod Mostem Poniatowskiego, Tatry to nie „Łubna”, jeśli chciało ci się targać pięć puszek browara ten kawałek drogi, to drałuj z nimi z powrotem, a nie wciskaj w jakieś szczeliny. Po drugie, szalenie mnie cieszą postępy w likwidacji analfabetyzmu w Polsce – większość rodaków potrafi się już przynajmniej podpisać, co jest radosną nowiną. Dlaczego jednak góry, a zwłaszcza jaskinie, budzą w nas tak nieodpartą chęć podzielenia się ze światem nowo nabytymi umiejętnościami – trudno dociec. A zatem, drodzy przedstawiciele oświaty, kolejny krok: walka z analfabetyzmem funkcjonalnym. 

Te luźne refleksje dotyczą głównie biednej Jaskini Raptawickiej, najbardziej dostępnej i otwartej, do której w dodatku prowadzi strome podejście ubezpieczone łańcuchami. Idealne miejsce dla mentalnych gimnazjalistów, do popisania się przed swymi foczkami atletyzmem i wspomnianą już umiejętnością zapisania dwóch słów. Tym samym Jaskinia Raptawicka jest jedną z najczęściej odwiedzanych, pełniących rolę „jaskiniowego Morskiego Oka”, też przecież kuszącego możliwością wciśnięcia aluminium między skały lub użyciem sprayu/flamastra. Na szczęście taka Jaskinia Mylna już od początku dyskwalifikuje potencjalnych oszołomów, bo wita turystów wejściem, do którego trzeba się wczołgać lub przeczłapać na kolanach po rozlanym krasie i mleczku wapiennym. Dlatego też widok udekorowanych cekinami panienek w Jaskini Mylnej jest raczej rzadki, nie po to bowiem chodzi się w góry, żeby sobie połamać tipsy. Mylna ponadto już w pierwszych chwilach informuje, że bez światła daleko w niej nie zajdziemy. Przekonałam się o tym wiele lat temu, będąc jeszcze bezczelną gówniarą, która na trzyosobową wycieczkę do Mylnej zabrała jedną latarkę z kiosku, nabytą drogą kupna w cenie kilku złotówek. Latarka w zimnie, wodzie i krasie szybko straciła funkcjonalność, w efekcie musieliśmy wołać towarzystwo z czołówkami (wyprzedzili nas wcześniej, całe szczęście), żeby doprowadzili nas do wyjścia ze swoim światłem. Co godność ucierpiała, to ucierpiała, ale nauczkę mam na całe życie. 

Za każdym razem, kiedy uważnie obserwuję kolory wyznaczające szlak wewnątrz jaskini, chroniące jednocześnie przed wejściem w ślepą uliczkę (ślepą, ale kuszącą przyjaźnie wyglądającym wejściem), myślę o ofiarach, które jaskinia pochłonęła. Bez światła i znajomości szlaku bardzo łatwo się tam zgubić. A przyznam, że przynajmniej dla mnie, wyobrażenie zgubienia drogi w ciemnej, zimnej jaskini, budzi w umyśle najgorsze klaustrofobiczne demony. Myślę wtedy o pallotynie Józefie Szykowskim, który na wycieczkę do mylnej wybrał się w lipcu 1945 roku. Pobłądził tam i zmarł z wycieńczenia i głodu. Jego ciało znaleziono dopiero dwa lata później, w odległych korytarzach jaskini. Był to jedyny przypadek śmierci w Jaskini Mylnej w historii jej turystyki, spowodowany głównie tym, że Szykowski wybrał się na wycieczkę w okresie powojennym, niesprzyjającym wtedy turystyce górskiej. Później podobne przypadki zbłądzenia się zdarzały, ale kończyły szybkim odnalezieniem bądź przez ratowników, bądź to przez innych turystów. Tak czy owak, Jaskinia Mylna z punktu widzenia przeciętnego turysty jest miejscem dostarczającym wrażeń: trzeba się czołgać, brodzić w wodzie, przeciskać w szczelinach, są łańcuchy i przepaście. No i panuje w niej absolutny mrok. W jaskiniach niemożliwe jest widzenie skotopowe, czyli nocne, ponieważ to takiej pracy ludzkiego wzroku konieczna jest najbardziej choćby znikoma ilość światła, której jaskinie są zupełnie pozbawione. Przynajmniej takie jaskinie, jak Mylna. 

Na wycieczkę do trzech jaskiń w Dolinie Kościeliskiej powinniśmy sobie przeznaczyć na spokojnie 4-5 godzin. Do wędrówki przez Jaskinię Mylną konieczne będzie posiadanie własnej latarki, najlepiej czołowej. Przyda się też coś cieplejszego – w okresie letnim temperatura w jaskini wynosi około +5 stopni Celsjusza (w zimie temperatura ujemna). Ubierzmy się pamiętając o tym, ze w jaskiniach jest ślisko, mokro, ciuchy na pewno będziemy mieć umorusane mleczkiem wapiennym. Nieprzemakalne i nieślizgające się buty to też podstawa, również po to, by bezpiecznie do jaskini podejść. No i rękawiczki – i na łańcuchy i po prostu po to, by ochronić ręce przed zimnem, wilgocią, skałami, kamieniami…

Podsumowując: zwiedzenie trzech jaskiń zajmie nam maksymalnie pół dnia. Zarówno podejście do nich jak i przejście przez jaskinie, będzie się wiązało z trudnościami technicznymi typu: ślisko, mokro, użycie łańcuchów. Jaskinia Raptawicka i Mylna są na tym samym szlaku, ale Raptawicką wybierzmy jako pierwszą – przejście przez Mylną jest jednokierunkowe i wyprowadzi nas do Doliny Kościeliskiej (wtedy do Raptawickiej będzie trzeba podchodzić jeszcze raz). Do Smoczej Jamy przechodzimy po drugiej stronie doliny, przez malowniczy Wąwóz Kraków. Dla tych, którzy nie będą mieli ochoty ślizgać się po ubezpieczonym łańcuchem podejściu wewnątrz jaskini, istnieje opcja alternatywna, czyli przejście na Halę Pisaną zewnętrzną ścianą jaskini, po łańcuchach. Obie równie ciekawe, malownicze, fascynujące. 

Tekst: Kaśka Paluch

Fot. Iśka Marchwica

jaskinia mroźna, jaskinia mylna, jaskinie, tatry

Podróże, muzyka, książki, filmy
wywiady, artykuły, recenzje

Znajdź nas