Tak wygląda raj? Krokusowy szał pod Tatrami

Przyciągają kilkadziesiąt tysięcy turystów jednego dnia, bywają marzeniem i celem wycieczek. Krokusy z Doliny Chochołowskiej to fenomen, a zarazem mit wykreowany przez turystów i media. Występują na podobną skalę w kilku tatrzańskich miejscach, a jednak po zdjęcia szafranowych dywanów masowo pędzimy właśnie tam. Nie zmienia to faktu, że widoki robią wrażenie. Tekst pierwotnie ukazał się w czerwcowym wydaniu magazynu „n.p.m” w 2017 roku.

Moda na podziwianie krokusów na Polanie Chochołowskiej jest stosunkowo nowa, a na sile przybrała w ciągu ostatnich kilku lat. Ale już w 1983 roku w „Mistyce gór” ksiądz Roman Rogowski pisał: „Chcesz zobaczyć kawałek raju? Idź wczesną wiosną na Polanę Chochołowską, kiedy kwitną krokusy! Cała polana jest fioletowa. Na tle ośnieżonych gór jej piękno zaskakuje! Zatrzymaj się więc, nie biegnij! Popatrz, daj się porwać pięknu”. To dowodzi, że krokusy z Chochołowskiej fascynują od lat. 

Zjawisko krokusowych dywanów, kiedy niemal całą polanę pokrywają charakterystyczne fioletowe kwiaty, z roku na rok przyciąga coraz większe rzesze turystów. Padają rekordy frekwencji, co każe zastanowić się nad tym, czy należy jeszcze potęgować mit chochołowskich krokusów, czy raczej już uwrażliwiać na konieczność ich ochrony. A także na fakt, że – wbrew temu, co się może wydawać – krokusy kwitną nie tylko tam. Tysiące turystów polujących wiosną na krokusy w jednym miejscu to pustki na innych szlakach i wyzwanie dla Tatrzańskiego Parku Narodowego. 

Boom na Chochołowską 
Za sprzedaż biletów wstępu do punktów wejścia do Doliny Chochołowskiej i przyległej jej Doliny Lejowej oraz obsługę ruchu turystycznego na tym terenie odpowiada Wspólnota Leśna Ośmiu Uprawnionych Wsi w Witowie, choć oczywiście obie doliny leżą w granicach Tatrzańskiego Parku Narodowego. Statystyki sprzedaży nie są dokładne, bo – jak zauważają pracownicy parku – część turystów wchodzi do Doliny Chochołowskiej, omijając kasy. Ale kilka szacunkowych danych robi wrażenie. 

– Od kilku lat obserwujemy duże nasilenie ruchu turystycznego w czasie kwitnienia krokusów – mówi Paulina Kołodziejska, kierownik Zespołu Komunikacji i Wydawnictw Tatrzańskiego Parku Narodowego. – W ubiegłym roku w marcowo-kwietniowe weekendy Dolina Chochołowska przeżywała prawdziwe oblężenie. Rozkwit krokusów oraz piękna pogoda sprawiły, że do tej słynnej doliny zjechała masa turystów. Z szacunków wynikało, że w jedną z niedziel do Chochołowskiej weszło ponad 25 tysięcy osób – dodaje. 

Dla porównania według statystyk TPN przez cały kwiecień 2016 roku w Dolinie Olczyskiej sprzedano tylko 718 biletów wstępu, a w znacznie bardziej popularnej Dolinie Kościeliskiej – 17 tysięcy. W tym kontekście 25 tysięcy osób w jeden dzień to i tak wynik imponujący. Potwierdza to Zbigniew Kowalski, leśniczy Obwodu Ochronnego Chochołowska i zauważa, że kilkanaście lat temu najwięcej turystów pojawiało się podczas długich weekendów majowych lub w połowie sierpnia, ale od kilku lat rekordy frekwencji przypadają na okres kwitnienia krokusów.

– Pomimo tego, że krokusy kwitną masowo również w innych miejscach w Tatrach i na Podhalu, to przez działanie medialne wytworzył się mit, który wrył się do świadomości Polaków: że krokusy są tylko w Dolinie Chochołowskiej. Biura podróży organizują nawet specjalne wyjazdy z Krakowa czy Warszawy, a w pobliżu organizowane są Dni Krokusa. A przecież można je zobaczyć nie tylko tam – mówi Zbigniew Kowalski. 

Gdzie jeszcze zatem można spotkać krokusy? – Efektowne skupiska są na Wyżniej Kirze Miętusiej, Polanie Pisanej i Polanie Smytniej w Dolinie Kościeliskiej, a także na Kalatówkach w Dolinie Bystrej i poza granicami parku – przekonuje Kołodziejska. A przewodniczka tatrzańska, Monika Śliwińska wskazuje dodatkowo polany u podnóża Tatr poniżej Drogi Pod Reglami. 

Ale większość i tak jedzie do Doliny Chochołowskiej, bo jest najbardziej dostępna. I w ten sposób rekordowa liczba turystów przekłada się na spore problemy organizacyjne. 

– Przekroczona została pojemność szlaku turystycznego i miejsc wypoczynkowych – mówi Paulina Kołodziejska. – Na szlaku panuje bardzo duży tłok, podczas gdy inne doliny w Tatrzańskim Parku Narodowym niemal świecą pustkami – dodaje. 

W 2016 roku mimo tak wysokiej frekwencji udało się uniknąć zadeptania krokusów. Dbają o to pracownicy TPN, Straż Parku oraz pracownicy terenowi i wolontariusze TPN. – Upominali osoby oddalające się dalej niż kilka metrów od ścieżki oraz wchodzące w łany krokusów – wyjaśnia Kołodziejska. – Zdecydowana większość turystów podporządkowywała się poleceniom. Po tłumach nie pozostało też zbyt wiele śmieci. Zauważyliśmy, że turyści pilnowali siebie nawzajem, co bardzo nas cieszy – mówi. 

A jednak każdy, kto przeżył w Tatrach dzień turystycznego boomu, wie, jak bardzo uciążliwe nie tylko dla natury, ale też dla samych zwiedzających potrafią być przeludnione szlaki. 

– Już do południa, przez brak miejsc na parkingach, turyści wykorzystywali każdy skrawek terenu bądź pobocza drogi, żeby zostawić auto. A to spowodowało kilkukilometrowe korki ciągnące się w stronę Chochołowa lub Zakopanego – opowiada Zbigniew Kowalski. – Samo oczekiwanie do kasy biletowej, dla tych, którzy chcieli zapłacić, zabierało do półtorej godziny. Kilkadziesiąt minut trwało też czekanie na zamówienie posiłku lub napoju w schronisku lub skorzystanie z ubikacji – dodaje. 

Także w tym roku Tatrzański Park Narodowy zwiększył moce, by poprawić komfort zwiedzania Doliny Chochołowskiej oraz uniknąć niechcianych sytuacji. – Postawiliśmy na wzmożone patrole Straży Parku i Służby Parku Narodowego, podobnie jak w ubiegłym roku korzystamy również z pomocy wolontariuszy TPN – mówi Paulina Kołodziejska. – Nawiązaliśmy kontakt ze wspólnotą ośmiu wsi w Witowie, by uniknąć zeszłorocznej sytuacji, kiedy obsługa kas nie nadążała ze sprzedażą biletów, co było przyczyną różnych nieprzyjemnych sytuacji. Będzie więcej czynnych kas i toalet – zapowiada. 

Tatrzański Park Narodowy opublikował też na swoich mediach społecznościowych mapkę z informacją gdzie jeszcze poza Doliną Chochołowską można zobaczyć krokusy i kodeks miłośnika tych roślin zabraniający m.in. deptania po nich. Ilość turystów, którzy odwiedzili Dolinę w tym roku przeszła jednak najśmielsze oczekiwania pracowników Parku. W pierwszy kwietniowy weekend sznur samochodów do Chochołowskiej ciągnął się przez kilkanaście kilometrów. Zbigniew Kowalski w wieczornej niedzielnej relacji na gorąco mówił, że liczba turystów, którzy przyjechali na krokusy w tym roku mogła być nawet dwukrotnie wyższa niż w poprzednim. Ci, którzy zaparkowali swój samochód o 8 rano, wieczorem musieli go szukać w gąszczu pojazdów, toalet było więcej, ale i tak trzeba było czekać w 45-minutowej kolejce. 

W Chochołowskiej pracowali wolontariusze i Straż Parku, ale przy takiej ilości ludzi upilnowanie wszystkich musiało by być cudem. Na szczęście turyści nie byli konfliktowi i zwykle wystarczało upominanie. 

Nieco mniej, ale też sporo ludzi, polowało na krokusy na Kalatówkach czy Polanie Huciska. Nieporównywalnie jednak z ilością turystów, która nawiedziła Chochołowską. Nigdy w historii Tatrzańskiego Parku Narodowego jednego dnia nawet najpopularniejszych szlaków – jak ten do Morskiego Oka – nie odwiedziło kilkadziesiąt tysięcy turystów. To „krokusowy amok”. 

Czy zatem turyści, którzy na przykład przyjeżdżają w góry samochodami i parkują je w najróżniejszych, czasem niedozwolonych miejscach, szkodzą przyrodzie? TPN nie ma na przykład bezpośredniego wpływu na parkowanie samochodów na dzikich parkingach i gruntach prywatnych poza granicami parku. A zdarza się nawet, że samochody zostawiane są… na krokusach. 

– Największym zagrożeniem przy takich tłumach jest zadeptywanie kwiatów, bo każdy odwiedzający chciałby w miarę spokojnie, bez innych turystów na karku, kontemplować uroki – mówi leśnik Zbigniew Kowalski. – Niestety, pomimo wygrodzenia fladrami najbardziej newralgicznych miejsc i patroli różnych służb jest to przy takich tłumach bardzo trudne, a prawdę mówiąc, niemożliwe do wykonania – tłumaczy.

Dodaje jednak, że na szczęście odpowiedzialni turyści sami dyscyplinują innych, którzy depczą krokusy. Rzadko są także zrywane. 

Nie całkiem pod ochroną
Te przyciągające uwagę rośliny możemy oglądać nie tylko w Tatrach, ale też w innych górskich rejonach, jak Wzniesienie Gubałowskie, Beskid Żywiecki, Gorce, Beskid Wyspowy i w części Beskid Mały. Czym są tak naprawdę krokusy, które przyciągają jak magnes tysiące turystów? To nic innego jak szafran spiski (crocus scepusiensis). Przez 67 lat, aż do 2014 roku gatunek ten był w Polsce objęty ochroną ścisłą, a od tego czasu podlega – rozporządzeniem Ministra Ochrony Środowiska – jedynie ochronie częściowej, ponieważ zakaz – na przykład – wypasu owiec w krokusowych rejonach doprowadził paradoksalnie do zmniejszenia jego populacji.

Warto jednak zaznaczyć i pamiętać, że granice Tatrzańskiego Parku Narodowego i tak prawnie chronią krokusy. Wydawać by się zatem mogło, że nie ma nic gorszego niż ich deptanie, tymczasem… 

– Deptanie po krokusach nie wygląda fajnie, ale chyba im bardzo nie szkodzi – przyznaje Tomasz Zwijacz-Kozica, tatrzański leśniczy. Dlaczego? – Krokusy mają cebulki dość głęboko pod ziemią i zadeptywanie niszczy kwiaty tylko na jeden sezon, bo w kolejnym się odradzają – odpowiada, ale od razu zastrzega: – Ale wszystko do czasu. W miejscach corocznie wydeptywanych cebulki będą się zapewne osłabiać, aż wyginą zupełnie. Do tego osłabiane jest rozmnażanie generatywne, czyli produkcja nasion, co też nie wróży populacji zbyt dobrze – tłumaczy i podsumowuje z nutą optymizmu: – Na razie jeszcze to zadeptywanie jakoś kontrolujemy i nie ma dramatu. 

Czy jednak z pożytkiem dla szafranu, nie powinien on jednak wrócić pod ścisłą ochronę. 
– Wszystko jest możliwe, ale nie my o tym decydujemy – mówi Zwijacz-Kozica i tłumaczy: – W przypadku gatunków rosnących na siedliskach stworzonych przez człowieka, a takimi są polany, ochrona ścisła może nawet zaszkodzić. Masowe występowanie krokusów wymaga ochrony czynnej, czyli tradycyjnego, pasterskiego użytkowania polany – wyjaśnia.

Krokusy bowiem najczęściej i najchętniej rosną tam, gdzie wypasane są owce. Wtedy mają zapewnioną glebę, nawożoną i bogatą w związki azotu. Wynika to stąd, że krokusy są rośliną pasterską, która w Tatry przywędrowała – tak jak i całe pasterstwo – wraz z Wołochami, którzy górali podhalańskich uczyli sztuki wypasu owiec. Pewnego rodzaju, utrzymana w granicach, „cywilizacja” służy więc ich rozwojowi. Wypas owiec zapewnia krokusom nawożenie, a koszenie traw – ochronę przed zagłuszeniem wyższą roślinnością. 

Polowanie na szafrana
Można się zatem zżymać na media i biura podróży, ale szał na krokusy to już dziś tendencja ogólnopolska. 
– Zdjęcia krokusów, a także informacje, gdzie można je oglądać, to odpowiedź wydawców i dziennikarzy na oczekiwania internautów oraz czytelników – wyjaśnia Jan Latała, wydawca serwisów internetowych. – Nazywamy to jazdą obowiązkową, czyli czymś, co trzeba zrobić, bo internauci tego oczekują. Furorę robią zdjęcia nie tylko samych kwiatów, ale i tłumów, które szły je oglądać, a także przepełnionych parkingów. A zainteresowanie jest doskonale widoczne w Google Trends. W tym roku już jest ono rekordowe – podkreśla Latała. 

Rzut oka na narzędzie do badania trendów pokazuje również, jak zainteresowanie hasłem „krokusy” zmieniało się w ostatnich czasach. Najmniejsze zaobserwować można było w latach 2005-2008. Później trend ma już wskaźnik wzrostowy.

– To wspaniale, że jest takie duże zainteresowanie przyrodą, natomiast jeśli podziwianie krokusów ma charakter masowy, to trudno nad nim zapanować. Moim zdaniem zagrożenie dla przyrody będzie się pojawiać, kiedy propagowane będą tego typu imprezy masowe jak Dzień Krokusa. Wtedy w jednym miejscu o jednym czasie pojawia się przecież ogromna liczbę ludzi – tłumaczy Monika Śliwińska, przewodnik tatrzański. 

I znów powraca jak bumerang motyw specjalnie organizowanych wycieczek, których uczestnicy nie żałują pieniędzy na oglądanie krokusów. Szybkie wpisanie w wyszukiwarkę internetową odpowiednich haseł zaprowadzi nas do ofert mniejszych lub większych biur podróży, a nawet prywatnych inicjatyw organizujących wyjazdy do Doliny Chochołowskiej. Na wiele ofert nie ma miejsc z dużym wyprzedzeniem i nawet zapisy na listę rezerwową biją wszelkie rekordy. Takie wyprawy często nazywane są „polowaniem na krokusy”, bo żeby trafić na kwiatowe dywany, trzeba upolować konkretną datę, kiedy będą kwitnąć. A do tego jeszcze ustrzelić moment, w którym nie będzie padał deszcz. W tym roku szczególnie piękny był pierwszy weekend kwietnia. A tylko prawdziwie wiosenna pogoda gwarantuje maksimum estetycznych doznań z fioletową polaną w roli głównej. Dlaczego zatem biura podróży nie organizują wyjazdów np. na Kalatówki? – Na Polanie Chochołowskiej krokusów jest wyjątkowo dużo, a ponadto sama polana jest łatwo dostępna i malowniczo położona – w głębi doliny, blisko grani głównej Tatr, z szałasami pasterskimi i schroniskiem – tłumaczy popularność tego fenomenu przewodniczka Monika Śliwińska. 

Jedno jest pewne: szafran spiski cierpliwy nie jest. Kwitnie zaledwie dwa, trzy tygodnie, każdego roku o nieco innej porze. Informacje i zdjęcia z pierwszej ręki można zawsze śledzić na witrynie internetowej schroniska na Polanie Chochołowskiej. W mediach społecznościowych tropem może być hasztag #krokusowyraport. Krokus bez wątpienia stał się symbolem Tatr, trochę jak wieża Eiffla dla Paryża – po prostu trzeba je zobaczyć. A fakt, że szafrany są jak gwiazdy filmowe – nie do końca uchwytne – dodatkowo podkręca tę atmosferę. Tatry mają kilka takich momentów. Pierwszy to Czerwone Wierchy, które są czerwone przez krótki, jesienny czas. Drugi to na przykład pióropusze wiatru halnego nad górami, które pojawiają się tylko od czasu do czasu i znikają. Ten atawizm i to, że człowiek musi, chcąc obcować z prawami natury, się do nich dostosować, a nie odwrotnie (do czego jesteśmy przyzwyczajeni), ma w sobie coś magnetycznego. 

Są wytrzymałe i smaczne
Imponujący widok Polana Chochołowska zawdzięcza aż 14 milionom kwitnących szafranów oraz nawet 52 milionom osobników płonnych, czyli tych, które nie zakwitły. W całym Tatrzańskim Parku Narodowym może być ich aż 130 milionów. Badania nad krokusem tatrzańskim prowadzone są od połowy lat 70. XX wieku. W Tatrach można go spotkać i na wysokości 1600 metrów n.p.m., ale najczęściej pojawia się na łąkach i halach w reglu dolnym. 

– Krokus to rodzaj południowoeuropejski. Szczególnie bogaty w gatunki jest na Bałkanach, gdzie występuje kilkadziesiąt odmian, głównie na górskich łąkach i pastwiskach – mówi Łukasz Łuczaj, botanik, kierownik Zakładu Botaniki i Instytutu Biotechnologii Uniwersytetu Rzeszowskiego w Weryni. – Nasze krokusy (szafrany) są na skraju zasięgu całego rodzaju w Europie. Występują masowo w miejscach trawiastych, ale najczęściej tam, gdzie gleba jest kamienista, gdyż wtedy gryzonie nie są w stanie ich zjeść – ich cebulki są bardzo pożywne i jadalne nawet dla człowieka. W Turcji krokusy były dawniej przekąską dzieci pasących bydło – dodaje botanik. 

To rośliny odporne na różne warunki klimatyczne. 
– Krokusy występują w różnym gradiencie temperatury – tłumaczy Łuczaj. – Zarówno w klimacie wysokogórskim, jak i w cieplejszym, rosną na przykład koło Zagrzebia, gdzie jest cieplej niż w Krakowie! Sprzyja im wypas zwierząt, gdyż w zbyt wysokiej łące korzenie innych bylin tłumią wzrost krokusów. W ogrodach niestety zwykle zjadają je po kilku latach gryzonie, mają tam szansę utrzymania się w glebie pełnej kamieni, w miejscu koszonym kilka razy w roku, przy pierwszym koszeniu w czerwcu – dodaje.

Macedońska legenda głosi, że Krokusa – zwykłego śmiertelnika – greckie bóstwa zamieniły w purpurowy kwiat, by zapewnić mu nieśmiertelność. Poza tym szafran ma swoje wyjątkowe miejsce w historii i mitologii, znany jest ludziom od czasów starożytnych. Kojarzony był zwykle z bogactwem i elegancją. Królowa Nilu, Kleopatra, miała używać kwiatów podczas kąpieli, charakteryzował się ponoć wyjątkowymi właściwościami pobudzającymi. Także dziś roślinę tę uznaje się za afrodyzjak. Szafran (grecka odmiana) jest też jedną z najdroższych na świecie przypraw.

Krokusy są jedyną występującą w Tatrach rośliną, która kwitnie tak solidarnie i pojawia się tak licznie. „Tulipanek” – jak zwykli o krokusach mówić górale, z powodu dzwoneczkowatego kształtu ich kielichów – głaszcze zmysł estetyki swoją kolorystyką, szczególnie kiedy tak egzotycznie ściele się na tatrzańskich łąkach. Jest też symbolem wiosny, oznacza zakończenie trudnego okresu zimy, mrozów i śniegów, zwiastuje nowe i lepsze. „Dla liliowego krokusa / Nieprzeparta pokusa / pod śniegu się wychylić, / Dziobkiem kielicha światło pić. / I kwilić / Na całą polanę – bezgłośnie, / O wspinającej się z trudem do góry / Spóźnionej wiośnie…” – pisał Tadeusz Szyma. Dlatego szafran działa na wyobraźnię, budzi zainteresowanie i sympatię. 

Coś dla romantyków
Bardzo często wypady na krokusy urządzają sobie fotograficy, a także ci turyści, którzy są raczej spacerowiczami i po górach nie chodzą regularnie. Zdarzają się też wyjątkowe sytuacje, w których marzenie o zobaczeniu dywanów krokusów dojrzewa w zapalonych wędrowcach wiele lat i spełnia się dopiero po kilkunastu sezonach. 

– W Tatrach znalazłam się po raz pierwszy jakieś milion lat temu, bo w 1999 roku. Wtedy dla mnie góry były czymś dodatkowym, bo kochałam się w międzywojennej zakopiańskiej bohemie oraz w Hasiorze. Skończyło się na tym, że po górach latałam jak szalona i dowiadywałam się o nich coraz więcej – mówi Justyna „Sajja” Grosel, miłośniczka Tatr i Zakopanego. – Przez kilka lat wyjazdy w Tatry odbywały się wyłącznie we wrześniu. Ale podczas pierwszych odwiedzin w Dolinie Chochołowskiej dowiedziałam się o fenomenie kwitnących na wiosnę krokusów. W mózgu „kliknęło”, że chcę to zobaczyć na własne oczy i spełniłam to marzenie 14 kwietnia 2014 roku. 

Krokusowy plan realizowała bardzo precyzyjnie. Tym bardziej, że jechała w Tatry przed wyjazdem do Islandii na czas nieokreślony. Dlatego do „polowania” przygotowała się bardzo precyzyjnie. 

– Przeszukałam internet, by znaleźć najbardziej prawdopodobną datę, gdy krokusów będzie najwięcej, i czekałam – opowiada i wspomina jeszcze jeden ważny szczegół. – Wyjazd był bardzo romantyczny, bo pojechał ze mną mój narzeczony, a wtedy jeszcze chłopak, co to smalił cholewy. Wyjechaliśmy w nocy busem z Wrocławia. O świcie byliśmy w Zakopanem. Totalnie pustym i zaspanym. Już było pięknie. Nie byłam w zakopiańsko-tatrzańskich klimatach od paru lat, więc wszystko było albo zupełnie inne, albo cudownie znajome – opowiada.

Dwie godziny porannego spaceru w stronę szafranowych cudów zaowocowały imponującą serią zdjęć. Krokusy pojawiają się bowiem nie tylko na samej Polanie Chochołowskiej, ale także obok szlaku prowadzącego do niej, będąc swego rodzaju preludium do wielkiego popisu u celu wycieczki. 

– Kilka dni wcześniej przez Tatry i Zakopane przetoczyły się powodzie i wichury, więc nie wszystko wyglądało pięknie. Ale dla mnie był to szczegół, ciekawostka i ukłon w stronę praw natury, bo najważniejsze, że ostatecznie widok zapierał mi dech w piersiach – opowiada Justyna. 

Najczęściej jest właśnie tak, że fenomenem chochołowskich krokusów turyści zarażają siebie nawzajem. I dla niektórych cały czas są one obiektem westchnień. – W Dolinie Chochołowskiej byłam kilka razy, z reguły latem czy jesienią. O dywanie kwitnących krokusów dowiedziałam się kilka lat temu, oglądając zdjęcia ludzi zajmujących się fotografią górską. Chciałabym tam pojechać, ponieważ uwielbiam góry i uważam, że najpiękniejszymi krajobrazami są właśnie te górskie, a jeśli dochodzą do tego ogromne połacie fioletowych kwiatów, to dla mnie jest to piękno absolutne – mówi Diana Czajkowska, prowadząca stronę o tematyce outdoorowej Zespół Niespokojnych Nóg. 

I zwraca uwagę, że również w jej rodzinnym Szczecinie, na Jasnych Błoniach także można wiosną spotkać połacie krokusów, ale taki widok w środku miasta nie może się równać z czymś podobnym w górskim otoczeniu. – Zdecydowanie wolę miejsca, które odznaczają się taką naturalną przypadkowością, a takie w większości są Tatry – tłumaczy i kończy z odrobiną metafizyki. – Może tak właśnie wygląda raj? 

Kaśka Paluch
fot. Tomasz Paluch

krokusy, tatry, tpn

Podróże, muzyka, książki, filmy
wywiady, artykuły, recenzje

Znajdź nas