W drodze. Stany Zjednoczone śladem bitników

stany zjednoczone arizona
Powodów, by wyruszyć do Stanów Zjednoczonych, każdy z nas znalazłby dziesiątki. Wiele z nich wytworzonych zostało przez współczesne (pop)kulturowe mity: filmy, seriale, zdjęcia z kolorowej prasy, które zainspirowały także i nas. Od wielu lat zaczytana w bitnikowskiej prozie marzyłam, by przemknąć przez (już nieistniejącą, ale w wyobraźni mocno zespoloną z formacją bitników) Road 66 wzdłuż rozległej Mojave Desert czy dotrzeć do melancholijnego Big Sur, gdzie Jack Kerouac, ikona pokolenia, przeżywał swojego największego i w rezultacie najbardziej twórczego kaca.
Proza bitników w powszechnym odbiorze to: szalona podróż, narkotyki, alkohol, bebop, panienki, kluby, rozmowy o filozofii, a to wszystko spisane pierwszą w literaturze – jak pisał główny poeta „pokolenia Beatu”, Allen Ginsberg – „prozodią opartą na strumieniu mowy”. Legendy i wyobrażenia buduje się jednak z twardszej skały niż książkowy papier, i choć zdaje się, że najsłynniejsza pozycja literacka Kerouaca, która stanowiła impuls do naszej podróży, dzieje się przede wszystkim „w drodze”, w rzeczywistości odbywa się głównie w San Francisco, Los Angeles, Nowym Jorku i kilku mniejszych miejscowościach pomiędzy nimi. Literacki ferment wokół młodych poetów, artystów i pisarzy, barwnych indywiduów, którzy na szczycie hierarchii formacyjnych wartości stawiali nonkonformizm i wolność twórczą, narodził się – i odbijał szerokim echem – głównie w miastach, a w szczególności w San Francisco. To tu więc musieliśmy zacząć naszą wyprawę.

Tęczowe San Francisco

San Francisco nie jest typową metropolią. Nawet w pełnej drapaczy chmur dzielnicy finansowej ma w sobie coś z śródziemnomorskiego ducha, bez stereotypowego amerykańskiego pośpiechu czy bezosobowego miejskiego gwaru. Miasto wagabundów i mekka ludzi szukających wolności, ukształtowane przez burzliwą otwartość i wolnomyślicielstwo, zachwyca swoją malowniczością i różnorodnością.

Koloryt miastu nadawały kolejne grupy jego właścicieli bądź mieszkańców. San Francisco zostało założone przez hiszpańskich kolonizatorów, by przejść w ręce Meksyku. W końcu stało się częścią Stanów Zjednoczonych, w których historii zasłynęło wyjątkową różnorodnością i swobodą obyczajową, kultywowanymi początkowo przez bardzo licznych powojennych imigrantów, następnie formację literacką beatników, aż po środowiska LGBT, aktywne w mieście po dziś dzień i nadal tworzące jego legendę.



Na kaca - Big Sur

Big Sur to tyle miejscowość, co cały region bez konkretnie zaznaczonych granic. Przyjęło się, że rozciąga się przez 140 kilometrów linii brzegowej wzdłuż zachodniego wybrzeża Kalifornii. Lepsze wyobrażenie daje jednak fakt, że cały obszar posiada około tysiąca stałych mieszkańców. To częściowo dzięki temu w kulturowym odbiorze zasłynął – poza niewymownym pięknem krajobrazu – jako eskapistyczny cel artystów zmęczonych zbyt intensywnym życiem miejskim. To tu w latach 1944-62 żył Henry Miller (co do dzisiaj upamiętnia Henry Miller Memorial Library – „pomnik” w postaci aktywnego centrum kulturalnego), o tym regionie pisał Hunter S. Thompson i – przede wszystkim – Jack Kerouac. Jego „Big Sur” miało być próbą ukojenia skołatanych nerwów, a zacisze przybrzeżnej chatki Lawrence’a Ferlinghettiego i surowe piękno przyrody miały stanowić oręż w walce autora z nawiedzającymi go demonami stanów lękowych, nerwic i alkoholowych majaków.

Dziś, by przeżyć kaca w Big Sur, trzeba się dobrze przygotować. Na przestrzeni wielu kilometrów nie ma żadnego punktu usługowego ani możliwości zatrzymania się poza postojami w miejscach widokowych, gdzie stają (wcale nie tak tłumne, jak mogłoby się wydawać) grupy turystów, by zrobić zdjęcia zachodzącego nad oceanem słońca lub – co odważniejsi – przespać się w bagażnikach swoich transportowych „ogórków”.

Big Sur to bowiem przede wszystkim słynna Highway 1 – wspaniała kręta droga rozciągająca się na stromych klifach wzdłuż wybrzeża Oceanu Spokojnego, z 33 mostami i pojedynczymi osadami pomiędzy nimi, ciągnąca się dokładnie w połowie drogi od San Francisco do Los Angeles. Najpopularniejsza trasa z mekki ojców hippisów do mitycznego Miasta Aniołów wiedzie przez niezwykle klimatyczną Highway 1, zaliczaną do „All-American Roads”, i dalej mknie przez stanową 101-kę. W czasach bitników ta droga nie była jednak jeszcze czynna. „W drodze” Kerouac opisuje swoją trasę w pełnej autostopowiczów przyczepie, mknącej „przez pustynię Mojave i przełęcz Tehachapi w dolinę Kalifornii”. Zatem po noclegu pod namiotem na farmie u lokalnych hipsterów (jakże klasyczne życie w przyczepie pośrodku lasu) i porannym prysznicu w starej wannie na otwartej przestrzeni, po której przechadzały się kury, ruszamy na południe, by po kilkudziesięciu kilometrach odbić z drogi szybkiego ruchu do LA w stronę doliny Kalifornii.



Off-road przez Dolinę Kalifornii

Wyobrażam sobie, że kiedyś sunęły tędy furgonetki pełne pracowników rolnych, autostopowiczów i osób, które mknęły z jednego wybrzeża USA na drugie, chcąc po drodze zarobić na dalszą podróż. Na rozległym, złoto-żółto-brązowym, falistym terenie rozciągają się tylko pola z pojedynczymi farmami. Droga, odkąd wybudowano nieodległą autostradę, jest pusta. To jeden z tych momentów, gdzie można ustawić tempomat znajdujący się we wszystkich amerykańskich autach (prędkość samochodu automatycznie zatrzymuje się na wybranym wskaźniku) i rozkoszować się wielokilometrowym byciem „w drodze”. Region opustoszał na tyle, że gdy zatrzymujemy się na papierosa i krótki odpoczynek, podjeżdża do nas auto – jedyne, które minęło nas na całej drodze przed kwadransem. Dwójka chłopaków zwróciła się do nas, by zapytać, czy nie popsuł się nam samochód – widok jadących przez dolinę Kalifornii, a tym bardziej zatrzymujących się tu osób, zdziwił ich na tyle, że jedynym sensownym rozwikłaniem zagadki wydawała się im awaria.

Zaskoczony, by nie powiedzieć – przerażony, będzie Europejczyk, gdy zdecyduje się pojechać do Tehachapi przez Carrizo National Plain Monument, czyli zjechać z drogi głównej. 40 stopni Celsjusza, mała popękana droga przysypana piaskiem, krzaki niesione przez wiatr i setki kilometrów horyzontu. Mijamy metalową bramę, by wjechać w dróżkę, którą pokazuje nam GPS. Strach wyjść z auta choćby na chwilę ze względu na temperaturę – majaczące na horyzoncie Soda Lake, wysychające okoliczne jezioro, zdaje się fatamorganą. Przed nami półtorej godziny drogi, o jakiej marzyłam przed wyjazdem, a jakiej wyobrażenie w głowie ukształtowały mi książki bitników i liczne roadmovies.

Gdy kilka dni później opowiadamy naszym gospodarzom, gdzie jechałyśmy, chwytają się za głowy – uważają się za miłośników i znawców Kalifornii, ale nigdy do głowy im nie wpadło, by pojechać wzdłuż Carrizo Plain, zwłaszcza letnią porą. Mimo terenowych aut i bycia przygotowanymi na każdą ewentualność, Amerykanie nie są typami off-road: gdy tworzy się nowa autostrada, życie wokół dawnych dróg zamiera. Stąd tak wielka ilość znajdujących się tu ghosttowns – nieatrakcyjnych dla rozwijających się cywilizacyjnie mieszkańców, fascynujących dla poszukiwaczy pozamiejskich klimatów.



Tehachapi: Towarzystwo Entuzjastów Kolei

Na zachód od pustyni Mojave rozciąga się dolina oraz przełęcz Tehachapi, znana przede wszystkim z rozciągających się wzdłuż niej farm wiatrowych oraz Tehachapi Loop, miejsca, które musi odwiedzić każdy miłośnik pociągów. W Stanach fascynacja koleją i jej historią jest niezwykle powszechna, a słynna „pętla” to mekka każdego railbuffa. Obserwowana przez nas cieniutka nitka torów, niczym spirala ciągnąca się wzdłuż rozległych wzniesień, to jedno z największych, najstarszych i najpiękniejszych tego typu miejsc w USA. Co jednak najważniejsze zarówno dla sporadycznych turystów chcących zrobić zdjęcie jadącego pociągu, jak i dla niegdysiejszych bitników oraz wszelkiej maści włóczęgów – podróżujących na gapę, wsiadających do wolno toczącego się pociągu, by pojechać dalej przed siebie w nieznane – Tehachapi Loop ma największą przepustowość w kraju, dochodzącą do 40 pociągów dziennie. Gdy po kilkudziesięciu kilometrach kończy nam się lokalna droga i znów trzeba wjechać na autostradę, a ostatnie wagony pociągu znikają między wzgórzami, nie dziwimy się już, że Amerykanie nadają wręcz mityczne znaczenie kolei.



Tydzień naszej podróży, nie licząc kilku dni w San Francisco, stał pod znakiem bitników. Poruszając się ich trasami, miałyśmy okazję konfrontacji z tak dobrze znanymi opisami z książek oraz własnymi wyobrażeniami. Po kilku dniach powody czy impulsy, dla których się wyjechało, zeszły na drugi plan, a zostało życie w podróży: miasta, miasteczka, parki narodowe, kaniony, doliny i lasy. 7 tysięcy kilometrów, 3 stany, 35 dni w drodze. Zapierające dech w piersiach widoki i ogromne połacie zachwycającej przestrzeni, których – choć brzmi to banalnie – nie sposób sobie wyobrazić Europejczykom. Noclegi w motelach, namiotach, przyczepach, domach znajomych i nieznajomych. Gdybyśmy dalej jechały „bitnikowską” trasą (którą niełatwo odtworzyć, bo trzy dłuższe wyprawy Kerouaca zlały się w jedną opowieść), dotarłybyśmy do Nowego Jorku. Chcąc nadal zachować nie tyle trasę, co „bitnikowskiego” ducha, po prostu trzeba będzie podjąć kolejną podróż…

Zdjęcia: Klaudyna Schubert
Tekst: Magda Urbańska