Sabela z wizytą u zambijskich Afronautów

Zambijczyk pierwszym człowiekiem na księżycu?
- fragment książki Bartka Sabeli
i unikatowa galeria zdjęć z Zambii



Pod koniec 1964 roku do Zambii zaczęli zjeżdżać amerykańscy dziennikarze. Jednak nie po to, by pisać o nowym afrykańskim państwie. Szukali pewnego człowieka, który rzucił wyzwanie światowym mocarstwom i uparcie twierdził, że to Zambijczyk, a nie Amerykanin czy Rosjanin, będzie pierwszym człowiekiem na Księżycu. Ponad pięćdziesiąt lat później, historię Mukuki Nkoloso postanowił odświeżyć polski dziennikarz i fotograf, Bartek Sabela.

PIĘKNIE JEST MARZYĆ - recenzja "Afronautów" Bartka Sabeli

Fragment książki:

"Obawiałem się, że go po prostu nie znajdę. Że mimo wielu tygodni, które miałem spędzić w Lusace jesienią 2015 i wiosną 2016 roku, nie odszukam go w gęstwie drobnych ulic i uliczek wyglądających na mapie jak potłuczona szyba samochodowa. Ale odnalazłem go już pierwszego dnia, zupełnie przypadkiem, w dwumilionowym afrykańskim mieście, choć wiedziałem jedynie, jak wygląda i że nazywa się tak samo jak ojciec, Edward Mukuka Nkoloso.

– Wiem, gdzie mieszka syn tego człowieka. Chcesz pojechać? – usłyszałem. Szczęście przybrało niespodziewanie postać tęgiego mężczyzny, który zza mych pleców patrzył na to samo zdjęcie w Archiwach Narodowych w Lusace. Był na nim Edward Mukuka Nkoloso, roześmiany, w ekscentrycznym stroju, obok poważnego, ubranego w garnitur Kennetha Kaundy.

Chwilę później byliśmy gdzieś na południu miasta. Skręciliśmy w uliczkę, na której wrak spalonego auta zawalał przejazd. Na drutach wysokiego napięcia dyndały powiązane sznurówkami dziecięce buty. Sądząc po ilości, to ulubiona rozrywka tutejszych dzieciaków. Człowiek, który mnie tu przywiózł, wskazał na jedno z domostw. Ledwo je było widać zza rozrośniętych krzaków i ogrodzenia z trzciny. Przed domem stał mały sklepik sklecony z dykty i blachy, na nim widniał duży czarny napis "Thanks Be To God". Dzięki Bogu można tu kupić coca-colę, jabłka, ryż. Za skrzypiącą stalową bramą było niewielkie, zarośnięte podwórko, na którym walały się resztki jedzenia, śmieci i góra obierków po kukurydzy. Kilka kur uciekło przed nami w popłochu. W cieniu jednego z drzew siedziała stara kobieta, której z początku zupełnie nie zauważyłem. Jej popękana, brunatna skóra stapiała się z korą drzewa, a ostre cienie południowego słońca rozmazywały kształty zawiniętej w barwną chustę postaci. Tylko delikatny ruch ręką i ciche słowa powitania zwróciły moją uwagę. A więc to był dom człowieka, którego szukałem. Zapukaliśmy. Raz, drugi, piąty. W końcu dał się słyszeć szczęk zamka i stalowe drzwi lekko się uchyliły, a w ciemnym wnętrzu dostrzegłem zarys czarnej twarzy i oczy mrużące się od ostrego światła. Od razu wiedziałem, że to on. Człowiek, który mnie przywiózł, wymienił z nim kilka zdań w języku bemba. Nic nie rozumiałem, ale od razu było jasne, że coś jest nie tak. On sprawiał wrażenie zdenerwowanego, wręcz urażonego. Wyłapałem pojedyncze słowa, zapewne celowo wypowiedziane po angielsku. "Europe, white, not nice, not good, no time". Mężczyźni coś sobie tłumaczyli, ale on potrząsnął głową w geście niezadowolenia i powoli przymknął drzwi, chowając się w mroku domu. Na mnie w ogóle nie patrzył. Jego wzrok był wbity w ziemię. Desperacko włączyłem się do konwersacji w nadziei, że bezpośrednia rozmowa coś zmieni. Wytłumaczyłem, kim jestem i po co przyjechałem, ale odpowiedź była krótka:
– Nawet w Europie nie przychodzi się do czyjegoś domu bez zapowiedzi. Nie chcę tu żadnych białych dziennikarzy, proszę opuścić mój dom.

Dopiero w hotelu uświadomiłem sobie, że nie miałem pojęcia, gdzie byłem. W swym niedowierzaniu z powodu nagłego, przedwczesnego spotkania i rozczarowany jego przebiegiem, nie zanotowałem ulicy, nie zapytałem o nazwę osiedla. Wiedziałem tylko tyle, że to najprawdopodobniej Chilenje. Dom, w którym byłem, wyglądał na taki sam jak tysiące innych, które mijałem po drodze. Spojrzałem na mapę i rozpaczliwie próbowałem sobie przypomnieć, jak jechaliśmy, gdzie skręcaliśmy. Na próżno. Chilenje to ogromna część południa Lusaki. Cała wypełniona małymi domami, poszatkowana krótkimi uliczkami. Zacząłem przeglądać notatnik i wydzwaniać pod wszystkie lokalne numery, jakie udało mi się zdobyć jeszcze w Polsce. Do ludzi, którzy mogli pomóc, załatwić, sprawdzić. Odebrała tylko jedna osoba".

- fragment książki "Afronauci. Z Zambii na Księżyc" Bartka Sabeli (Wydawnictwo Czarne, 12. kwietnia 2017), rozdz. 3, str. 18-20)