Mari Boine: Przekraczam granice, bo ich nie widzę [WYWIAD]

Według tradycyjnych wierzeń Samów, rdzennych mieszkańców północnych rubieży Europy,
każdy element doświadczanego świata - człowiek, zwierzę, roślina, kamień... - posiada ducha.
Ma go również pieśń wybrzmiewająca w przestrzeni surowej, arktycznej tundry.


Od lat twarzą i głosem joiku, ale też Samów w ogóle, jest Mari Boine. Artystka w ubiegłym roku obchodziła 60. urodziny, a mimo to cały czas stawia sobie wyzwania i chce się rozwijać. "To ogromne ryzyko" - przyznaje w naszym wywiadzie - "Ale powinniśmy wszyscy stawiać sobie wyzwania". Przed koncertem na poznańskim festiwalu Ethno Port, z Mari Boine rozmawiamy o szamanach, o znaczeniu języka dla wyrażania uczuć i oczywiście - o Samach.

Iśka Marchiwca, Etnosystem.pl: To twój czternasty studyjny album. Nagrywałaś go w roku swoich 60. urodzin, ujęłaś na nim tematy kobiece… “See the woman” jest chyba wyjątkowe pod wieloma względami.
Mari Boine: Przede wszystkim, to mój pierwszy album, na którym zarejestrowałam piosenki w języku angielskim. To powoduje, że jest to zupełnie inna płyta a cały proces był ogromnym wyzwaniem. Ale było to wyzwanie, które sobie sama narzuciłam. To nie tylko wyzwanie ale też totalna zmiana, żeby śpiewać w języku, który nie jest twoim ojczystym. Kiedy śpiewasz w swoim rodzimym języku, nie musisz zastanawiać się nad tym co i jak chcesz powiedzieć. Słowa po prostu są w twojej głowie. Wszystkie twoje uczucia, są głęboko osadzone w tym języku. Dlatego ja śpiewam w języku sami, ponieważ norweski nie jest dla mnie pierwszym językiem, jest nauczony. Podjęłam się wyzwania walki o zrozumienie, jak ważny jest język ojczysty dla każdego z nas. Śpiewanie, ale też napisanie tekstów w języku angielskim było trudne, ponieważ nie czuję się z nim związana, nie czuję go w sercu.

Jak więc udało się nagrać szczerą płytę w obcym języku?
Chciałam i bardzo się starałam znaleźć ten punkt wspólny serca i umysłu. Bo przecież językiem angielskim posługuję się często, jest obecny w codziennym życiu, w muzyce pop. Musiałam poświęcić sporo pracy, żeby znaleźć właściwy sposób w wyrażenia głębszych emocji w obcym języku, dlatego “See the woman” powstawało tak długo. Musiałam znaleźć w sobie tę przestrzeń, w której wszystko się zgrało - język, słowa, emocje, przekaz, dźwięki. Album jest też zupełnie inny, niż moje wcześniejsze nagrania. Miałam okazję sprawdzić jego siłę podczas koncertów w Niemczech i Austrii. Przeplatałam stare utwory z najnowszymi, sprawdzając reakcje publiczności. I wiem, że jest to wyzwanie, zwłaszcza dla starszych słuchaczy. Byli zaskoczeni, ich spojrzenia wyrażały zaskoczenie. “O, nie! Co ona robi! Zmieniła się!” [śmiech]. Ale wiem, że to jest wyzwanie, któremu słuchacze podołają, a które ja lubię rzucać - tak sobie, jak i odbiorcom.

Nie lubisz stałości? Lubisz szokować?
To raczej kwestia przypisanej łatki. Kiedy ktoś usiłuje mnie wcisnąć do jakiejś szufladki, po prostu czuję, że muszę z niej uciec [śmiech]. Takie rzeczy robi się, kiedy jest się młodym. Ja mam już 60. lat, a wciąż podejmuję wyzwania i nie boję się zmian. I chcę taką odwagą do zmian zarazić moją publiczność, która w pewnym stopniu jest także w moim wieku. Myślę, że to bardzo ważne, żeby popychać samych siebie do wyzwań przez całe życie. Żeby nie skostnieć.

Jesteś postrzegana, jako twarz i głos Sami. Czy po tylu latach bycia taką ambasadorką, czujesz się zmęczona tą rolą?
Czasem to jest męczące, ale głównie dlatego, że to jest właśnie jakaś łatka, jakaś szufladka, która mnie ogranicza. Cieszy mnie, że pojawia się coraz więcej młodych artystów, utożsamiających się z kulturą Sami i prezentujących te tradycje. Czuje, że przekazałam pałeczkę i mogę w jakimś stopniu odciąć się od łatki “samskiej artystki”. Powiem szczerze, że starałam się uniknąć nagrywania po angielsku, chciałam zostać przy języku sami. Ale czasem czujesz, że po prostu musisz coś zrobić, że to będzie dobre i potrzebne. I jeszcze jedna kwestia. Kiedy stajesz się ikoną, ludzie zapominają, że jesteś przede wszystkim kobietą, istotą ludzką. “See the woman” ma za zadanie pokazać, przede wszystkim, że nasi rodzimi artyści, nasze “guru” samskie, to ludzie. Nie wiem… może postawiłam sobie niemożliwe do wykonania zadanie. Może kiedy stajesz się jakąś postacią w świadomości ludzi, już zawsze taka będziesz… Nie przestanę jednak próbować. Bardzo inspiruje mnie Bob Dylan, a on zmieniał się ciągle. Nieustająco wymyślał siebie na nowo. Za jego przykładem, chcę pokazywać, że jesteśmy złożonymi istotami. Nikt nie jest jednowymiarowy.

Zmiany w twoim przypadku to jednak spore ryzyko. Istnieje takie pytanie w etnomuzykologii “Jeśli muzyk ludowy zaczyna grać na keybordzie, to kto wie lepiej - etnomuzykolog czy muzyk?”. Chodzi o to, że naukowcy, badacze mają jakąś pulę wiedzy na przykład na temat kultury samskiej i usiłują ją utrzymywać w codziennym życiu tej kultury. Każda zmiana traktowana jest, jako krok do zaniku tej kultury. Skoro jesteś ikoną Sami, nie boisz się, że twoje zmiany wpłyną na całą tę społeczność?
To jest ogromne ryzyko, oczywiście. I widzę, że reakcje są różne, a ja wciąż się im dziwię, bo są naprawdę skrajne. Widzę jednak, że słuchacze są otwarci, a o to chodzi przede wszystkim w muzyce. Praca nad “See the woman” skłoniła mnie do rozważań. Zauważyłam, że my jako ludzie ogólnie, bardzo lubimy myśleć kategoriami, szufladkować. Zmiany nas przerażają, bo sprawiają, że tracimy grunt pod nogami. Zamiast za nimi pójść, krzyczymy “Nie zmieniaj się! Stój jak stoisz!” [śmiech]. Ja jestem bardzo związana ze swoją kulturą i myślę, że to, co zmienia się we mnie, jest też wyrazem zmian tej społeczności. Nie czuję się szamanka, ale bardzo bliska jest mi filozofia szamańska. Czytałam ostatnio, że szamanie czy szamanki przede wszystkim mocno wpływali na ludzi - czasem stawiali im trudne do wykonania zadania, wystawiali na próbę, żeby zmusić do zmian i rozwoju. Kiedy ktoś nazywa mnie “szamanką” myślę wtedy “Ha! Trafiłam na dobry nurt” [śmiech].


Wiem, że w Polsce wciąż żywe jest zainteresowanie Skandynawią, ale też właśnie kulturą Sami i Laponią. Czy tradycje Sami wciąż są żywe i obecne w codziennym życiu?
Nie jesteśmy skansenem, żyjemy w XXI wieku! [śmiech]. Media chciałyby nas przedstawiać, jako ludzi nieskażonych współczesnością, żyjących jak przed wiekami, ale to nie prawda. Cieszy mnie, że w formie artystycznej pięknie i prawdziwie prezentowane są tańce, muzyka, stroje Sami, a nawet tradycje szamańskie. To, co z dawnych rytuałów wciąż jest obecne, to tradycje związane z leczeniem i zdrowiem. Czasami Sami kontaktują się z szamanem zanim pójdą do lekarza. Żywa jest też tradycja opowiadania historii, starych bajek, choć oczywiście niektóre odchodzą w zapomnienie. Słyszę też często nowe kompozycje młodych samskich zespołów, które chętnie wykorzystują tradycyjne melodie, wplatając je do muzyki elektronicznej czy innych popularnych gatunków. Myślę, że Sami jedną nogą mocno stoją w dawnych czasach, a drugą równie mocno - w nowoczesności. Ja sama czuję, że tak żyję. Na co dzień żyję nowocześnie i lubię to życie. Kiedy jednak staję na scenie, czuję że przenikają mnie duchy przeszłości. Moje piosenki opierają się też na tradycyjnych melodiach i jak mówiłam - czuję się spadkobierczynią starej szamańskiej kultury.

Polska kultura tradycyjna ma wiele rytuałów, które żyją do dziś. Osobiście, uwielbiam wszystkie tradycje związane z dożynkami. Czy któraś z tradycji Sami jest dla ciebie szczególnie interesująca, bliska?
Istnieje tradycja związana z budowaniem nowego domu, która wciąż żyje i jest zaskakująco popularna. Kiedy budujesz dom, albo kupujesz nowy dom, musisz poradzić się duchów i przed podjęciem ostatecznej decyzji, przespać jedną noc w tym miejscu, żeby sprawdzić, czy nie ma tam złej energii, która będzie na ciebie wpływać. Musisz się upewnić, czy to jest twoje miejsce. Ta tradycja jest wciąż żywa, a dla mnie jest wyrazem szacunku dla sił obecnych w przyrodzie i świecie. Inną tradycją jest oddanie części swojego napoju Sarahkce, jednej z bóstw Sami. Moi słuchacze pewnie kojarzą piosenkę “Sáráhka's wine” - nie jest to tradycyjna melodia, ale jest właśnie inspirowana mitem o tej bogini. Sáráhka jest dla mnie wyjątkową postacią - to ona chroniła ognia, a co za tym idzie, była opiekunka życia.

Rozmawiałyśmy o tradycjach, o zmianach, o szufladkowaniu… Myślę, że w ostatnich latach jednym z ważniejszych tematów - który łączy się właśnie z powyższymi - jest kwestia ucieczki z własnego kraju i odnajdywania swojego miejsca do życia wśród obcych. Myślę, że artyści tacy jak ty, mają ogromny wpływ na myślenie ludzi, na otwieranie się na osoby “zza granicy”, na przełamywanie tych granic. Czy zauważasz potrzebę takiego dialogu?
Myślę, że dziś najważniejszym zadaniem artystów - i nie tylko artystów - jest pokazywanie ludziom, jak nie dać się omamić i spętać strachowi. Musimy postrzegać siebie wzajemnie, jak równych ludzi. Tak właśnie robią dzieci - nie kategoryzują. Widzą człowieka dobrego lub złego, są otwarte i przyjmują każdego, są ciekawe innych. Niebezpieczeństwo jest jedno - stawianie murów, wytyczanie granic drutami kolczastymi, dyktowanie życia strachem. A tego strachu jest w dzisiejszym świecie bardzo dużo. I władze różnych krajów to wykorzystują, bo ludzie, którzy się siebie boją, stają przeciwko sobie. Ten strach oczywiście jest poniekąd uzasadniony - zmagamy się z terroryzmem i szaleńcami, którzy rządzą innymi poprzez terror. Ale tak było zawsze, kwestia jest tylko tego, jak do tego podejdziemy i czy damy się poddać strachowi. Moi rodacy zmagają się ze strachem od dawna. Ludność Sami była kolonizowana i próbowano z nas wykrzewić naszą kulturą - dlatego, że nasi kolonizatorzy widzieli w nas dziwne kreatury, a nie po prostu ludzi. Moim zdaniem, to jest nieustająca praca, którą ciągle powinniśmy podejmować. Każdy z nas powinien czuć się odpowiedzialny za budowanie mostów między ludźmi i przełamywanie granic. Ja sama mieszkałam, wychowywałam się na granicy fińsko-norweskiej i przekraczałam ją nieustająco. Miałam rodzinę po jednej i drugiej stronie tej granicy. Dla mnie więc przechodzenie granic jest naturalne! Co więcej - nawet nie widzę tych granic [śmiech].

Mari Boine wystąpi 9. czerwca 2017 w Poznaniu, w ramach Festiwalu Ethno Port.

Rozmawiała: Iśka Marchwica

zdjęcia: Gregor Hohenberg, mat. prasowe

KOPIOWANIE TEKSTU I ZDJĘĆ BEZ WIEDZY I ZGODY REDAKCJI - ZABRONIONE!