Między Ononem a Bajkałem [FRAGMENT KSIĄŻKI]

XII Pandito Chambo Lama Daszi Dorżo Itigełow
w ostatnią medytację wszedł w 1927 roku. Wkrótce potem został pochowany. Ekshumowane we wrześniu 2002 roku ciało
byłego zwierzchnika wschodniosyberyjskich buddystów zachowało się w znakomitym stanie...
Albert Jawłowski - socjolog i fascynat Buriacji - wokół Itigełowa i jego niezwykłej historii
zbudował swoją książkę "Milczący Lama".
Fragment książki "Milczący Lama. Buriacja na pograniczu światów" Alberta Jawłowskiego (rozdział "Między Ononem a Bajkałem", str. 149-158, Wyd. Czarne, 2016)

– Miejsce pod budowę dacanu musiał wskazać astrolog. I to nie pierwszy lepszy. – Balżynima przejechał wzrokiem po klasztornym podwórzu. – To konieczne. Przodkowie dla pewności puszczali jeszcze konie po stepie. Tam gdzie się zatrzymały, była najlepsza energia. Idealne miejsce układa się w kosmiczny korytarz.
Energia przepływa tamtędy z nieba na ziemię. Za dacanem zawsze powinna stać góra, albo przynajmniej jakieś wzniesienie. To ściana, o którą się opiera. A przed klasztorem musi być woda. Dlatego wejście do naszego dacanu jest dokładnie na wprost Ononu. Woda to życiodajna żyła. A wiesz, że właśnie nad Ononem urodził się Czyngis-chan? – wypalił ni stąd, ni zowąd i się zatrzymał.

Oho, zaraz się zacznie. Miejscowi krajoznawcy i domorośli historycy uwielbiają ten temat. Snując opowieść o tutejszych stepach, powoli kołują nad nim jak polujący drapieżnik. Nie spieszą się. Z wolna zacieśniają kręgi, przechodząc ku coraz bliższym wątkom. Aż wreszcie ich wywód dochodzi do punktu kulminacyjnego: dolina Ononu. Nieświadoma ofiara nie wie jeszcze, co się święci. I wtedy pada sakramentalne stwierdzenie: „W dolinie Ononu urodził się Czyngis-chan”. Ofiara ze zrozumieniem kiwa głową. Aha, Czyngis-chan, wiem, znam, słyszałem, no, no. Tymczasem drapieżnik już pikuje. I uderza. Czyngis-chan był agińskim Buriatem! Zapada cisza. Oszołomiony słuchacz głupawo się uśmiecha. A tymczasem opowiadający z ogniem w oczach rozszarpuje na kawałeczki ustalenia oficjalnej, ale wypaczonej i poprzekręcanej historii. Odsłania kulisy nieznanej rzeczywistości. Zaczyna się jazda na najwyższym biegu. Kosmiczna energia, duch buriacko-mongolskiego stepu, podbój świata i podniecona twarz opowiadającego. Coś takiego moFże trwać godzinami.

– Wiesz, że niektórzy twierdzą, że Czyngis-chan mógł być przodkiem agińskich Buriatów? – Balżynima wycelował we mnie badawcze spojrzenie.

Jezu, tylko nie to. Dyplomatycznie uniosłem brwi. Balżynima uśmiechnął się pod wąsem.

– Ciekawe, co? – bardziej stwierdził, niż zapytał. Po czym krótko streścił powszechnie znane przypuszczenia historyków dotyczące miejsca, w którym narodził się twórca imperium mongolskiego. Ulga. Miałem już za sobą rozmowę z jednym facetem z Mogojtuju, który nie tylko twierdził, że Czyngis-chan był Buriatem, ale też z pełną powagą przekonywał, że pół Europy może wywodzić się bezpośrednio od plemion protoburiackich. Udowadniał to przez ponad dwie godziny. Mimo że dość szybko się poddałem i dla świętego spokoju przyznałem mu rację już po kwadransie.

Balżynima również nie ominął obowiązkowego wątku ogólnomongolskiego. Zachowywał się przy tym dość wstrzemięźliwie,
ale i nie unikał należytego patosu.

– Stoimy na schodach, po których stąpali Czyngisydzi – oznajmił z powagą. – Nie ma co do tego wątpliwości. Kiedy zaczęto budować naszą nową, murowaną świątynię, kamienne płyty zwożono tutaj na bykach i wielbłądach z różnych miejsc. Część z nich wzięto prosto z pałacu, który zachował się w okolicach Borzji, po naszej stronie granicy. Tak, Czyngisydzi chodzili po tych kamieniach.

Mimo wielkiej czci, z jaką wymawiał słowo „Czyngisydzi”, do historii, a zwłaszcza spuścizny materialnej po imperium mongolskim, podejście miał dość luźne. Przodkowie wzięli sobie te płyty i słusznie zrobili. Były potrzebne i już. No i dzięki temu w murach cugolskiego klasztoru wybrzmiewają teraz autentyczne echa wspaniałych dziejów stepowego imperium Czyngisydów.

– Ułożono ich tutaj aż czterdzieści i do dziś zostały tak, jak były – dodał z dumą. – Świątynia zachowała się w niemal nienaruszonym stanie. W tysiąc dziewięćset trzydziestym drugim roku nasz dacan przejęło wojsko – zgrabnie przeszedł z jednej opowieści w drugą. – Najpierw stacjonował tutaj pograniczny pułk strzelców. Potem w klasztorze urządzili składy. Odzieży i sprzętu gospodarskiego. Składy broni i amunicji były trochę dalej. W tysiąc dziewięćset trzydziestym siódmym roku zwieźli tutaj komsomolców. Ni z tego, ni z owego podjechali w kilka ciężarówek i dawaj do dacanu. A tam wychodzi oficer i pyta: „Czego tu?”. A oni, że akcja jest i będą teraz kończyć z zabobonem i przeżytkiem. A oficer do nich: „Uważacie, taka wasza mać, że Armia Czerwona to przeżytek?! Dywersanci!” – krzyczy. I posłał ich wszystkich w chuj. Na koniec jeszcze postraszył, że jak nie przestaną się kręcić, to każe wystawić cekaem na bramę. Spieprzali tymi ciężarówkami, aż się za nimi kurzyło – zakończył ze złośliwym uśmiechem.

Cugoł. Dolina Ononu. Agiński Okręg Buriacki, fot. Albert Jawłowski

Klasztor nad Ononem jest chyba rzeczywiście najlepiej zachowanym dacanem w Rosji. Rozkradziono z niego mnóstwo rzeźb, obrazów i innych elementów wyposażenia, ale największa świątynia zachowała się w znakomitym stanie. Dzięki temu pierwsze wrażenie po wjeździe do Cugołu jest całkiem przyjemne. Wokół dacanu górują łagodne, miłe dla oka wzgórza tworzące przytulną nieckę. W centrum stoi szacowna stara świątynia z odnowionym żółtym dachem. Otaczają ją niewielkie wiejskie zagrody. Ale wystarczy wjechać ciut głębiej, tuż za dacan, i ten sielski obraz całkowicie się zmienia. Za klasztorem i świątynią kryją się czteropiętrowe betonowe bloczki, w których osiedlano niższych rangą oficerów. Zbudowano je mniej więcej na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Obok nich tkwi budynek widmo. Pierwsze murowane koszary, postawione około 1937 roku, straszą dziś dziurami po wybitych oknach. Wewnątrz zalegają zwały odłupanego tynku, cegieł, pustych flaszek i śmieci. Każda przysługa ma swoją cenę. Wojsko, chcąc nie chcąc, uratowało stary, piękny dzogczen-dugan cugolskiego klasztoru, ale zapaskudziło jego zaplecze sowieckimi bloczkami i martwą przestrzenią rdzewiejących blaszanych garaży.

– Żołnierze zaczęli oddawać dacan już w tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym ósmym roku. Bez rozgłosu. A jak upadł Związek Radziecki, to zaczęło się na całego. Pierwszym zwierzchnikiem został Żimba Żamso Cybenow. Co to był za człowiek! – Balżynima ze scenicznym wyczuciem wyrzucił ręce w górę.

Żimba Żamso to rzeczywiście niezwykła postać. Należał do starego pokolenia lamów, które przeszło przez łagry i wyniszczające przesłuchania. Miałem okazję poznać jego córkę. Opowiadała, że jeszcze długo po śmierci Stalina widywała w oczach ojca zwierzęcy strach, kiedy wieczorem jakiś niezapowiedziany gość pukał do ich drzwi. Mimo to nigdy nie zszedł z drogi obrane za młodu. Gdy był już w dość podeszłym wieku, został pierwszym, po prawie sześćdziesięciu latach, szireete lamą dacanu cugolskiego.

– Szanowali go nie tylko Buriaci. Wielu Rosjan uznało go za swojego nauczyciela. Jeszcze w czasach sowieckich przyjeżdżali i potajemnie uczyli się u niego. Nie byle kto. Jego uczniem był Koczarow, Aleksandr Aronowicz, jedyny Rosjanin, który został potem dopuszczony w Dharamsali do tego, żeby uczyć Tybetańczyków
malowania tank. Żimba Żamso był też świetnym lekarzem. Uczył Rosjan medycyny.

Jednego z nich, Dimę Chochłowa, poznałem wcześniej w Zarieczu nad Bajkałem. Ludowy, czy jak się nieraz eufemistycznie mówi, tradycyjny albo lokalny buddyzm i ten ponowoczesny, globalny nie są impregnowane, przenikają się ze sobą, wzajemnie napędzają, ale to, co można zobaczyć w Zarieczu, i to, jak się
sprawy mają w buriackich wioskach, to jednak dwa różne światy.

Latem, podczas corocznych retrytów prowadzonych przez tybetańskiego nauczyciela gesze Dżampę Tinleja, panuje tam przyjemna, niezobowiązująca atmosfera. Nad okolicą unosi się różowa chmurka wielkomiejskiego New Age’u. Oprócz zdeklarowanych buddystów pełno tu ideowych wegetarian, wegan, ekologicznych dam w wieku balzakowskim, postpunkowców spóźnionych co najmniej o jedno pokolenie, obserwatorów UFO, odbiorców energii kosmicznej, fanów książek o nowej
duchowości, domorosłych joginów oraz innych sierot po Erze Wodnika. Sporo ludzi przyjeżdża po prostu odpocząć. Jeśli ktoś porównywałby to do jakiejś kolejnej mutacji zlotu w klimatach rainbow, to grubo by nie przesadził. Z tą różnicą, że w Zarieczu raczej się nie ćpa. Tu i ówdzie ujawnia się za to atmosfera specyficznie postsowieckich spirytualnych odlotów (kto miał kiedykolwiek do czynienia z rosyjskimi entuzjastami mocy magicznych kamieni, szamańskich talizmanów czy czegoś w tym stylu, ten wie, o czym mowa). Buriaci, w większości dobrze wykształceni mieszkańcy Ułan Ude, robią tam oczywiście za nieoficjalnych gospodarzy.

Dima lubi się trochę pokręcić. Spotkać z tym i owym. Coś załatwić, czasem kupić, a częściej sprzedać. Nawet jeśli zbytnio się nie stara, to zazwyczaj ludzie sami go zaczepiają. Od lat ma wyrobioną renomę wziętego emczi. Szczególną popularnością od dawna cieszą się wyrabiane przez niego lekarstwa i preparaty ziołowe. Już we wczesnych latach dziewięćdziesiątych zaczął się uczyć w Cugole pod okiem Żimby Żamsa, a potem cały czas się rozwijał. W końcu sam stał się jednym z bardziej znanych rosyjskich emczi w Buriacji.

Dolina Barguzińska, Republika Buriacja, fot. Albert Jawłowski

Na co dzień mieszka u podnóża Piku Kurumkan, najwyższego szczytu Gór Barguzińskich, ciągnących się wzdłuż wschodniego brzegu Bajkału. Przed laty Dima kupił sobie tam spory kawałek ziemi. Dolina Barguzińska jest miejscem wyjątkowo malowniczym. Od Bajkału dzielą ją strzeliste granie Gór Barguzińskich, przypominające Tatry. Od wschodu zamyka ją odległe, porośnięte tajgą pasmo górskie podobne do naszych Beskidów. Środkiem wije się rzeka Barguzin, zbierająca rozbrykane potoki i rzeczułki, które spływają po stromych zboczach. W drugiej połowie września wschodnie krańce doliny oszałamiają żółciami, czerwieniami i brązami wszelkich odcieni. Patrząc jesienią na zalesione górskie zbocza, można sobie wyobrazić, jak wyglądałaby zbliżająca się z oddali i długa na cały horyzont fala tsunami, gnająca hektolitry kompotu z suszonych owoców. Latem w kolory grają pastwiska i rozkwitające łąki. Wtedy barguziński step ostro kręci w nosie. Bzyczy i chrzęści pod stopami. Od unoszącego się pyłu, kwitnących traw i kwiatów gęstnieje gorące powietrze. Swędzą policzki i łzawią oczy.

To właśnie w Dolinie Barguzińskiej zaczęła się rosyjska konkwista wschodniego brzegu Bajkału. Na początku lat czterdziestych XVII wieku niewielki oddział kozacki przeprawił się przez jezioro i pożeglował w górę rzeki Barguzin. Ten najdalszy bodaj przyczółek północnych obrzeży mongolskiego stepu jako pierwszy padł
łupem Rosjan. Nie byli jeszcze gotowi, żeby pójść na południe, na otwarty step. Dopiero jakieś dwie dekady później oddział Łowcowa i Wasilewa rozpoczął kolonizację dorzecza Selengi.

Kiedy przyjechałem do Dimy po raz pierwszy, natknąłem się na jakąś moskiewską ekipę. Kilku chłopaków i dwie dziewczyny – Katia i Nadia. Wszyscy mieli już za sobą obowiązkową wyprawę do Indii. Żywili się suszonymi owocami, pestkami słonecznika i płatkami owsianymi z wodą. Popijali to herbatą pu-erh albo zieloną. Zbierali doświadczenia. Szukali niepowtarzalnych przygód, czegoś tajemniczego, a przede wszystkim autentycznego. Przetwarzali rzeczywistość w bajkę. Kolorowali ją fantazjami o szamanach, don Juanach, buddach i mocach natury. Po drodze podłączył się do nich młody Francuz. Sympatyczny chłopak. Miał na imię Leopold, duże brązowe oczy, brodę i burzę czarnych loków na głowie. Mimo że był kompletnie upieprzony i złachany, jego styl pozostawał nienaganny. Nie bardzo znał rosyjski, ale i tak świetnie sobie radził. Bardziej patrzył, niż słuchał i mówił. Nosił się z dość przyzwoitą lustrzanką. Bez przerwy robił zdjęcia albo przerzucał je na małego, odpowiednio podrapanego i zapaćkanego nalepkami makusia. Coś przy tym napomykał o jakimś prowadzonym przez siebie fotoblogu.

Grupie przewodziła dwudziestoparoletnia Katia, niewysoka, atrakcyjna Kałmuczka. Urodziła się w Moskwie. Jej rodzice zajmowali jakieś stanowiska. Wygadana, kontaktowa, z roześmianymi skośnymi oczami. Bawiła się w powrót do stepowych korzeni. Robiła to w wakacyjny, wielkomiejski sposób. No bo jak inaczej?
Przecież wychowała się w stolicy. Ziemię przodków widywała głównie w internecie, a w podróż do tak zwanych źródeł wybrała się nie do rodzinnej Kałmucji, tylko do Buriacji. Może przypadkiem, a może dlatego, że buriackie krajobrazy wydawały się jej znacznie ciekawsze niż płaski jak patelnia nadwołżański step.
A może z jakichś innych przyczyn? Nie wiem, nie pytałem jej o to.

Katia nosiła się w zdyscyplinowanym, trampingowym stylu. Luźne, przewiewne spodnie, solidne sandały na rzepy, przylegający do ciała, wodoszczelny piterek na pasku i wszystkie inne podróżnicze akcesoria. Interesowała się medycyną tybetańską. Starała się. Chłopcy skakali wokół niej, choć żaden nie decydował się na jakieś frontalne podrywy. Przecież nie po to wyruszyli z Moskwy, żeby teraz zachowywać się jak banda stołecznych mażorów i lowelasów.

Nadia była Rosjanką. Trudno wyczuć, czy bardziej reprezentowała reliktowe zjawisko romantycznego dziewczęcia, śniącego po nocach o Jimie Morrisonie, czy może była jak najbardziej współczesną, ezoteryczną mutacją wielkomiejskiej hipsterki. Jedno drugiego nie wyklucza. Obwieszała się wisiorami i koralikami. Nie rozstawała się z płócienną torbą na ramię. W nosie miała kolczyk. Ale całość wyraźnie wymykała się jej spod kontroli. Coś nie pasowało, wisiało nie tu, gdzie trzeba. A to nie doczesała włosów, to znów kolory ciuchów gryzły się ze sobą. Mówiła dość chaotycznie i bez przerwy dziobała paluchami po ekranie smartfona. Inni robili to znacznie dyskretniej, choć też nie tracili kontaktu z siecią.

Co rusz wypadała z radosnej roli hippie cyganki roztańczonej na łące życia. Robiła się wtedy markotna. Miała chyba wszelkie zadatki, żeby za jakieś dziesięć lat zacząć leczyć się z depresji za pomocą energii magicznych amuletów. Po kolejnym nieudanym związku uznać, że trzeba popróbować metody ustawień Hellingera. A jedynym sposobem na spłacenie kredytu jest chińska geomancja i przemeblowanie mieszkania zgodnie z zasadami feng shui. Oczywiście w głębi duszy wiedząc, że można to wszystko o kant dupy potłuc. Możliwe jednak, że bardzo się co do niej myliłem.

Z chłopaków w pamięć najbardziej zapadł mi Żenia. Zamyślony, poważny powagą młodych filozofów, balansujących między kompleksem outsidera a wyraźnym potencjałem towarzyskiego guru. Formę miał trochę niedopracowaną. Spod starannie pielęgnowanej pozy siewcy niebiańskiego pokoju wciąż jeszcze przebijała młodzieńcza napinka. Ale za to wyglądał jak należy. Był szczupły, wysoki i poruszał się bez pośpiechu. Milczał i wpatrywał się dużymi, zapadniętymi oczami w Katię, pytlującą o homeopatii, nieortodoksyjnej psychologii, Buddzie Medycyny, rakotwórczych właściwościach słodkich żelków i barwników w gazowanych napojach. Ewidentnie bardzo mu się podobała, ale nie czynił żadnych kroków. Chyba trochę się wstydził. Milczenie okazywało się jednak znakomitym wabikiem. Za każdym
razem, kiedy Katia zaczynała wygłaszać jakąś tyradę na temat jogi czy moskiewskiego smogu, zezowała w jego kierunku. Zazwyczaj subtelnie przytakiwał i wtedy zachęcona wchodziła na pełne obroty.

Dima woził ich na łąki, żeby zbierali płatki jakiegoś kwiatu. Katia i Nadia co rusz powtarzały sobie jego tybetańską nazwę i jej znaczenie. Gdzieś ją nawet zapisałem, ale mi się zapodziała. Pamiętam tylko, że kwiat był podobny do naszych chabrów. Każdego lata Dima dawał nocleg różnym małolatom, stwarzał
im atmosferę, a oni zbierali dla niego składniki do preparatów, w czymś mu pomagali, coś zbili, porąbali, przestawili. Któregoś razu wywiózł na kilka dni samych chłopaków do kopania jakichś korzeni. Wściekle się przy tym nazapieprzali, ale byli potem bardzo zadowoleni.

Kiedy sam był mniej więcej w ich wieku, rozpadał się Związek Radziecki. Każdy na swój sposób szukał sobie miejsca. Niedługo po odsłużeniu wojska Dima dowiedział się o buriackich lamach i lekarzach tybetańskich. Do Cugołu pojechał w ciemno. Żimba Żamso spławiał go przez kilka miesięcy. Ale Dima był zdeterminowany. Wreszcie zrobiła się zima. To go nie zniechęciło. Najmował się w okolicy do prac fizycznych i cały czas nachodził sędziwego Buriata.

W końcu Żimba Żamso wziął go do pracy przy dacanie. Nie płacił mu, ale dał dach nad głową i wyżywienie. Kiedy przyszło wczesne lato, zaczął go posyłać do zbierania traw i korzeni. W końcu pokazał mu to i owo. Ale nigdy nie dał całej, gotowej receptury. Stawał czasem nad nim, patrzył przez ramię i mówił: „Nie, z tego nic nie będzie, zmarnowałeś susz i tyle” albo: „O, bardzo dobrze, teraz może spróbuj jeszcze tego”. I nic więcej. Emczi rzadko dzielą się własnymi recepturami. Mają ku temu, jak wyjaśniał Dima, co najmniej dwa powody. Po pierwsze jeżeli są dobrzy w tym, co robią, to nie chcą zdradzać zbyt wiele, nawet swoim uczniom. Po drugie mądry nauczyciel wie, że tylko uczeń, który musi dojść do czegoś sam, może któregoś dnia zrobić to coś jeszcze lepiej od nauczyciela.

– Nauczyciel powinien poprawiać, radzić, a nie dawać gotowce. Nauczyłem się w Cugole bardzo wiele. Żimba Żamso był najlepszym nauczycielem, jakiego mogłem mieć – stwierdził Dima któregoś wieczora, opowiadając o czasie spędzonym w dacanie cugolskim. 

fragment książki "Milczący Lama" Alberta Jawłowskiego został opublikowany za zgodą autora i Wydawnictwa Czarne - KOPIOWANIE ZABRONIONE
autorem zdjęć zamieszczonych w tekście jest Albert Jawłowski - zdjęcia zostały przekazane wyłącznie na potrzeby publikacji na Etnosystem.pl - KOPIOWANIE ZABRONIONE
Szanowna Użytkowniczko, Szanowny Użytkowniku, zanim klikniesz „Przejdź do serwisu” lub zamkniesz to okno, prosimy o przeczytanie tej informacji. Prosimy w niej o Twoją dobrowolną zgodę na przetwarzanie Twoich danych osobowych przez naszych partnerów biznesowych oraz przekazujemy informacje o tzw. cookies i o przetwarzaniu przez nas Twoich danych osobowych. Klikając „Przejdź do serwisu” lub zamykając okno, zgadzasz się na poniższe. Możesz też odmówić zgody lub ograniczyć jej zakres. Zgoda Jeśli chcesz zgodzić się na przetwarzanie przez Etnosystem.pl Twoich danych osobowych, które udostępniasz w historii przeglądania stron i aplikacji internetowych oraz danych lokalizacyjnych generowanych przez Twoje urządzenie, w celach marketingowych (obejmujących zautomatyzowaną analizę Twojej aktywności na stronach internetowych i w aplikacjach w celu ustalenia Twoich potencjalnych zainteresowań dla dostosowania reklamy i oferty) w tym na umieszczanie znaczników internetowych (cookies itp.) na Twoich urządzeniach i odczytywanie takich znaczników, kliknij przycisk „Przejdź do serwisu” lub zamknij to okno. Jeśli nie chcesz wyrazić zgody kliknij „Zamknij”. Wyrażenie zgody jest dobrowolne. Powyższa zgoda dotyczy przetwarzania Twoich danych osobowych do śledzenia statystyk Google Analytics czy wyświetlania Ci dedykowanych reklam.
Więcej informacji Przejdź do serwisu Zamknij