Gogol Bordello "Trans-Continental Hustle"
Transkontynentalny niewypał
Gogol Bordello jest jednym z nielicznych zespołów, których płyty i występy przyjmowałem od kilku lat niemal bezkrytycznie. Z niecierpliwością wyczekiwałem więc kolejnej, piątej płyty zespołu. Nasłuchiwałem wieści z ich obozu, imaginowałem sobie, co urodzi się w głowie Eugene'a mieszkającego w Rio. Czy powstanie sambapunk? Jaki będzie wpływ Ricka Rubina odpowiedzialnego za brzmienie albumów choćby Slayera, Red Hot Chili Peppers czy System of a Down?
I wreszcie przyszła odpowiedź. "Trans-Continental Hustle" czy może raczej transkontynentalny niewypał.
Początek nie zawodzi i nie zaskakuje. Pala Tute to przecież ograny już kawałek od dawna pojawiający się w repertuarze zespołu. Znany cygański utwór, którego wspólne wykonanie – w mixie z La Isla Bonita - z Madonną podczas Live Earth 2007 wprowadziło Gogoli na salony mainstreamu. Od pierwszego numeru ruszamy więc do tańca w rytm szalonego, romskiego zaśpiewu. A później... Płyta dograła pierwszy raz do końca i na nic nie zwróciłem uwagi. Może jedynie na Immigranjadę, którą znałem z krakowskiego koncertu. Prosty, gogolowy utwór „do przodu”. Nie może być dobrze, przeleciało mi przez myśl...
Wracałem więc do niej kilka razy i... Być może nie wystarczają mi już skoczne utwory o myślowej rewolucji i trudnym życiu imigrantów, "underdogów" i niebieskich ptaków. Być może dlatego, że słyszałem je już 1345 razy na wcześniejszych płytach. Być może dlatego, że nic nie zaskakuje, nie przyciąga, nie wyróżnia się i nie wybija ponad przeciętność. Jak na poprzednich albumach zawsze działo się coś nowego, był jakiś nowy kierunek, tak teraz jest po prostu nudno. Piosenki wpadają i wypadają. Być może się starzeję.
Nie słychać zdecydowanych wpływów brazylijskich poza kilkoma wtrętami jak w Raise the Knowledge czy bełkotem w tle w Last One Goes The Hope. W "In the Meantime in Pernambuco" brazylijski jest jedynie tytuł i gwizdki w końcowej części utworu, a północny wschód kraju jest jednym z najprężniejszych muzycznie regionów kraju. Nie oczekiwałem gypsypunkowego „Roots Bloody Roots”, ale żeby aż tak... Może to i dobrze, bo południowoamerykański wynalazek w osobie rapującego Pedro nie przypadł mi wcześniej do gustu.
Jaśniejszymi punktami płyty są dla mnie Sun is on my Side, Raise the Knowledge i utwór tytułowy. Pozostałe są zwyczajnie gogolbordellowe. Nie sądziłem, że kiedyś uznam to za zarzut.
Paweł Zając
