TEGO SŁUCHAM, TO CZYTAM, TO DŹWIGAM: Piotr Trybalski

fot. Piotr Trybalski

"Do fotografowania używam wszystkich zmysłów" - mówi nam Piotr Trybalski, podróżnik i fotograf, współorganizator Festiwalu Pannonica, poświęconego muzyce bałkańskiej. W najgorętszym okresie dla organizatora tak dużej i poważanej imprezy, pytamy Piotra co dźwiga, jako fotograf, czego słucha, jako pasjonat kultur i co czyta, jako podróżnik, kiedy przemierza dalekie kraje.

PIOTR TRYBALSKI:
Ansel Adams kiedyś powiedział - wybaczcie, ale nie pamiętam dosłownie, nie zacytuję - że to, co się fotografuje i jak się fotografuje jest wypadkową wszystkich przeczytanych książek, przeglądniętych zdjęć, wysłuchanej muzyki i ludzi, których się kochało. Te doświadczenia zapisują się w naszych głowach, a później - czy nam się to podoba czy nie - wypływają w zdjęciach. I gdybym miał odpowiedzieć, co zabieram w podróż z aparatem w dłoni, to powyższe zdanie byłoby kompletną odpowiedzią.

Nie chcę się tu rozpisywać o sprzęcie, obiektywach etc. Od jakiegoś czasu ma to dla mnie marginalne znaczenie. Sprzęt zaczyna mi ciążyć  dosłownie - bo mam tego z 12 kg na plecach, i codziennie targam przez 12 godzin - dosłownie, jak i w przenośni. Po prostu 90% zdjęć, które wykonuję to moment, chwila. Pojawia się i znika. Coś, co zarejestrowałbym dowolnym aparatem z szybkim auto fokusem, lub… jego, fokusa, brakiem. Po co więc taszczę cały ten sprzęt? Nie jestem fotografem używającym tricków, nie doświetlam lampami, blendami, rzadko używam teleobiektywów, filtrów. Mój fotograficzny świat mieści się pomiędzy ogniskową 24 mm a 50 mm. Tam się wciskam i staram zadomowić. Teraz jestem na takim etapie, że rzuciłbym te całe fotograficzne szpeja w kąt i zabrał się z jednym, małym aparat i jedną ogniskową. I w podróż, to wystarczy.

W podróży zawsze czytam i zawsze słucham muzyki. Nie wyobrażam sobie podróżowania i fotografowania bez tego! Zabieram Kindla, a na nim teksty, które wiążą się z miejscem. Czytam reportaże, czasem blogi (z tym największy problem, bo przebrnąć przez opisy "dziś poszedłem tu i tu, a potem tam…" - to droga krzyżowa), na miejscu staram się czytać lokalną prasę. W ten sposób zaspokajam głód wiedzy. Bo nie fotografuję rzeczy, których nie rozumiem. Mogę się z nimi nie zgadzać, ale muszę rozumieć. By zrozumieć, muszę poznać każdy punkt widzenia. Ot co. Nawet fotografując przyrodę muszę rozumieć, dlaczego taki Wielki Kanion Kolorado wygląda tak jak wygląda. Dlaczego jest czerwony o zachodzie słońca, dlaczego tak głęboki i kto pierwszy tam wlazł i po co. Ta ciekawość to po części wrodzony głód wiedzy jak i potrzeba późniejszego podzielenia się tym z innymi, w publikacjach. Nie mógłbym ot tak, sobie iść przed siebie i patrzeć, chłonąć i… nie rozumieć. Wyrosłem już z czasów, gdy podróżowało się "do środka", do siebie, szukając jakiejś magicznej odpowiedzi na nurtujące mnie pytania. A podróż, nowe miejsce, obcy ludzie lub bezludne przestrzenie miałyby pomóc w poszukiwaniach. Po latach wiem, że te odpowiedzi zapisane są książkach i słowach wypowiadanych przez ludzi spotykanych po drodze. Na drodze. Trzeba tylko chcieć po nie sięgnąć. Sama podróż nie pozwoli mi znaleźć żadnych odpowiedzi.

I tak w czasie czerwcowej wyprawy na Kubę zaczytywałem się w "Królowej Karaibów" - Suchanow, w "Kubie" - Gawryckiego i Bloch. Przeczytałem wszystko co w ostatnich latach napisał na temat Guardian czy The New York Times. Do tego zobaczyłem na srebrnym ekranie "Melasę" i mnóstwo mniejszych i większych dokumentów na Youtube czy Vimeo. No i zabrałem to wszystko, ze sobą, w głowie, notatkach, obrazach, które powstały. A na miejscu pytałem, słuchałem, wątpiłem. I fotografowałem.

{youtube}D627sFeuBh0{/youtube}

W podróży przez Norwegię, fotografując do projektu Roadtripping, słuchałem Ketila Bjoernstada, mojego ukochanego, norweskiego pianisty i pisarza. Płyta "The Sea" jest od 20 lat moim ulubionym albumem. Nikt go nie zdetronizuje, jestem o tym przekonany. Gdy zamykam oczy i włączam dziewiąty utwór (The Sea Part II ) i słyszę fortepian Ketila, potem blachy Christiansena, zaraz po nich gitarę Rypdala… I wiolonczelę Darlinga. Dobry Boże! To esencja Norwegii! Każdy, kto stał w śniegu na wyżynie Hardangervidda, dotykał dłonią zimnych głazów, smakował sopli lodu ten mnie zrozumie. Muzyka Bjoernstadajest wpisana w skały tego kraju, w jego powietrze, wodę, śnieg, lód. To co się widzi, to co się czuje, to co się potem zapisze na zdjęciu nabiera kształtu nieosiągalnego bez tych dźwięków. Chciałbym kiedyś uścisnąć dłoń Bjoernstadowi. I podziękować za to co dla mnie zrobił. Zwłaszcza, że za zdjęcia, które wówczas wykonałem dostałem tytuł Travel Photographer of The Year 2014.

{youtube}zI-GGnzSQa4{/youtube}

W maju jechałem przez USA, wybrałem południowy zachód, krainę Indian i hedonistycznej Kalifornii. I nie wyobrażałem sobie jazdy samochodem bez dźwięków Johnnego Casha i jego córki Rosanne. Bez tekstów piosenek opisujących codzienność dawnych USA. Nie da się zrozumieć i pokochać muzyki country nigdy nie będąc w USA, nawet tego nie próbujcie. To niemożliwe. A historia USA to historia miłości i nienawiści. Piękne krajobrazy skażone są tu krwią Indian, którzy musieli odejść, oddać to, co od zarania było ich ojczyzną. Nie da się zrozumieć podboju "Dzikiego Zachodu" bez zrozumienia roli i niedoli Indian. Wyprawa była po części próbą odczarowania mitu słynnej Route 66 (z muzyką w tle, oczywiście…). Przeczytałem więc i historię drogi i świetną książkę Doroty Warakomskiej i "Route 66 nie istnieje" Orlińskiego. Próbowałem odszukać kilka postaci opisanych przez Dorotę, próbowałem zrozumieć cynizm Olińskiego. Próbowałem zrozumieć fenomen USA i w jakiś sprytny sposób przekuć to na fotografię. Jechałem tam z ogromnym bagażem uprzedzeń, wniosków i przekonań - efekt medialnych kampanii, filmów, książek. USA okazały się czymś zupełnie innym. Do tego stopnia, że wracając przeszła mi przez głowę myśl by kiedyś tu zamieszkać. Przed wyjazdem zaśmiałbym się w twarz każdemu, kto by mi to zasugerował.

Co roku wracam na Islandię, bo z tych moich podróży ma powstać w końcu książka ("Ogarnianie Islandii"). Islandia była miejscem, które - po Australii - po raz kolejny, dobitnie uświadomiło mi, że jestem zakochany w krajobrazach "bez niczego:, w przestrzeniach po horyzont. A te północne – mroźne, surowe i trudniej dostępne są mi szczególnie bliskie. Nie wyobrażam sobie jechać w takie miejsca be muzyki! W Islandii słuchałem głównie Sigur Rós. Pasują jak ulał. Są częścią tego krajobrazu. Kto nie wierzy, niech obejrzy "Heimę". Mam nawet pomysł by dotrzeć kiedyś do wszystkich tych miejsc z filmu i posłuchać tam muzyki Sigur Rós. A potem fotografować.

{youtube}EuftN2ViiN4{/youtube}

Kiedyś, pracując za biurkiem korporacji uciekałem z pracy w podróże, próbując przez te bidne dwa - trzy tygodnie odciąć się od zawodowej codzienności. Było ciężko. Dziś nie uciekam, wszystko się odwróciło. Bo moje podróże z aparatem są zawsze po coś, nie podróżuję dla podróżowania, dla samej radości podróży. Cóż, szkoda mi czasu, skoro w czasie podróży tyle można zrobić! Podróż jest więc dla mnie pracą. Zawsze. Ale to praca, którą prawdziwie kocham, więc w środku samego siebie wcale tego pracą nie nazywam. Ot, zabieg formalny - po powrocie dostaję jakieś pieniądze za publikacje, zdjęcia, spotkania motywacyjne, pokazy, warsztaty etc. Formalnie to praca.

Od jakiegoś czasu zabieram w podróż innych fotografów. Pokazuję im moje ulubione miejsca i patrzę, próbuje dojrzeć czy i jakie na nich zrobiły wrażenie. Ciekaw jestem, jak zarejestrowali obrazy na zdjęciach. Jak inaczej widzą to co ja zobaczyłem. Te warsztaty to dla mnie - prócz pracy - fenomenalne doświadczenie socjologiczne. Gdy pierwszy raz zabrałem kursantów na wyjazd, nie spodziewałem się, że właśnie to zestawienie miejsc, wizji i ludzi sprawi mi tak ogromną radość. Uwielbiam pokazywać innym moje ulubione miejsca, dzielić się wrażeniami.

{youtube}1ZgDdvQ2NwE{/youtube}

Zawsze przywożę z podróży jakieś historię. Człowiek w otoczeniu środowiska, w którym żyje, to główny motyw mojego fotografowania stąd spędzam sporo czasu na rozmowach, dyskusjach. Próbując poznać kraj nie można pomijać jego mieszkańców, ich przemyśleń, wrażeń i historii z nimi związanych. Ten bagaż czasami dość mocno mi ciąży. Są osoby, które spotkałem, sfotografowałem, a o których wciąż nie jestem w stanie przestać myśleć. Zaszyły się gdzieś tam w zakamarkach świadomości i pojawiają się w najmniej oczekiwanych momentach. Czasem mnie to raduje, czasem smuci. Bo historie, które mi opowiedzieli nie zawsze są wesołe. Jak samo życie. Te doświadczenia są dla mnie najcenniejsze. Najczęściej o wiele bardziej cenne od zdjęć, które przywożę. 

Piotra Trybalskiego będzie można spotkać w dniach 27-29 sierpnia
na Festiwalu Pannonica w Barcicach pod Starym Sączem.
Zobacz program bałkańskiej Pannoniki i WYGRAJ KARNETY NA FESTIWAL!

Tekst i zdjęcia: Piotr Trybalski
Kopiowanie bez wiedzy i zgody autora i redakcji - ZABRONIONE!