Kobiece sprawy w podróży – jak radzą sobie podróżniczki w „te dni”

Uwaga! To jest artykuł przeznaczony dla pań! Czytać oczywiście może każdy, ale żeby nie było, że nie ostrzegałam!!!

„A jak ty w tej podróży sobie radzisz w te dni?”

Tyle już tego typu pytań od innych pań usłyszałam, że uznałam, że warto podzielić się moim sposobem na miesiączkę w podróży, szczególnie, że nie mam z tym żadnego problemu. Czy to w indyjskim pociągu, czy też na trekingu w Himalajach, czy podczas leniuchowania na tajskiej plaży. Żadnego. Mam na te dni świetny sposób! Chcesz go poznać? Jest o nim w tym tekście. 

Jeszcze przed podróżą koleżanka doradziła mi, żebym udając się do któregoś z państw Azji Południowo-Wschodniej miała ze sobą zapas tamponów, bo tam ich po prostu nie można kupić. Uśmiechnęłam się, bo mnie ten problem na szczęście nie dotyczy. I to nie dlatego, że używam podpasek. Nie, nie, nie! Prawdę mówiąc to ich nie znoszę i jestem, a właściwie byłam, jak najbardziej „tamponowa”. Uśmiechnęłam się więc pewnie, bo wiedziałam, że brak tamponów to nie będzie już dla mnie żaden problem, szczególnie, że mam coś od nich o wiele lepszego! Ale co, ale skąd, ale jak? Niech będzie po kolei!

Już na dłuższy czas przed wyruszeniem w podróż zaczęły kłuć mnie w oczy ilości śmieci produkowane w te dni. Biorąc do ręki np.: jeden tampon znanej firmy, wyrzucałam do kosza dodatkowo kolejne foliowe opakowanie oraz dwie plastikowe tuby z plastiku. Z natury jestem osobą oszczędną, która nie znosi jakiegokolwiek marnotrawstwa oraz taką, której losy naszej planety nie są obojętne. Śmieci, pomimo różnych przykrych informacji o naszych realiach, segreguję, jednak wyrzucając te plastikowe opakowania zastanawiałam się, że naprawdę nie mogę czegoś zmienić? Szczególnie, że nie tylko kwestia odpadków zaczęła być dla mnie męcząca ale również kwestia mojego własnego zdrowia, o które, jak się okazuje tampony wcale nie dbają. 

Na moje rozterki natury ekologicznej i zdrowotnej pierwsze rozwiązanie przyniosły koleżanki Łukasza (pozdrowienia dla Magdy Z. i Kasi G!). Dzięki nim dowiedziałam się o istnieniu podpasek ekologicznych, czyli wielorazowego użytku, wykonanych z ekologicznej bawełny, w różnych rozmiarach i kolorach. „Że co?! – żachną się pewnie czyściutkie paniusie, mamy to prać?! A fuj, poza tym nie żyjemy już w średniowieczu.” Takim paniusiom, których poglądy zdarzało mi się czytać i słyszeć, podejścia szczerze gratuluję… Tak, ekologiczne i płócienne podpaski trzeba prać – co w tym złego? Dodatkowo warto pamiętać o tym, że one nie uczulają, nie podrażniają i co ważne, używając ich nie produkuje się co miesiąc nowych śmieci. A nie wiem, czy wiecie, że według statystyk na polskie śmietniska (bo przecież nie na recykling) trafia około 2 miliardów zużytych podpasek rocznie. Każda taka podpaska wcale nie jest obojętna środowisku. By ją wyprodukować ścięto kolejne drzewa… Podpaski tworzy się przede wszystkim z miazgi papierowej, która niby powinna być nieszkodliwa – niby zwykła celuloza. Niby… Niestety, surowiec ten jest poddawany różnym procesom „ulepszania”, w tym także kilkukrotnemu wybielaniu chlorem. tak by zapewnić chłonność oraz nieskazitelną biel. Podczas tego procesu dochodzi do najróżniejszych reakcji, w wyniku których wytwarzają się dodatkowo substancje rakotwórcze – dioksyny. W tej jednorazowej podpasce mamy więc poza wychlorowaną celulozą masę trucizn oraz plastiku, który nie dość, że pewnie nie jedną z Was kiedyś porządnie odparzył (mnie nie raz), to oddany ziemi będzie zalegać w niej nawet 300 lat. Dodatkowo, większość jednorazowych podpasek jest jeszcze opakowana kolejnym plastikiem… Nie będę się już tu rozpisywać o tych wszystkich procesach, truciznach i odpadkach. Myślę jednak, że warto pamiętać, co tak naprawdę zrobiono, by dać nam do ręki taką „nieskazitelną” podpaskę oraz o tym, co z nią się będzie działo, gdy zużyta trafi do kosza na śmieci. Wszystkie trujące substancje, które dotykały naszej delikatnej i wrażliwej części ciała, będą teraz przenikać do środowiska. Jeszcze długo. 

Gdy więc i ja dowiedziałam się tego co powyżej, uznałam, że coś należy z tym wszystkim zrobić. Najwyższy czas zadbać i o siebie, i o środowisko. I już miałam zamiar przestawić się na jakiś kolorowy komplecik wielorazowych podpasek, gdy, na całe szczęście, wpadł mi w ręce pewien artykuł. Piszę -na całe szczęście -, gdyż za podpaskami po prostu nie przepadam, tylko tyle. Niestety nie pamiętam nawet jaka to gazeta była, czytałam ją u cioci do porannej jajecznicy i z przykrością, i wstydem przyznaję się, że nawet nie pamiętam nazwiska autorki tego artykułu, a chętnie przytoczyłabym jej imię, by na łamach naszego bloga jej podziękować! Artykuł dotyczył ekologicznych zachowań w jej domu, tego co robi, by było nieszkodliwie i dla niej, i dla środowiska. I dzięki tej pani dowiedziałam się o istnieniu sprytnego urządzonka, zwanego u nas kubeczkiem menstruacyjnym (ang. lady cup, nie lady’s cup, bo wtedy internetowa wyszukiwarka wyrzuca głównie wpisy o różnych mistrzostwach kobiet – też ciekawe (…)

To małe urządzonko kształtem bardziej przypomina kieliszek niż kubek, ale zwie się u nas kubeczkiem, niech więc tak zostanie. Kubeczek zrobiony jest z silikonu, który jak informują producenci, właściwie używany i przechowywany przetrwa nawet 10 lat! Jest to silikon lekarski, który nie uczula. Nie gromadzą się na nim żadne bakterie oraz nie wchłania żadnych cieczy – innymi słowy jest to higieniczne oraz nie narusza flory bakteryjnej! Kubeczka używa się podobnie do tamponów; także należy go umieścić w pochwie, tylko trochę niżej. Jednak wyciekająca krew nie wchłania się, a zbiera się w nim. Napełniony kubeczek wystarczy opróżnić w toalecie wylewając z niego to co się zebrało, następnie przepłukać i zaaplikować ponownie. Przed i po okresie należy go wygotować przez 5 minut. Dobrze dopasowany jest zupełnie niewyczuwalny, również zapachowo! Wot i cała filozofia. 

A jak to wszystko ma się do podróżowania? Ano, drogie panie, ta sprawa właśnie szczególnie dotyczy podróży, bo przecież w różnych warunkach mogą nastąpić te dni. I napiszę szczerze, że kubek sprawdza się świetnie! Sprawdził się i przy jeździe na dachu autobusu, i na 5000 m npm! Dzięki niemu nie wożę opakowań podpasek czy tamponów, a tylko jeden kubeczek, dwukrotnie mniejszy od mojej pięści. Nie martwię się więc, kiedy wystąpi okres oraz czy mam ze sobą zapas podpasek, czy tamponów. Ogólnie twierdzę, że właśnie Azja jest idealnym miejscem do korzystania z takiego kubeczka (no dobra, może nie wszystkie “toalety” publiczne w Chinach, ale w niektórych z nich to nawet załatwienie zwykłej sprawy urasta do czynu bohaterskiego…) Na tym kontynencie zamiast papieru toaletowego korzysta się głównie z wody. Oznacza to, że (w założeniu) w każdej toalecie jest wężyk lub kranik z wodą, dzięki którym można umyć ręce (w te dni mydło zawsze przy sobie) i moje urządzenie. Tutaj w wielu toaletach nie ma kosza na śmieci! W te „trudne” dni wchodzę więc do takiego kibelka, opróżniam i myję kubeczek, mogę się też spokojnie podmyć. Wychodzę i mam problem z głowy, nie martwiąc się, gdzie zużyty sprzęt wyrzucić. Nic nie muszę zawijać w papier i nosić ze sobą w poszukiwaniu kosza. 

Uprzedzając różne komentarze napiszę, że nie uważam, że korzystanie z kubeczka jest obrzydliwe. Twierdzę, że nic, co z moim kobiecym ciałem związane, nie jest mi obce. Nie to, żebym od razu chciała to w ramki oprawiać i stawiać na stole w jadalni, ale nie krzywię się na myśl o używaniu takiego kubeczka. 

Jak to wygląda od strony praktycznej? Mój kubeczek kupiłam tuż przed wyjazdem. Długo się zastanawiałam jaki rozmiar i gdzie to w ogóle u nas kupić. Nabyłam przez Allegro i zaczęłam używać dopiero w Syrii. Oczywiście, że sama do tego niepewnie podchodziłam, trochę jak pies do jeża. Pierwsza myśl – czy to na pewno ma się zmieścić i być niewyczuwalne? Pierwsze próby zakładania przebiegały „na sucho”. Początkowo nie było łatwo i trzeba było się trochę nagimnastykować. Silikon, z którego mój kubeczek jest wykonany jest dość sprężysty więc początkowo ani trochę nie wychodziło mi złożenie go na pół, tak by móc go łatwo wprowadzić. A to wyskakiwał mi z ręki, a to „rozwijał się” za wcześnie. Gdy już się udało – olśnienie! Tego naprawdę nie czuć! Należy tylko przyciąć mu uchwyt, za który się go wyjmuje, bo rzeczywiście uwierał. Po pierwszym takim użyciu, już w czasie miesiączki, wiecie co pomyślałam? Pomyślałam, że to jest taka rewelacja, że aż… nie mogę doczekać się kolejnego okresu! A nigdy, przenigdy nie cieszyłam się na na miesiączkę! 

Od pierwszego pobytu w Syrii używam kubeczka i jestem nim zachwycona. Mogę w nim spać i pływać, w ogóle zapominając, że mam go w sobie. „Te dni” nie są żadnym problemem w podróży, żadnym! Prawdę mówiąc, to pewnie będzie trochę trudniej go używać w ojczyźnie, gdzie w publicznych toaletach często nie ma umywalki w kabinie. Ale i na to znajdzie się sposób – np. butelka z wodą. Producenci informują, że nie mając możliwości umycia kubeczka, można go po prostu przetrzeć papierem. A na wszelkie zabrudzenia, które wiadomo że mogą się pojawić, mam ze sobą bawełniane wkładki higieniczne. 

Jedna ze znalezionych w internecie informacji o kubeczku podaje, że urządzenie słabo przyjęło się w naszym kraju… Hmm, ciekawe czemu? Może dlatego, że tak mało się o nim pisze… Podobnie jak i o ekologicznych podpaskach. W Polsce jest podobno około 9,5 miliona miesiączkujących kobiet. Wyobrażacie sobie, co by się stało gdyby każda z nich przestawiła się na ekologiczny zamiennik jednorazowych podpasek czy tamponów? Byłoby cudownie! 

Na zakończenie dodam, że każdej z pań, szukającej ekologicznego zamiennika dla tamponów oraz sposobu na okres w podróży polecę kubeczek. Jednorazowo jest to dość spory wydatek – w Polsce około 100 złotych. Ale ta kwota przecież szybko się zwróci! Tym, którą wolą tradycyjne podpaski, a nie chcą prać tych wielorazowych mogę napisać, że wiem o istnieniu ekologicznych podpasek jednorazowych. Ale nie znam ani producentów, ani sklepów. Tym już się nie interesowałam, przyznaję. 

Na jednym z forów, poświęconych kubeczkom, jedną z czytelniczek bardzo nurtowało, co się dzieje, gdy używając kubka w czasie miesiączki stanie się na głowie. Szczerze? Nie wiem Wiem za to, że jest to rewelacyjne rozwiązanie dla mnie i dla środowiska. I już sobie nie wyobrażam jak by to w te dni było, gdyby kubeczka nie było!

Ola Nikiel

tekst w ramach wyprawy Droga do Shangri La
Kobieta w podróży – fot. Freeimages.com

kobieta, miesiączka w podróży, okres w podróży, podróż

Podróże, muzyka, książki, filmy
wywiady, artykuły, recenzje

Znajdź nas