Tony Kososki: Nie mam czasu zatęsknić [WYWIAD]

Tony Kososki - fot. arch. podróżnika
Korupcja w Wenezueli, niebezpieczeństwa na drogach, ludzie, którzy wyłącznie chcą zarobić na turystach, brak cywilizacji... Jeśli tak postrzegacie Amerykę Południową - opowieści Tony'ego Kososkiego was zaskoczą. Młody podróżnik właśnie wydał książkę "Nie każdy Brazylijczyk tańczy sambę", w której opowiada o swojej prawie półtorarocznej podróży przez kraje Ameryki Łacińskiej. A my z Tonym rozmawiamy o tym, kto jest jego podróżniczym idolem, jak przekonał do siebie wenezuelskie wojsko, czy podróż "na kciuka" jest bezpieczna i kiedy jest prawie niemożliwa oraz dlaczego nie tęskni.
 
Iśka Marchwica, Etnosystem.pl: Jesteś bardziej Przemkiem czy Tonym? Bo wiesz, w Polsce - i nie tylko w Polsce - Tony podróżnik jednoznacznie kojarzy się z Tonym Halikiem.
Tony Kososki, autor “Nie każdy Brazylijczyk tańczy sambę”: Ten pseudonim wymyślili moi znajomi. “Tony” wzięło się od Tony’ego Hawka, a Kososki od piłkarza, Kamila Kosowskiego, który grał w Wiśle Kraków z charakterystyczną opaską na głowie. Tego lata, kiedy ktoś mnie tak nazwał, miałem długie włosy, które tak samo przytrzymywałem opaską. I tak któregoś dnia ktoś nazwał mnie Tony, ktoś inny Kosowski… Postanowiłem więc edytować konto na Facebooku i tak zostało.
 
A Tony Halik? Jest dla ciebie jakimś podróżniczym wzorcem?
Szczerze mówiąc, wtedy nie bardzo kojarzyłem tego podróżnika, dziś często ludzie pytają mnie, czy przyjąłem takie imię na jego cześć, ale nie… Tony przylgnął przez mój pobyt za granicą, na Erasmusie - ani moi znajomi ani nauczyciele nie byli wstanie wymówić “Przemek”, więc “Tony” było świetnym rozwiązaniem. Ale w sumie dobrze wyszło, choć zupełnie nie planowanie, bo moją książkę czasami stawiają koło publikacji Tony’ego Halika [śmiech].
 
Skoro nie Halik - masz innego podróżniczego mentora?
Książki podróżnicze zacząłem czytać niedawno, przy okazji przygotowywania się do prezentacji i spotkań. Ta literatura jest bardzo wartościowa, bo to nie jest coś wymyślonego, ale coś co się wydarzyło, coś co ktoś przeżył i dzieli się swoimi emocjami i doświadczeniami, przemyśleniami i filozofią. Z takich książek można się nie tylko dużo nauczyć, ale też zainspirować. Idola jako takiego nie mam, ale bardzo cenię blogerów podróżniczych. Widząc młodą osobę, taką jak ja, której nikt nie zna, nie ma dużych funduszy na podróże, a porusza się autostopem, czuję że mam jakąś bratnią dusze. Skoro on może, to ja też.
 
Tacy podróżnicy “blogerowi”, jak ty czy wielu innych autostopowiczów, na pewno też inspirują pomysłowością. Dużo łatwiej jest zorganizować wyprawę, kiedy masz sponsorów, ekipę filmową i kierowcę, który cię dowiezie na miejsce…
Niby tak, ale też zawsze myślę o tym, że ci najsłynniejsi podróżnicy, których znamy z telewizji czy artykułów, książek, najpierw musieli się dużo sami nachodzić, żeby dotrzeć do tego etapu wyjazdów z ekipą i kierowcą. Najsłynniejsi podróżnicy zaczynali od odkrywania swojej pasji - mam nadzieję więc, że jestem na dobrej drodze.
 
Masz jakiś cel, jakiś pomysł na to podróżowanie?
U mnie cel uświęca środki. Podróż jest dla mnie ogromną przyjemnością. Jeśli byłem głodny i akurat nie miałem co i gdzie zjeść, nie narzekałem - cieszyłem się, że jestem w podróży i mogę coś poznać, mam możliwość zwiedzania. Napędza mnie duch podróżniczy - zobaczymy czy mnie nie opuścił, bo szykuję się do kolejnej podróży.
 
Ten duch podróżniczy pchnął cię też na studia w Portugalii?
Ja po prostu bardzo chciałem pojechać za granicę, bez względu na to jak i gdzie. Napisałem do dwóch uczelni - w Belgii i Portugalii. Z tej pierwszej nie dostałem żadnej odpowiedzi, a z Portugalii przyszła bardzo sympatyczna odpowiedź i zaproszenie. Początkowo obawiałem się, że nic z tego nie będzie, bo mój program studiów w Polsce nie pokrywał się z tym na uczelni w Portugalii, kiedy jednak wyjaśniłem ten problem, dostałem wykaz wszystkich przedmiotów z mojego kierunku z informacją, że mogę dobrać program tak, żeby zaliczyć dany rok. To było bardzo miłe! Zdecydowałem się na wyjazd, chociaż znajoma mówiła mi, że to przecież bardzo daleko. Patrzyłem na mapę Europy, którą miałem nad biurkiem i myślałem “E… to nie jest tak daleko, zaledwie odległość dwóch palców!” [śmiech]. Dopiero jak wyruszyłem w podróż do miasteczka, w którym znajdowała się moja uczelnia, w podróż 32-godzinną z kilkoma przesiadkami, poczułem, że naprawdę, jestem bardzo daleko od domu.
 
I długo tak daleko zostałeś.
Początkowo, jak wszyscy, miałem studiować na Erasmusie tylko pół roku i nawet cieszyłem się, że to tylko pół roku. Ale stopniowo, coraz bardziej mi się to podobało - ten klimat, miejsce, ludzie, poznałem wtedy sporo Brazylijczyków. Więc kiedy dowiedziałem się o możliwości podwójnego dyplomu - zdecydowałem się zostać na kolejny rok. Zresztą - kalkulacja była prosta. W Polsce niewiele bym osiągnął, a tam szlifowałem języki - portugalski i angielski - uczyłem się nowych rzeczy i podróżowałem w zupełnie nieznane mi miejsca.
 
Wtedy zaczęła się twoja podróżnicza pasja?
Musiałem ją już w sobie mieć, a Portugalia tylko ją we mnie obudziła. Znam wiele osób, którym mówię “Jedź, zobacz, spróbuj sam!” - a oni nie chcą. Tam, jak tylko miałem kilka dni wolnego, czy jakiś dłuższy weekend, czy święta - jeździłem gdzie się dało, nawet po Portugalii autostopem, byle coś zobaczyć, gdzieś się przemieścić. Pierwsza dłuższa wyprawa - dwutygodniowa - jaką zaplanowałem, to była objazdówka po Hiszpanii - Madryt, Walencja, Malaga, Sewilla, Gibraltar i do Lizbony. Druga dłuższa wyprawa była może kilometrażowo podobna do tej po Hiszpanii, ale tym razem przejechałem autostopem cały kontynent. To było coś - cały kontynent! A wydałem na to… 50 euro, z czego 10 euro wydałem na klapki, a 10 - na herbatniki z czekoladą. Podróż zajęła mi trzy tygodnie, więc za takie pieniądze zobaczyć tyle Europy… Wspaniałe przeżycie. Wróciłem wtedy do Gdańska i po dziesięciu dniach odpoczynku stwierdziłem, że jadę dalej. Miałem wakacje, nic mnie nie ograniczało, wiec autostopem pojechałem do Syrii. Uznałem, że lepiej wydać 400 złotych na zwiedzenie całej Europy, w tym Bałkanów i Turcji, niż siedzieć w domu i zarobić marne grosze, które i tak zaraz wydam na coś zupełnie nieistotnego.
 
Decydując się na podróż autostopem przez Amerykę Południową miałeś więc już jakieś doświadczenie - czym różni się taka “podróż na kciuka” pod Europie od tej po Ameryce?
W Ameryce jest trudniej z prozaicznych względów - na przykład w Boliwii jest po prostu mało samochodów, rzadko kiedy coś jedzie, nie ma też tak wielu asfaltowych dróg. W Peru z kolei asfalt był, samochody też, plus ogromne dystanse, które zmieniały podróż z kilku godzin nawet na kilka dni. za każdym razem gdy musiałem pokonać Andy - co zresztą po piątym czy szóstym razie nie było zachwycające tylko nużące [śmiech], zbierało mi się na wymioty już na samą myśl. W Boliwii ludzi przewożą często ciężarówki, których kierowcy traktują to jako zarobek, więc z każdym trzeba się było jakoś dogadać. Z kolei w Wenezueli w ogóle ciężko było złapać stopa, dlatego często dogadywałem się z wojskowymi na posterunkach. Rozmawiałem z takim patrolem i prosiłem, żeby zapytał następnego kierowcę czy może mnie gdzieś podwieźć - to było bezpieczne i dla mnie i dla niego bo obydwoje wiedzieliśmy, że jakby się coś stało - ten patrol wie, że ten i ten samochód wziął zagranicznego podróżnika ze sobą.
 
Do łapania autostopu w takich krajach trzeba się jakoś przygotować?
Miło zaskoczyło mnie to, że czy to w Kolumbii czy w Brazylii, wszyscy znają znak kciuka w górę, wszyscy wiedzą, że to jest prośba o podwózkę. Czasami Korzystałem też z Wikipedii dla autostopowiczów - Hitchwiki - na której zaznaczone są na przykład punkty wylotówek z autostrad, czy wygodnych miejsc w danym rejonie, w których łatwiej złapać stopa.
Wenezuela, o której wspominasz, nie kojarzy się najlepiej. Dużo mówi się o łapówkach, korupcji, nawet i o tym, że mundurowym nie można do końca wierzyć.
I ja też się tego bałem! Ale pamiętajmy, że to też są ludzie - i tak się staram do tego podchodzić. To są ludzie, którzy mają serce, uczucia, też rodziny, którzy nie są z gruntu źli. W Ameryce Południowej istnieje też coś, co nazywam “dobrą korupcją” - nie wszystko jest czarno białe, nie zawsze przyjęcie pieniędzy wiąże się z czymś złym, czasem przyspiesza bardzo dobre decyzje które służą ludziom. Mówi się, że policja w Ameryce Poludniowej jest skorumpowana. Ale kiedy przyszedłem do posterunku policji na granicy peruwiańskio-boliwijskiej i zapytałem, czy mogę rozbić obok nich namiot, nie usłyszałem, że mam im zapłacić za ochronę. Usłyszałem “Chodź do nas, nie zmarzniesz, zjedz kawałek pizzy, umyj się”. Pogadaliśmy, pośmialiśmy się, pooglądaliśmy telewizję i tyle było z ich korupcji. Na drugi dzień ta chodząca korupcja łapała mi stopa.
 
Miałeś jakieś nieprzyjemne sytuacje, coś co cię zniechęciło, coś źle wspominasz?
Bałem się Wenezueli - nawet “jadę do Kolumbii” nie brzmi tak źle, jak “jadę do Wenezueli”. Wspominam pobyt tam bardzo dobrze, choć trafiłem nawet do aresztu, jednak żadna nieprzyjemna sytuacja nie skończyła się na tyle źle, żebym teraz źle wspominał ten kraj. Wspaniali ludzie, otwarci, bardzo pomocni, do każdego samochodu wsiadałem z ufnością, w każdym domu przyjmowany byłem z uśmiechem. Nie mogę powiedzieć, że to są najlepsi ludzie świata, bo nie znam całego świata, nie mogę też powiedzieć, że to są źli ludzie. Na pewno znajomość języka dużo daje i warto umieć się chociaż przedstawić.
 
Ale…?
Ale była taka sytuacja, która nie była straszna, czy niebezpieczna, a zostawiła mi jakąś taką zadrę, zasiała ziarno niepewności. Właśnie w Wenezueli złapałem stopa - jechałem na pace samochodu, dojechałem do miasta i kiedy już wysiadałem, starszy pan, kierowca,  zapytał mnie z pewną obawą, trochę z takim strachem o mnie “Ty masz w ogóle jakieś pieniądze, jakieś jedzenie?”. Kiedy powiedziałem mu, że mam trochę mango i trochę drobnych, zaczął mówić mi w zdenerwowaniu, że tak nie można, że Wenezuela to nie Europa, że tu jest niebezpiecznie. Zdenerwowałem się tymi słowami, bo usłyszałem w nich słowa mojej rodziny, mojej babci - ten sam ton, to samo zasianie niepewności, odebranie jakiejś wiary w powodzenie tego co robię. To były moje pierwsze dni w Wenezueli, padał deszcz, stałem pod jakimś dachem i dopadł mnie strach, że ja tu jestem sam, nie wiadomo gdzie, jak tu padnę, to mi nikt nie pomoże i co ja w ogóle robię? To był pierwszy moment takiej załamki, która szybko przeszła, ale pamiętam to do dziś.
 
Taki wewnętrzny strach może być czasem bardziej paraliżujący, niż strach przed jakąś sytuacją.
To mnie nigdy nie zniechęciło, ale był jeden moment, który mnie bardzo zasmucił. Znalazłem psa, którego bardzo polubiłem, nawet już zacząłem kombinować, jak przetransportować go do Polski. Dbałem o niego, nawiązało się między nami jakieś porozumienie, polubiłem go po prostu. Kiedy trafiłem do aresztu - pies został oczywiście poza, nie mogłem wejść do aresztu z psem. Kiedy po kilku dniach wyszedłem - psa już nie było. Zrobiło mi się bardzo smutno, bo już czułem jakąś przyjaźń do tego zwierzęcia, już był trochę mój… A tu albo ktoś go ukradł, albo po prostu zabił. To był jedyny raz, kiedy w oczach stanęły mi łzy.
 
Co więc wspominasz najlepiej z tej prawie półtorarocznej podróży po Ameryce Południowej?
Hm… chyba zaginione miasto w Kolumbii. To takie piękne miejsce, o którym mało kto w Europie wie. Idzie się dwa i pół dnia, najpierw przez las, potem przez las deszczowy, w dżunglę… i pojawia się zaginione miasto. Zapiera dech! To może nie jest Machu Picchu, ale robi ogromne wrażenie. To są sporej wielkości kamienne kręgi, na których kiedyś stały budynki i wyglądają w tej dżungli fenomenalnie. Nie spodziewałem się, że zrobi na mnie tak ogromne wrażenie. A skoro wspomniałem, to Machu Picchu też jest wspaniałe i udało mi się też przeżyć tam coś niesamowitego. Wychodziłem na wzgórze Machu Picchu wcześnie rano, jako jedna z pierwszych czterech osób, cały tłum turystów był daleko za mną, więc przez chwilę miałem to starożytne miejsce tylko dla siebie. Od kas biletowych wchodziliśmy na górę w totalnej mgle, nie wiedziałem w jakim punkcie wyjdziemy, więc kiedy wychynęliśmy z tej mgły, czułem się jakbym tam wszedł z jakąś ekspedycją odkrywców! Wspaniałe wrażenie. Muszę też wspomnieć o Pustyni Solnej, która wygląda jak Księżyc i Mars i na koniec - finały Mistrzostw Świata w piłce nożnej w Brazylii. Może nie na każdym robi to wrażenie, ale dla mnie to była niesamowita radość oglądać rozgrywki z tak bliska, być na stadionie kiedy 
Jamesa Rodriguez strzelił najpiękniejszą bramkę 2014 roku, którą widziałem na żywo z odległości kilkudziesięciu metrów. Nigdy nie zapomnę, jak tłum ubranych na żółto Kolumbijczyków wstawał i wiwatował. Zawsze, jak to wspominam to mam ciarki. Zdecydowanie - pozytywne wspomnienia przeważył nad negatywnymi
 
 
Czy w Polsce tęsknisz za czymś, czego doświadczałeś w podróży?
Nie, bo kiedy jestem tam, to jestem tam. Jestem tam Polakiem, a kiedy wracam, to wracam trochę odmieniony, ale żyję cały czas tu i teraz. Ja właściwie cały czas jestem w podróży, też dlatego że opowiadam o Ameryce, jeżdżę na prelekcje, spotykam się z ludźmi. Nie mam więc nawet czasu zatęsknić, bo cały czas jakoś mi ta podróż towarzyszy. No może jedyne za czym tęskniłem, to w zimie za słońcem. Kiedy dzień był krótki, chodziłem trochę otępiały. Nie mam takiego charakteru, żeby to, co mi się w Polsce nie podoba komentować porównując, że w Brazylii mają coś tam, a w Peru zrobili by to inaczej. To są inne kraje, przyroda jest na wyciągnięcie ręki, wspaniałe jest to, że wyjeżdżasz z miasta i zaraz jesteś na przykład na pustyni, ale nie potrafię za tym tęsknić. Nie tęsknię też za ludźmi, bo cały czas z kimś się poznaję i żegnam. Organizuję sobie życie bardzo dynamicznie. Niektórzy mają chandrę po powrocie z Erasmusa - ja po zakończeniu jednego semestru, zostałem na kolejny, później w wakacje podróżowałem, po nich wróciłem znowu na Erasmusa, potem pojechałem do Ameryki, wróciłem i żyję od prelekcji do prelekcji… Dużo się dzieje! Może, gdybym miał regularną pracę, rutyna sprawiłaby, że zatęskniłbym za życiem w podróży. Ale skoro cały czas w niej jestem - to kiedy tu tęsknić?
 
Czy umiesz tańczyć sambę?
[śmiech] Oj nie, kiedyś w Kolumbii tańczyłem salsę… ale bardzo krótko i niezdarnie.
 
Rozmawiała: Iśka Marchwica
 
Książka “Nie każdy Brazylijczyk tańczy sambę” ukazała się nakładem wydawnictwa Muza S.A. w czerwcu 2016.

Tekst powstał dla portalu Etnosystem.pl, zdjęcia przekazał dla portalu Etnosystem.pl Tony Kososki - kopiowanie bez zgody i wiedzy redakcji ZABRONIONE!