Wierzę w ludzkość

John Gimlette, fot. archiwum podróżnika

"Dzikie wybrzeże" to typ książki podróżniczej, z której wyłaniają się najstraszniejsze mary, przerażające historie, nieobliczalni ludzie. Jednak autor nagrodzonej powieści to uroczy człowiek o szczerym uśmiechu i zarażającej pogodzie ducha. John Gimlette, z zamiłowania podróżnik i pisarz, z zawodu prawnik rozmawiał z kanibalami, podróżował śladami weteranów wojennych, trafił do miejsca sekciarskiej kadzi. W podróży zamienia się z ułożonego Brytyjczyka w żądnego wiedzy i przygód fascynata.

 

Jadwiga Marchwica, Etnosystem.pl: W Polsce czekamy na premierę pańskiej ostatniej książki, „Dzikie Wybrzeże”, ale wiem, że do Krakowa przyjechał Pan teraz z innego powodu.

John Gimlette: Tak, daty się akurat zbiegły, ale do Polski wysłała mnie brytyjska gazeta, dla której piszę artykuły o Krakowie, Zakopanem i Oświęcimiu. Co ciekawe, tematem zakopiańskiego artykułu, będzie nauka dzieci jazdy na nartach!

Czy zwiedzanie obozu w Oświęcimiu zainteresuje angielskich czytelników?

Auschwitz to część naszej europejskiej historii, świadectwo czasów, kiedy Europa poszła w bardzo złym kierunku. To miejsce ma już status ikony, sam słyszałem o nim nie raz w dzieciństwie, powstało na ten temat wiele filmów, książek, więc to po prostu bardzo ważna część naszej kultury. Bardzo czekamy na ten wyjazd, ponieważ razem z Jane [żona Johna Gilette] poznaliśmy ludzi, którzy przeżyli Auschwitz.

Jeżeli interesuje pana ten odcinek w historii, powinien Pan jeszcze udać się do naszego krakowskiego muzeum – Fabryka Schindlera.

Byliśmy tam dziś rano! Uderzył mnie przepych informacji, sposób ich przedstawienia oraz bardzo ciekawe przybliżenie historii samego Krakowa z tego okresu.

To dla mnie bardzo budujące i pozytywne, że tak dobrze wypowiada się pan o Krakowie.

Kraków jest bardzo dobrze znany i doceniany w Anglii! Wszyscy wiedzą, że to piękne historyczne miasto, docenione przez UNESCO. Większość turystów wpada na trzy dni, robiąc sobie taki „długi weekend”. Będąc tu już drugi dzień, całkowicie ich rozumiem! Trochę dłużej będziemy w Zakopanem, ze względu na zebranie materiałów do artykułu i potrzebę poznania szkółek narciarskich, ale chciałbym tam zostać na tydzień, dwa żeby poobcować trochę z dziką naturą.

Jeżeli zostanie pan dostatecznie długo na stoku, możliwe że trafi pan na jakiegoś głodnego niedźwiedzia (śmiech)!

Naprawdę?! Podchodzą tak blisko?

Mamy w tym roku długą zimę i niektóre zwierzęta już się wybudzają i szukają jedzenia. Często w turystycznych plecakach.

To może w celu obcowania z naturą do Zakopanego wrócę w lecie… (śmiech). A skoro ja wrócę do was to może ty pojedziesz do jednego z „moich” miejsc?

Chętnie! Moim marzeniem jest pojechać do Peru.

To jest fantastyczny kraj. Byłem spędziłem tam wakacje między szkołą średnią i studiami w 1982 roku. Po wojnie o Falklandy, lepiej było nie przyznawać się do brytyjskiego pochodzenia. Dlatego też starałem się ukrywać mój akcent i udawać, że pochodzę z jakiegoś dziwnego kraju, którego języka Peruwiańczycy na pewno nie znają. Dobrym kamuflażem była Islandia. Rozmówca kiwał głową, wspominał coś o śniegu i szybko zmieniał temat (śmiech).

Na stwierdzenie „jestem z Polski”, nie raz usłyszałam pytanie: „A wy tam macie jeszcze komunizm?”.

(śmiech) W Wielkiej Brytanii nikt takiego pytania nie zada – mieszka u nas ponad 450 tysięcy Polaków, więc polski jest u nas właściwie drugim językiem! Kiedyś myślałem, że to będzie hindi, albo któryś z języków arabskich, ale to polski zdominował nasze ulice.

To niesamowite, jak ogromna jest Polonia na Wyspach…

To też bardzo stara społeczność, ugruntowana w historii i kulturze. Tysiące Polaków uciekało z Eurpy na tereny brytyjskie po II Wojnie Światowej. Chodząc po samym Londynie znajdziesz wiele bardzo starych polskich placówek – klubów, sklepów, centrów kultury. Nawet naprzeciwko mojego domu jest taki polski klub, który istnieje tam od 40-50 lat. Nie powinniście martwić się tą „nagonką” na polską społeczność w Anglii – polonie istnieją na całym świecie, a to wynika z wydarzeń historycznych. Tak potoczyły się losy waszego kraju. Na wspaniałą polonię natknąłem się nawet w Gujanie – grupa Polaków osiedliła się tam właśnie po II Wojnie. Największy sklep jubilerski w Georgetown, stolicy Gujany, założyła i od lat prowadzi właśnie Polska rodzina. Wszyscy ich znają w Gujanie i szanują.

John Gimlette, fot. archiwum podróżnika

Zanim przejdziemy do podróży, porozmawiajmy o panu – niewiele w pańskim biogramie można znaleźć informacji o pańskim codziennym zawodzie A jest Pan baristą…

Jestem „barrister”! Czyli prawnikiem. Te słowa faktycznie mają podobne brzmienie i błąd jest częsty, ale niestety nie mam nic wspólnego z kawą (śmiech). Zajmuję się medycyną sądową. Jeżeli widziałaś kiedyś na jakimś filmie brytyjskim scenę w sądzie, z prawnikami i adwokatami ubranymi w ciemne togi i lokowane peruki – to wiesz, czym się zajmuję! Właśnie taki strój zakładam w normalnym dniu pracy, w sądzie.

Pisarz podróżniczy i prawnik - to się nie wyklucza?

Wprost przeciwnie – to pomaga. Podobnie, jak w przypadku przygotowania Siudo sprawy w sądzie, praca nad książką podróżniczą wymaga długich przygotowań, zgromadzenia ogromnych ilości materiału, z których musisz wydobyć esencję, aby stworzyć małą wale wartościową książkę.

Nie jest trudno połączyć podróżowanie i praktykowanie prawa?

Ja wybrałem drogę samozatrudnienia. Wyjeżdżam na trzy miesiące do Ameryki Południowej, wracam i ciągle mam pracę! To bardzo dobry sposób i nigdy się nie nudzę. Poza tym – pisząc artykuły podróżnicze do gazet mogę podróżować z moją rodziną. To logiczne – nikogo nie interesują przeżycia jakiegoś starego zdziwaczałego podróżnika (śmiech). Opisy wyjazdów rodzinnych są cenne dla czytelników, moje doświadczenia pomogą im zorganizować urlop i odkryć ciekawe miejsca.

A jakby się pan sam określił? Podróżnik, pisarz, prawnik, dziennikarz?

To zależy. Kiedy jestem w towarzystwie prawników, jestem prawnikiem. Ich nie obchodzi, co napisałem i gdzie byłem. Interesuje ich, czy jestem kompetentnym prawnikiem. Ale kiedy jestem z moimi znajomymi pisarzami – jestem pisarzem. Przyznaję, że jest w tym pewna schizofrenia…

Pisarstwo podróżnicze przyszło do pana później.

Pierwszą książkę – „At The Tomb Of The Inflatable Pig: Travels through Paraguay” – zacząłem pisać w wieku 35 lat, ale przygotowywałem się do tego znacznie wcześniej. Całe życie czytałem pamiętniki i podróżowałem. Wcześniej nie zabierałem się za pisanie, ponieważ w moim przekonaniu to nie był prawdziwy zawód. Tak mnie wychowano – miałem zostać prawnikiem, lekarzem albo księgowym. Poszedłem więc na prawo i zostałem prawnikiem. W 1997 roku znalazłem informację o konkursie dla pisarzy podróżniczych, a że nie miałem nic do stracenia – wziąłem w nim udział. Napisałem książkę i wygrałem! Wtedy pierwszy raz w życiu pomyślałem, że może powinienem to robić? Może późno, ale znalazłem coś, co nadało mojemu życiu głębszy sens!

Po opisach podróży po Paragwaju, zdecydował się pan na swego rodzaju podróżniczy „wehikuł czasu”. Ideą „Theater of Fish” była podróż śladami pańskiego pradziadka do Labradoru i Nowej Funlandii.

To było niesamowite przeżycie, taka kontynuacja rodzinnej tradycji. Gimlette’owie ze strony mojego ojca, byli lekarzami, specjalizującymi się w chorobach tropikalnych. Całe lata spędzali w Indiach i Mali – napisali o nich książki, które wciąż są wznawiane i nawet po tych 120 latach można je w Indiach kupić! Z kolei rodzina mojej matki, byłą rodziną misjonarską. Jeździli do Chin i Kanady, jako lekarze i spisywali swoje wspomnienia w licznych pamiętnikach.

Podjęcie podróży śladami mojego pradziadka było fantastyczną przygodą. Miałem przy sobie jego zapiski i fenomenalne zdjęcia. Dzięki nim mogłem stwierdzić, jak mało Labrador i Nowa Funlandia się zmieniły! Pradziadek poprowadził mnie przez te kraje, pokazując, co ciekawsze budynki i miejsca. Spotkałem nawet ludzi, którzy są potomkami osób, które poznały i przyjaźniły się z moim pradziadkiem.

Mój pradziadek przewidział też, że coś się w tym świecie „popsuje”. To, co faktycznie się popsuło i wymknęło spod kontroli, to alkohol. On widział początki problemu i zwrócił na to uwagę. Ja podczas moich podróży widziałem już skutki –tubylców, którzy nie potrafią funkcjonować bez alkoholu. Widzę, że alkohol zniszczył ich społeczeństwo, tradycje i pierwotną niewinność.

Nie chciałby pan uratować tych ludzi?

Nie, ponieważ to nie ja powinienem się tym zajmować. Moim zadaniem jest informowanie, przedstawienie światu sytuacji. Od ratowania są bardziej odpowiednie osoby – lekarze, specjalne służby. Czasami pomagam nawet nieświadomie. W Anglii wiele osób po przeczytaniu mojej ksiązki o Paragwaju, postanowiło wysłać paczki z medykamentami do pielęgniarki, u której się zatrzymałem.

Czy uważa pan, że rozwój turystyki i częste wizyty „białych podróżników” niszczą tego typu pierwotne społeczeństwa?

Absolutnie! Przecież to nie oni wyrządzają najwięcej krzywdy rdzennym mieszkańcom. Ich świat niszczą firmy zajmujące się przetwórstwem ropy, handlarze bronią, oszuści, którzy zanieczyszczają rzeki swoimi śmieciami i toksycznymi odpadami. Turyści to tylko efekt… ewolucji. Nie zatrzymasz świata – nie powstrzymasz człowieka przed rozwojem.

Z pańskich książek wyłania się troska i zainteresowanie człowiekiem. Większe, niż samym miejscem, w którym mieszka.

Ludzkie historie mnie fascynują. Ludzie, którzy wychowali się w stworzonym przez siebie społeczeństwie, mnie fascynują. To, jak funkcjonują we współczesnym świecie, ich wzajemne relacje, ich obrzędy religijne i to, w co wierzą mnie fascynuje. Sam nie jestem religijny, ale kiedy trafiam do społeczności, która swój rytm dnia uzależnia od czegoś pozaziemskiego, w co wierzy, chcę w tym uczestniczyć. Interesują mnie też konflikty – jak powstały i jak ludzie sobie z nimi poradzili. To potwierdza moją teorię, że ludzie to gatunek, który potrafi się do wszystkiego dostosować. Wierzę w ludzkość i jestem przepełniony nadzieją na lepsze jutro.

To bardzo pocieszające, zważywszy ostatnie doniesienia o topieniu się Arktyki i znikaniu cennych elementów przyrody na całej ziemi.

Jedna z moich książek – „Panther Soup” – to podróż przez Europę z weteranami wojennymi. Podróżując z ludźmi, którzy pamiętają ten koszmarny okres w naszej historii uświadomiłem sobie, że… udało się. Udało się wszystko naprawić. Po 1945 roku mówiono „Europa nigdy nie podniesie się z tych zgliszczy”, a już w 1952 roku Niemcy zaczęli produkować najlepsze samochody. Spójrz na Warszawę! Jestem przekonany, że z każdej opresji wyjdziemy cało. Jeżeli teraz coś się psuje, znajdą się ludzie, którzy to naprawią.

Na nasze spotkanie przyniósł pan dziwne przedmioty.

Tak, chciałbym ci pokazać dwa skarby, które przywiozłem specjalnie w odniesieniu do książki „Dzikie Wybrzeże”. [John rozwija brudny materiał, w którego wypada szyja od zielonej szklanej butelki]. Ułamana butelka… Pewnie myślisz, że jestem dziwakiem, ale to bardzo szczególny fragment butelki.

fragment butelki przyniesionej na wywiad przez Johna GImlette

W 1763 roku w Gujanie miało miejsce ogromne krwawe powstanie. Dwa tysiące niewolników ruszyło na pięćdziesięciu Holendrów – kolonizatorów, którzy schowali się w jednym ze swoich domów. Przerażeni wizją okrutnej śmierci z rąk tubylców, chwycili za zgromadzone butelki po winie i ginie, potłukli je i wyrzucili przez okna, tworząc szklana zaporę. Gujańscy Indianie, chodzący boso, nie mogli przejść przez potłuczone szkło – to uratowało Holendrów. Kilkaset lat później pojechałem do Gujany, odnalazłem ruiny tego budynku i przeszukałem teren wokół niego, zaglądając pod każdy liść. Znalazłem fragmenty starego szkła, jeden zabrałem ze sobą, aby ożywić tę starą historię. Na tym polega moja praca – to odnajdywanie i przywracanie do życia historii sprzed lat.

Druga rzecz, którą chciałem ci pokazać, to ten materiał. To jest element ubioru mieszkańców wewnętrznego Surinamu, Maronów. To plemię, to potomkowie zbiegłych niewolników, którzy żyją w dżungli. Jest ich około 50 tysięcy i są prawdziwymi Afrykanami – wciąż wykonują afrykańską muzykę i produkują afrykańską sztukę. Chusta, którą ci przywiozłem, służy do osłony najważniejszych części ciała. Maroni przepasują ją przez klatkę piersiową, tworząc rodzaj togi. Ten materiał przypomina mi o tym niesamowitym, ukrytym życiu, które toczy się w dżungli Surinamu, gdzie słychać afrykańskie bębny i śpiewy.

John prezentuje materiał z Gujany podczas wywiadu

To faktycznie niezwykłe skarby. Masz w domu coś jeszcze równie cennego?

Moje pamiątki z podróży, dla przeciętnego człowieka są śmieciami (śmiech). Z Paragwaju przywiozłem na przykład strzałę, którą dostałem od tamtejszego plemienia kanibalskiego. Ludzie ci. dawniej wierzyli, że osoba która umrze, może przenieść się do „drugiego świata” tylko, kiedy jej ciało zostanie zjedzone. Zmarły nie mógł jednak przeprawiać się w zaświaty samotnie, dlatego zawsze zabijano drugą osobę, często młodą dziewczynę, która miała pomóc nieboszczykowi w „ostatniej drodze”. Po rytualnym morderstwie, ich ciała zjadano. Plemię to żyje dziś w trudno dostępnej części Paragwaju. Kiedy jechałem do nich, zapytałem przewodnika, czy dalej praktykują ten zwyczaj. „Nie” – odpowiedział – „Ale od dwudziestu lat ciągle o tym myślą”. Strzała, którą mi podarowali, służyła do zabijania małp.

To dość przerażająca historia, ale takich jest chyba więcej w pańskiej ostatniej książce. Czy ma pan szczególnie trudne straszne wspomnienie z wyprawy przygotowującej do napisania „Dzikiego wybrzeża”?

Jest taki rozdział w książce, który opisuje moment mojej podróży może nie straszny, ale niewiarygodnie traumatyczny. Pojechałem do Jonestown, miasta założonego przez Jimiego Jonesa, przywódcy sekty, który doprowadził w swojej sterroryzowanej osadzie do zbiorowego samobójstwa. 18 listopada 1978 roku, zginęło tu w jednym momencie prawie tysiąc osób. Ludzie, których próbowałem pytać o te wydarzenia, wpadali w panikę, niektórzy na sam widok białego człowieka uciekali, bo ostatni biały sprowadził na te ziemie terror, śmierć i okrucieństwo.

„Dzikie wybrzeże” opowiada więc nie tylko o dzikości natury, ale też ludzi mieszkających w Gujanie.

Poniekąd, ale z książki wyziera obraz tajemniczej dzikości samej Gujany. Kraj jest pocięty ponad setką rzek, 90 procent jego powierzchni to lasy, w których właściwie cały czas jest ciemno. Ludzie żyjący tu, osiedlają się na wybrzeżu, nie mając odwagi zagłębić się we własny kraj.

Brzmi, jak scenariusz książki sciencefiction.

Nasz świat jest lepszy od sciencefiction. Nawet, jeżeli nie planujesz tam pojechać, samo czytanie o tego typu miejscach daje ci pewne wyobrażenie i otwiera nieograniczone możliwości wyobraźni. Na każdej stronie Dzikiego Wybrzeża” znajdziesz coś, co każe ci zatrzymać się i zastanowić „To niesamowite, czy to ten sam świat, w którym żyję?”. A co najlepsze – to wszystko prawda. To jest nasz świat.

Rozmawiała Jadwiga Marchwica, 25 marca 2013 r., Kraków
Specjalne podziękowania dla Wydawnictwa Czarne za pomoc w organizacji wywiadu w Krakowie

John Gimlette, fot. archiwum podróżnika
skarby podróżnicze i John - fot. Jadwiga Marchwica

Szanowna Użytkowniczko, Szanowny Użytkowniku, zanim klikniesz „Przejdź do serwisu” lub zamkniesz to okno, prosimy o przeczytanie tej informacji. Prosimy w niej o Twoją dobrowolną zgodę na przetwarzanie Twoich danych osobowych przez naszych partnerów biznesowych oraz przekazujemy informacje o tzw. cookies i o przetwarzaniu przez nas Twoich danych osobowych. Klikając „Przejdź do serwisu” lub zamykając okno, zgadzasz się na poniższe. Możesz też odmówić zgody lub ograniczyć jej zakres. Zgoda Jeśli chcesz zgodzić się na przetwarzanie przez Etnosystem.pl Twoich danych osobowych, które udostępniasz w historii przeglądania stron i aplikacji internetowych oraz danych lokalizacyjnych generowanych przez Twoje urządzenie, w celach marketingowych (obejmujących zautomatyzowaną analizę Twojej aktywności na stronach internetowych i w aplikacjach w celu ustalenia Twoich potencjalnych zainteresowań dla dostosowania reklamy i oferty) w tym na umieszczanie znaczników internetowych (cookies itp.) na Twoich urządzeniach i odczytywanie takich znaczników, kliknij przycisk „Przejdź do serwisu” lub zamknij to okno. Jeśli nie chcesz wyrazić zgody kliknij „Zamknij”. Wyrażenie zgody jest dobrowolne. Powyższa zgoda dotyczy przetwarzania Twoich danych osobowych do śledzenia statystyk Google Analytics czy wyświetlania Ci dedykowanych reklam.
Więcej informacji Przejdź do serwisu Zamknij