|
Rozmowa z DVA

DVA to czeski duet, który swoją twórczość określa, jako „folklor nieistniejącego narodu”. Bára i Jan Kratochvíl tworzą we własnej kuchni, a język jakim się posługują jest międzynarodowym zlepkiem. Tuż przed koncertem w Katowicach spróbowaliśmy dowiedzieć się czegoś więcej na temat specyficznych Czechów. Jadwiga Marchwica: Jak jest historia waszego duetu? Czy zawsze wiązaliście przyszłość z muzyką? DVA: Trzy lata temu byliśmy związani z kilkoma grupami muzycznymi oraz niezależną grupą teatralną, do której należy osoby z innego środowiska. Ale niestety wiele z tych osób przeprowadziło się do innych miast, wiec zgranie się w czasie (na próby, koncerty) stawało się coraz trudniejsze. Więc uznaliśmy, że najprościej będzie tworzyć muzykę tylko w dwie osoby. Kupiliśmy looper i zaczęliśmy robić muzykę we dwójkę. A zatem, jak myślcie, co było najważniejszym krokiem w karierze duetu DVA? Chyba właśnie zakup loopera. I podjęcie decyzji, że będziemy coś tworzyć tylko we dwójkę. Istotna była także nasza podróż poślubna – małą, rozklekotaną Skodą 120 zwiedziliśmy Litwę i Łotwę. No i założenie profilu na Myspace Myspace faktycznie zbliża artystów do odbiorców. Ale tutaj znajdują się "zaszufladkowane". Z waszego profilu dowiadujemy się, iż wykonujecie "muzykę eksperymentalną / electro / muzykę akustyczną". Co gracie tak naprawdę? To proste – gramy to, co lubimy. Czy nagranie albumu o dystrybucji międzynarodowej ["Fonók" ukazało się 30 września 2008, nakładem Indies Scope – przyp. red.] było od początku waszym celem? W ciągu pierwszego roku istnienia DVA nagraliśmy w sumie trzy albumy dla naszego domowego Label Home Table: "Kapitan Demo", "Live soundtrack Cabinet dr. Caligari" i "Ringing to mobile phones". Ten ostatni jest obecnie dostępny w sieci, poprzez label Surreal Madrid. Ngrywanie kolejnych albumów nie ma chyba specjalnego, z góry wyznaczonego celu. Tworzenie muzyki w duecie nie było od początku waszym zajęciem, najpierw udzielaliście się w kręgach teatralnych i filmowych. Jak byście określili waszą współpracę z teatrem DNO? Cała nasza "artystyczna praca" rozpoczęła się właśnie w teatrze DNO. Jest to niezależny, "koczowniczy" teatr kukiełkowy, który działa w naszym mieście. Koncerty i przedstawienia zaczęliśmy organizować w 2001 roku. Ale już w 2005 niektórzy członkowie skończyli studia i rozpoczęli "dorosłe" życie i pracę w innych miastach i branżach. Teraz tworzymy… przez skype’a :-) Czy praca przy DNO dała zatem jakieś rezultaty w waszej późniejszej twórczości muzycznej? Tak, graliśmy przecież muzykę do przedstawień teatralnych, z czego część była czystą improwizacją. To bardzo kształtuje brzmienie i podejście do muzyki. Najpierw był teatr, potem zaistnieliście także w kinematografii. Jak zaczęła się wasza przygoda z tworzeniem muzyki do filmów niemych? Latem 2006 roku, na jednym z festiwali teatralnych, na którym trzymaliśmy pieczę nad programem, teatr DNO posiadał własne stanowisko. Któregoś dnia jedna z grup teatralnych oznajmiła, że nie są w stanie wystąpić z powodu choroby. Taka wyrwa w programie stanowiła dla nas nie lada problem. Zastanawialiśmy się co zrobić, aż ktoś stwierdził, że mamy do wykorzystania rzutnik i jakiś komputer. Tak powstał pomysł zagrania do filmu niemego. Znaleźliśmy jedyny wolny film niemy w internecie – jego tytuł brzmiał "Cabinet of dr. Caligari". Żadne z nas nigdy wcześniej go nie widziało. W nocy (oczywiście była pełnia księżyca) odbył się nasz pierwszy, całkowicie improwizowany koncert do filmu niemego. Teraz już raczej nie improwizujemy. Tworzymy oprawę muzyczną do "Dr. Caligari" i innych filmów krótkometrażowych Georgesa Méliésa. Tworzenie tego typu soundtracków to nasz absolutny konik, ale lubimy tworzyć także "muzykę dla samej muzyki". Teraz waszym głównym polem artystycznym jest projekt DVA. A dla was osobiście? Czy stanowi on istotną częścią waszego życia? Oczywiście! 1/3 doby to sen, 1/3 – DVA, a pozostała 1/3 – inne, "nie artystyczne" zajęcia [śmiech]. W opisach waszej działalności istotne miejsce zajmuje "folklor nieistniejącego Narodu". To dość nietypowe określenie brzmienia zespołu! Jak wyobrażacie sobie ten Naród? Ludzie ci mówią czterema językami: uniwersalnym językiem północnym, ugrofińskim, uniwersalnym bałtyckim oraz romantycznym językiem romańskim. Natomiast narodową używką jest kofeina. To niektóre z danych o tym Narodzie… Nie pracujemy natomiast nad jakiś specyficznym „brzmieniem folkloru”. A czy w związku z tym staracie się czerpać inspirację, wzorce z jakiegoś konkretnego folkoru muzycznego? To oczywiste, że nie interesujemy się jedynie tradycyjnym folkorem "Narodów Nieistniejących". Facet z Cassio na weselu, dziesięcioletni hip-hopowiec robiący beatbox na urodziny swojej mamy, grupa black metalowa w wiejskim pubie – to wszystko jest dla nas rodzajem współczesnego folkoru. I takie rzeczy najbardziej nas interesują. Natomiast jeżeli chodzi o nasze rodzinne strony, to lubimy muzykę folkową z Moraw – tam gdzie Czechy stykają się ze Słowacją. Wasz duet formalnie działa dopiero od dwóch lat, a już sporo zrobiliście. Jakie są plany na najbliższe miesiące? W tym roku chcemy wydać sumptem naszego Label Home Table album CDR, który zawierać będzie nasze soundtracki (do filmów niemych, przedstawień teatralnych i gier komputerowych). Planujemy wydać także krążek z muzyką "użyteczną": "Music for travel to work by bike". W tym momencie pracujemy także nad oprawą muzyczną dla jednego teatru kukiełkowego w Trondeheim. W takim razie trzymam kciuki i życzę powodzenia! Mam nadzieję, że i sobotni koncert w Katowicach będzie udany. Polska nie jest nam obca – żyjemy 40 km od granicy, nasze pierwsze kasety "oryginalnych wczesnych lat 90" pochodzą z Placu Targowego w Kłodzku! W kwietniu 2006 pojechaliśmy na mini-trasę z czeską grupą elektro Midilidi. Zagraliśmy wtedy w Przemyślu, Poznaniu i Warszawie. I te koncerty wspominamy bardzo dobrze! 22 lutego 2009 rozmawiała: Jadwiga Marchwica 
|