#HALO507 – PANAMA CZĘŚĆ 8: Z WIDOKIEM NA DWA OCEANY (BOQUETE)

Gdybym miał wskazać ulubiony fragment mojej podróży po Panamie, to mój kilkudniowy epizod w Boquete mógłby śmiało pretendować do tego miana. I to z wielu względów. Po pierwsze: dopiero tutaj dałem się wyszaleć mojej pasji do wędrówek górskich, po drugie: spotkałem tu fantastycznych ludzi, po trzecie: funkcjonowałem tu w oderwaniu od absolutnie wszystkiego. Podczas gdy cały kraj dał się ponieść karnawałowemu szaleństwu, ja kursowałem między szlakami górskimi, urokliwymi punktami widokowymi i hamakiem w moim hoteliku. Trudno nie ulec magii tego miejsca, jeśli na wejście wita Cię przepiękną tęczą rozpiętą w całej okazałości nad tym zakątkiem panamskiego interioru.

PRAKTYCZNIE

Jak więc dostać się do tego urokliwego miasteczka? Tak naprawdę wszystko sprowadza się do kupienia biletu do David – jednego z największych panamskich miast, które znajduje się godzinę drogi od Boquete. Dostaniecie się tutaj zarówno autobusem jak (niezależnie od tego, gdzie akurat się znajdujecie) i samolotem (z Panama City). Z kolei między David a Boquete kursują regularne busy w ciągu całego dnia. Aby zaoszczędzić sobie nieco zachodu (niestety nie funduszy) możecie się zdecydować na jednego z kilku prywatnych przewoźników. Bez zbędnych przesiadek dostaniecie się tu zarówno z Santa Catalina jak i Bocas del Toro.


Las 3 cascadas

Obejdzie się bez zaskoczeń w kwestiach pogodowych. Boquete ma do zaoferowania przyjemną wiosenną aurę w ciągu całego roku. Oczywiście pora deszczowa nie omija także tego miejsca, a więc na mniej opadów możemy liczyć między grudniem a marcem. Na połowę stycznia przypada festiwal kwiatów, który nadaje miejscu dodatkowego uroku. Warto więc mieć to na uwadze, planując swój pobyt. Jak na miejscowość górską przystało, Boquete będzie bardziej kapryśne niż chociażby wybrzeże Pacyfiku. W przypadku wyprawy na górujący nad okolicą wulkan należy się nastawić na temperatury w okolicach zera.

Skoro już o samym trekkingu mowa, to warto też wspomnieć o wyposażeniu, jakie należy mieć na uwadze. Tutejsze szlaki nie będę wymagały od nas posiadania sprzętu do wspinaczki, podstawą (jak przy każdej wędrówce w góry) będą więc dobre buty i kurtka nieprzemakalna. Wejście na najważniejsze szlaki górskie (wulkan Barú od obu podejść i Los Quetzales) jest zalecane z przewodnikiem. Jeśli skorzystamy z tej opcji, biuro organizujące naszą wyprawę powinno dysponować rękawiczkami, czapkami czy latarkami do naszej dyspozycji, ale warto o to zapytać, jeśli ich nie posiadamy.




Widok z Piedra del Musgo

Na wulkan Barú, najwyższy szczyt kraju i największą atrakcję regionu, możemy dostać się od dwóch stron i na różne sposoby. Najpopularniejsze podejście znajduje się od strony miasteczka, drugie to Cerro Punta stanowiące większe wyzwanie techniczne i kondycyjne. Możemy tu zarówno wejść o własnych siłach jak i wjechać autem terenowym. Większość osób decyduje się na podejście nocą (zaczynając w okolicach północy od wejścia do parku narodowego), aby podziwiać ze szczytu wschód słońca. Pamiętajcie, że nie ma tu schroniska a jedynie stacja dla policjantów strzegących umieszczonych na samej górze nadajników. Nie możecie raczej liczyć na ciepły posiłek i napój czy też uzupełnienie zapasów po kilkugodzinnej wędrówce.

W przypadku Boquete nie ma sensu planowanie swoich aktywności z dużym wyprzedzeniem. Najlepszym rozwiązaniem jest zrobienie obchodu po tutejszych agencjach turystycznych i zapytanie o dostępność przewodników i aktualną ofertę. Grupy na wycieczki tworzą się tak naprawdę z dnia na dzień. Dobrym wyjściem jest też podpytanie o kontakty w miejscu, gdzie nocujecie. Jest w czym wybierać: rafting, jazda konna czy ściany wspinaczkowe to tylko niektóre z możliwości spędzenia tutaj wolnego czasu.


Widok z wulkanu Barú

Baza noclegowa Boquete oferuje różne opcje, choć najwięcej jest hosteli skierowanych dla górskich piechurów. W zasadzie moja jedyna rekomendacja to znaleźć coś w sercu miasteczka. Na obrzeżach Boquete znajduje się kilka atrakcyjnych obiektów. Ja sam skorzystałem z takiej opcji, jednak za cenę przyjemnych warunków i błogiego spokoju musiałem jednak zapłacić dojazdami taksówkami lub lokalnym transportem.

W Boquete zjecie dużo lepiej niż w innych miejscach turystycznych w Panamie. Wiąże się to ze skromną, ale obecną tu już jakiś czas, społecznością expatów z Ameryki Północnej. Nie brakuje więc knajpek z dobrymi burgerami i stekami, ale również pizzerii. Obowiązkowo trzeba spróbować tutejszych truskawek, którymi Boquete słynie. Znajduje się tu kilka kawiarenek, gdzie możemy się pokusić o desery na bazie właśnie tych owoców. Osobnym tematem jest kawa. Jej wielbiciele powinni sięgnąć po tutejszą Geishę, która zdobywa wyróżnienia na całym świecie. Istnieją też osobne wycieczki po ‘kawowym szlaku’, nie brakuje tu bowiem plantacji, które chętnie zaprezentują swoje produkty.

PODRÓŻNICZO

Sprowadzanie atrakcyjności tego miejsca do wejścia na okoliczny wulkan Barú byłoby ogromną niesprawiedliwością, ale bez wątpienia jest to największy magnes przyciągający turystów z różnych zakątków świata. Najwyższy szczyt Panamy o wysokości niemal 3,5 tys. metrów stanowi punkt wypraw dziesiątek podróżników każdego dnia. Jest reklamowany jako jedyne miejsce, z którego w tym samym czasie można zobaczyć Ocean Atlantycki i Pacyfik, choć słyszałem o jeszcze innych miejscach w Ameryce Centralnej, o których mówi się dokładnie to samo. Jedno jest jednak pewne: widok absolutnie zapiera dech w piersiach.

Podejście nie będzie stanowiło wielkiego wyzwania technicznego. Najpopularniejsza trasa na wulkan jest poprowadzona tak, że nie sposób gdzieś zabłądzić. Warto mieć jednak na uwadze inne względy, a mianowicie samą wysokość. Trzeba być w ogólnie dobrej kondycji, aby pokonać barierę 3000 metrów i to nie podlega żadnej dyskusji. Przy obu moich podejściach choroba wysokościowa nie dała się we znaki, ale pamiętajmy, że większość z nas przyjeżdża tu z samego poziomu morza i nawet jeśli uprawiamy sport, to taki skok wysokościowy może stanowić wyzwanie dla naszego organizmu.

Okolice Boquete to nie tylko bogactwo krajobrazów, ale też ostoja dla kilku występujących tylko w tej części świata gatunków, wśród nich dostojnych quetzali. Trasa trekkingowa o tej właśnie nazwie (Los Quetzales) jest pozycją obowiązkową dla wszystkich lubujących się w obserwowaniu ptaków. Znajduje się w dość sporej odległości od miasteczka, ale nie odstrasza to zbyt wielu osób.

Dobrą trasą na rozgrzewkę będzie natomiast trasa 3 Cascadas. Ciągnie się ona wzdłuż trzech urokliwych wodospadów i pozwoli nam z jednej strony wprawić się przed bardziej wymagającymi wędrówkami, z drugiej: dzięki niej nacieszymy oko bujną zielenią i malowniczymi wodogrzmotami. 

Moim absolutnym faworytem w kategorii punkt widokowy jest natomiast mało znany szczyt Piedra del Musgo. Tutaj jak na tacy możemy podziwiać pasmo górskie Cordiliera de Talamanca, którego część stanowi wulkan Barú, a także samą dolinę, w której znajduje się Boquete. Do tego miejsca traficie tylko z przewodnikiem, brakuje bowiem szlaku turystycznego, a trasa nie jest znana większości biur turystycznych.

Tak jak wspomniałem, Boquete pomoże nam zafundować zarówno mały zastrzyk adrenaliny w postaci sportów typowych dla górskich okolic, jak również odprężyć się w spokojniejszych okolicznościach.  Poczynając od wycieczek po plantacjach kawy, klasycznych objazdówkach po okolicy, a kończąc na kąpielach w ciepłych źródłach (Caldera Hot Springs). Dla mnie jednak o wartości tego miejsca stanowiło jednak to, co znajdowało się dużo wyżej niż urocza dolinka w górach.

PRYWATNIE

Teoretycznie mój pobyt w Boquete mógł do złudzenia przypominać wizytę w Valle de Anton. Oba miejsca są niezwykle urokliwe, spokojne, a o ich atrakcyjności świadczy górskie położenie. Jednak Boquete wygrywa w moim prywatnym podsumowaniu z dwóch względów: po pierwsze było to jednak większe wyzwanie: tu wszystko jest większe, wyższe i bardziej spektakularne; po drugie: brakujący komponent ludzki tutaj został mi zrekompensowany z nawiązką. Zarówno turyści jak i miejscowi podbili moje serce. Dobrze było już na samym wjeździe. A potem? Potem było już tylko lepiej.

Jak już wspomniałem, mieszkałem na obrzeżach Boquete, powyżej samej doliny. Zadecydował o tym tylko fakt, że wszystkie hostele w centrum miały już pełne obłożenie ze względu na szczyt sezonu i przypadający na ten czas karnawał. Pomijając fakt, że sporo czasu zajmowało mi dotarcie do centrum miejscowości, trafiłem do idealnego na ten czas przybytku. Z jednej strony ogródek z hamakami, z drugiej przepiękny widok na roztaczające się pasmo górskie i ten błogi spokój, z dala od wszystkiego.


Pierwszy dzień poświęciłem na trasę na rozgrzewkę, którą poleciła mi przemiła Hiszpanka z recepcji. Zresztą usłyszenie hiszpańskiego akcentu po tak długiej styczności ze wszystkimi jego latynoskimi wariantami samo w sobie było przyjemną ciekawostką kulturową. Trasa była absolutnie nieangażująca i po raz kolejny okazało się, że nie ma co za bardzo ufać znakom informującym o czasie przejścia – trwało to o wiele krócej. 

Z tego też powodu resztę dnia poświęciłem na zostawianie swoich namiarów w biurach podróży organizujących wycieczki w góry. Wszak wdrapanie się na dach Panamy było moim priorytetem i nie było sensu tego odwlekać. Jeszcze tego samego popołudnia dostałem dwa telefony z informacją, że dziś w nocy mogę dołączyć do innych osób wchodzących na Barú. Nie byłem do końca przekonany, czy powinienem to sobie fundować już na start, ale ostatecznie się zgodziłem. Biuro, na które się zdecydowałem, miało sporą przewagę nad wieloma innymi. Zostałem odebrany z mojego hostelu i podwieziony daleko za wejście do parku, dzięki czemu zaoszczędzono nam najnudniejszej części podejścia. Co więcej, po dotarciu na szczyt z naszym przewodnikiem mogliśmy czekać na wschód słońca w pomieszczeniu dla policjantów stacjonujących u góry. Jest to o tyle komfortowe, że w razie wcześniejszego dostania się na sam szczyt, mogliśmy się ogrzać i napić czegoś ciepłego zamiast marznąć na zewnątrz. Podkreślam, że większość wycieczek nie oferuje takiej możliwości. 

Skoro już o towarzyszach mojego podejścia mowa, to czas wspomnieć o samym przewodniku. Był nim 19-letni Kolumbijczyk, który w dzieciństwie przeniósł się z rodziną do Panamy i tu osiadł. Przegadaliśmy całe nasze wejście i, prawdę powiedziawszy, nie do końca zarejestrowałem, kiedy znaleźliśmy się na samym szczycie. Tam jednak nie czekało na nas nic dobrego – na wulkan naszła ogromna chmura, odbierając całą przyjemność z rozciągającego się widoku, byliśmy po prostu w jednej wielkiej mgle. Jedyne, co nam pozostało, to satysfakcja z samego wejścia. Uzgodniliśmy z moim nowym kompanem, że w razie jego dostępności, zafundujemy sobie na osłodę jakąś krótszą trasę. I był to prawdziwy strzał w dziesiątkę.

Na następny dzień mój przewodnik podjechał swoim skuterem, żeby zabrać mnie na przejażdżkę po okolicy przez okoliczne punkty widokowe i plantacje kawy aby dotrzeć do wejścia na mało uczęszczany szlak na Piedra del Musgo. Nie ma absolutnie opcji trafić tam w pojedynkę, szlak jest nieoznaczony, sama trasa jest doglądana tylko przez kilku tutejszych przewodników, aby mogła być w ogóle do przejścia. Nagrodą za godzinne podejście na samą skałę jest przepiękny widok na całą okolicę, w tym na wulkan, którego tego dnia jak na złość nie przysłaniała nawet mała chmurka. Wtedy też podjąłem decyzję, że chcę wejść na Barú raz jeszcze. 

Jak się okazało w panamskiej wersji możemy mówić, że do dwóch razy sztuka. Moje drugie podejście zrekompensowało zawód towarzyszący pierwszej próbie. Z jednej strony widziałem morze chmur, nad którym znajdował się sam szczyt, z drugiej: całą prowincję aż po granicę z Kostaryką oraz Karaiby, a więc i część Oceanu Atlantyckiego. Aż nie chciało się stamtąd schodzić.

Przy obu moich podejściach towarzyszyły mi przesympatyczne pary z Kanady. Potwierdzili tylko moje nadzwyczaj pozytywne wyobrażenie o mieszkańcach tego kraju. Spotkaliśmy się także poza szlakiem, a także (co było już nieplanowane) w dalszej części mojej podróży.

Dzięki temu wszystkiemu mój kilkudniowy pobyt w Boquete mogłem uznać za pełny na każdej płaszczyźnie. Mój przewodnik powiedział, że nie dość, że byłem pierwszym Polakiem, którego poznał, to jeszcze pierwszą osobą, która się uparła na drugie wejście w jego towarzystwie. Cóż, taka z nas uparta nacja.

Tekst i zdjęcia: Rafał Maćkowski

Szanowna Użytkowniczko, Szanowny Użytkowniku, zanim klikniesz „Przejdź do serwisu” lub zamkniesz to okno, prosimy o przeczytanie tej informacji. Prosimy w niej o Twoją dobrowolną zgodę na przetwarzanie Twoich danych osobowych przez naszych partnerów biznesowych oraz przekazujemy informacje o tzw. cookies i o przetwarzaniu przez nas Twoich danych osobowych. Klikając „Przejdź do serwisu” lub zamykając okno, zgadzasz się na poniższe. Możesz też odmówić zgody lub ograniczyć jej zakres. Zgoda Jeśli chcesz zgodzić się na przetwarzanie przez Etnosystem.pl Twoich danych osobowych, które udostępniasz w historii przeglądania stron i aplikacji internetowych oraz danych lokalizacyjnych generowanych przez Twoje urządzenie, w celach marketingowych (obejmujących zautomatyzowaną analizę Twojej aktywności na stronach internetowych i w aplikacjach w celu ustalenia Twoich potencjalnych zainteresowań dla dostosowania reklamy i oferty) w tym na umieszczanie znaczników internetowych (cookies itp.) na Twoich urządzeniach i odczytywanie takich znaczników, kliknij przycisk „Przejdź do serwisu” lub zamknij to okno. Jeśli nie chcesz wyrazić zgody kliknij „Zamknij”. Wyrażenie zgody jest dobrowolne. Powyższa zgoda dotyczy przetwarzania Twoich danych osobowych do śledzenia statystyk Google Analytics czy wyświetlania Ci dedykowanych reklam.
Więcej informacji Przejdź do serwisu Zamknij