#HALO507 – PANAMA CZĘŚĆ 6: SZLAKIEM ŚPIĄCEJ INDIANKI (VALLE DE ANTON)

Przy okazji poprzedniego wpisu wspomniałem, że po przybyciu do Panama City za pierwszy punkt podróży wybiera się bardzo często pobliskie miejscowości na wybrzeżu Pacyfiku. Sporo osób zaczyna jednak od uroczej doliny w górach położonej nieco ponad 100 kilometrów od stolicy. Mowa o Valle de Anton, miejscu owianym atmosferą indiańskich legend, gdzie czas płynie o wiele wolniej a wszechobecna zieleń może przyprawić o zawrót głowy.

PRAKTYCZNIE

Najłatwiej oczywiście dostać się tutaj oczywiście z Panama City. Co więcej, jeśli ktoś nie chce tu nocować, może się zdecydować także na 1-dniową organizowaną wycieczkę. Busy w stronę Valle de Anton (zwanego również po prostu El Valle) odjeżdżają wręcz korowodami. Za 3,5 dolara po niespełna 3 godzinach znajdziemy się na miejscu. Warto wspomnieć kierowcy, gdzie wysiadamy, Panamczycy wzięli sobie bowiem do serca ideę przystanku na żądanie – nie będzie więc problemu, żeby wysadzono nas tuż przy naszym punkcie docelowym, jak długo znajduje się przy głównej trasie.

Baza noclegowa jest dość zróżnicowana i w zależności od przewidzianego budżetu każdy znajdzie coś dla siebie: od hostelu z blisko 30 łóżkami w jednym pomieszczeniu po kameralne spa. Ten najtańszy wariant to wydatek rzędu 12-15 USD. 

Już od samego wjazdu do El Valle uderzy nas liczba sposobów, w jakich ludzie się tutaj przemieszczają: od spokojnych spacerowiczów, poprzez pędzących na rowerach i quadach, a kończąc na przybyszach, którzy zdecydowali się na konną przejażdżkę. Opcji jest wiele, kilka miejsc oferuje wynajem różnego rodzaju pojazdów, jednak niezmiennie najważniejszą atrakcją na miejscu pozostaje górski trekking.

I tu właśnie po raz kolejny wychodzi problem braku przygotowania Panamczyków do przyjmowania turystów. Osoby ze słabą orientacją w terenie łatwo się tutaj zgubią. Ekstremalnym przypadkiem była jedna z poznanych przeze mnie turystek z Francji, która nie tyle zgubiła się na szlaku, co nigdy do niego nie dotarła. Oznaczeń jest bowiem stosunkowo niewiele, wielokrotnie idzie się po prostu na azymut. Warto więc podpytać nieco obsługę ho(s)telu, w którym się zatrzymaliśmy lub poprosić o pomoc lokalnych zamiast bezcelowo błądzić po mniej utartych ścieżkach. Można też skorzystać z pomocy lokalnych przewodników – zarówno tych profesjonalnych jak i dorabiających sobie w ten sposób dzieciaków.

Szlaki w okolicy nie powinny być wyzwaniem dla nikogo, kto chociaż parę razy w życiu wybrał się w góry. Nie ma tu szczególnej ekspozycji ani trudności technicznych, pozostaje więc wyłącznie kwestia indywidualnej kondycji. Nie wydaje mi się jednak, aby tutejsze trasy były dla kogoś większym wyzwaniem niż nasze Beskidy.

Przy wejściu na wiele tras będziemy musieli uiścić niewielką opłatę. Wahają się one od 1 dolara za wejście na prywatny teren, na którym znajduje się jeden z wielu wodospadów po 5 dolarów za największe atrakcje turystyczne.

W El Valle nie brak sklepów i restauracji – zaopatrzymy się tu we wszystkie produkty pierwszej potrzeby i uzupełnimy zapasy energii, stołując się we włoskiej, chińskiej, peruwiańskiej czy po prostu lokalnej knajpce. Nie zjemy tutaj nic nadzwyczajnego, nie ma też co liczyć na szalone życie nocne. Wieczory są tutaj po to, aby pobujać się w hamaku lub poczytać książkę.

Tutejszy klimat jest wymarzony dla turystów lubujących się w aurze wiecznej wiosny. Średnia temperatura oscyluje wokół dwudziestu, dwudziestu kilku stopni, przez co zjeżdża tu wiele osób, które mogą sobie pozwolić na posiadłość w takim miejscu. Valle de Anton cieszy się dobrą sławą i rokrocznie obrasta w kolejne rezydencje należące zarówno do osób mieszkających w stolicy jak i gringos z północy.

PODRÓŻNICZO

Bezapelacyjnie największą atrakcją turystyczną w okolicy jest szlak India Dormida, czyli śpiąca indianka. Przy odrobinie wyobraźni dostrzeżemy właśnie kształt leżącej kobietyw rozległym paśmie górskim dominującym nad doliną od jednej strony. Sama nazwa wywodzi się z tutejszej legendy o Indiance z lokalnego plemienia, która zakochała się w hiszpańskim konkwistadorze przy zdecydowanym sprzeciwie jej ojca, tutejszego wodza. Przez to pozostała obojętna na uczucia jednego ze współplemieńców. Ten w akcie rozpaczy rzucił się w przepaść na jej oczach. Indianka zdecydowała się na opuszczenie swej wioski i życie w samotności. Zmarła, docierając do wybrzeża karaibskiego, spoglądając jednak w stronę ukochanych gór, które poruszone jej losem, przybrały jej postać.

Valle de Anton znajduje się tak naprawdę w kraterze wygasłego wulkanu, który porasta bujna zieleń. Siłą rzeczy należy udać się na odpowiedni punkt widokowy, aby uzyskać właściwą perspektywę. I właśnie India Dormida jest takim miejscem. Na jej szczyt można się dostać na kilka sposobów: główne i najlepiej (co nie znaczy świetnie) oznakowane wejście jest płatne. Zaraz na samym początku trasy mijamy tzw. Piedra Pintada, czyli prekolumbijskie malunki skalne, których znaczenie i geneza nigdy nie zostały do końca wyjaśnione. Tutejsza młodzież raczy turystów opowieściami o tym, co też te obrazy mogą przedstawiać i tak jak wspomniałem wcześniej, może nam potowarzyszyć w charakterze przewodnika na sam szczyt.

Dalej mijamy jeden z wielu wodospadów. Nie brakuje śmiałków, którzy decydują się na kąpiel w tutejszych wodach, jednak nie ma co liczyć na przyjemną temperaturę. Trasa wiedzie dalej lasem i uchodzi za stosunkowo łatwą, co w połączeniu z fantastycznym widokiem na całą okolicę, uczynił ten szlak niezwykle popularnym w skali całego kraju. Gdy już wdrapiemy się na twarz Indianki, możemy kontynuować trasę wzdłuż całego pasma lub wrócić tą samą trasą. W moim przypadku wejście od bramy głównej i zejście zajęło 2 godziny, chociaż znaki sugerują o wiele dłuższy czas.

Innym bardzo niezwykle urokliwym tarasem jest Cerro La Cruz, na który co poniektórzy próbują wjechać rowerem. Spacer w jedną stronę z samego centrum miasteczka to zaledwie godzina. Warto więc wybrać się także w to miejsce, pomimo, że znajduje się trochę na uboczu.

Ostatnia trasa trekkingowa, na którą się zdecydowałem, wiodła na Cerro Caraiguana. Po nieco godzinnym podejściu możemy podziwiać dolinę z nieco innej perspektywy, a przy okazji dojrzeć Ocean przy dobrej widoczności. Miejsce cieszy się szczególnym powodzeniem wśród osób chcących podziwiać wschód słońca nad okolicą.

Dobrym punktem na relaks po górskich wędrówkach są z kolei lokalne ciepłe źródła do pary z maseczką błotną oferowaną na wejściu. Za 3 dolary nie spodziewajcie się zbyt wiele, ale można tu zajrzeć w ramach lokalnej ciekawostki. 

Są też miejsca, do których ze względu na brak czasu, nie dotarłem. Na Valle de Anton przewidziałem 3 pełne dni i uważam to za optymalny czas. Wśród pominiętych przeze mnie atrakcji warto wspomnieć o Cerro Gaital, wzniesieniu znajdującym się nieco dalej od miasteczka, które podobno jest już większym wyzwaniem wspinaczkowym, i El Chorro Macho, najsłynniejszym z okolicznych wodospadów.

Również miłośnicy fauny znajdują tutaj coś dla siebie. El Valle daje możliwość obserwowania wielu gatunków ptaków i motyli w specjalnie powstałych w tym celu obiektach. Dla mnie jednak o wiele większą atrakcją był leniwiec, który spacerował w samym centrum miejscowości po kablach elektrycznych.

PRYWATNIE

Valle de Anton było najspokojniejszym przystankiem w trakcie całej mojej podróży po Panamie. Z jednej strony wiązało się to z samym charakterem tego miejsca, z drugiej tak się akurat złożyło, że pobyt tutaj nie obfitował w żadne przygody ani nowe znajomości.

Zajrzałem tu jednak w wyśmienitym czasie – już po moim stażu, kiedy to przez pewien czas tułałem się po tym kraju w pojedynkę w oczekiwaniu na odwiedziny moich znajomych z Polski. To był dobry moment na złapanie oddechu po bardzo intensywnych 3 miesiącach, w trakcie których wszystko funkcjonowało na przyspieszonych obrotach. Valle de Anton dało mi chwilę oddechu i pozwoliło mi się w końcu poczuć jak pełnoprawny backpacker w Panamie, a przy okazji zastanowić się, czy taki sposób podróżowania jest dla mnie.

Dopiero w tym momencie uzmysłowiłem sobie, jak wiele podstawowych rzeczy miałem zagwarantowanych w sieci hosteli, dla której pracowałem. Wraz z dniem zakończenia stażu nagle trzeba było się zatroszczyć o lokum, obmyślić plan podróży i dotrzeć w upatrzone przeze mnie miejsce własnym sumptem. W podróżowaniu solo zacząłem dostrzegać sporo plusów, z których już wcześniej poniekąd zdawałem sobie sprawę. 

Po pierwsze daje nam to ogromną niezależność. Jesteśmy sobie sterem, żaglem i okrętem i możemy robić to, na co żywnie nam się podoba. W trakcie całego pobytu poznałem niebotyczną wręcz ilość osób podróżujących bez konkretnego stałego kompana. Wynikało to z różnych względów: ktoś akurat zakończył relację z osobą, z którą miał tu zjechać, inni nie mogli liczyć na swoich znajomych ze względu na koszty i całą logistykę takiego wyjazdu, wreszcie ktoś najzwyczajniej w świecie nie miał na to ochoty i podróżuje w ten sposób nadzwyczaj regularnie.

Po drugie, gdy podróżujemy sami, to paradoksalnie poznajemy o wiele więcej osób. Siłą rzeczy jesteśmy bardziej wyczuleni na to, co się dzieje dookoła nas, a z drugiej strony innym będzie łatwiej zagadać do jednego włóczykija niż do całej grupy znajomych. W pakiecie dostajemy cały zestaw wspólnych tematów: w Panamie praktycznie każdy pokonuje taką samą trasę, łatwo więc porównać wrażenia i podpytać o rekomendacje. W kilku przypadkach trafiłem na te same osoby w różnych zakątkach kraju, za każdym razem podchodząc do nich z jeszcze większą serdecznością.

Wreszcie warto wspomnieć o tym, że wyjazd (lub jego część) o własnych siłach wiąże się z o wiele większym marginesem na spontaniczność i elastyczność, słowem: możemy dać się ponieść fali. To, o czym wspomnę teraz, jest tak naprawdę wypadkową dwóch powyższych akapitów, ale kilka razy trafiłem na osoby, które zaczęły ze sobą podróżować właśnie na trasie. Co więcej, sam miałem ochotę dołączyć do kogoś na kilka dni, gdyby tylko pozwalał na to mój staż. Można się zastanawiać, czy takie relacje nie są trochę puste i bezcelowe, ale co jak co: w Ameryce Łacińskiej żyje się tu i teraz, a nasza podróż w to miejsce powinna to chociaż w części odzwierciedlać.

To by było na tyle z zapisków backpackera na pół etatu. O moich poczynaniach w pojedynkę przeczytacie jeszcze przy okazji dwóch innych wpisów. Zakątki, do których zawitałem bezpośrednio z Valle de Anton były zupełnie odmienne i o wiele bardziej zdumiewające, ale może właśnie korzystałem z ich uroku w pełni właśnie dlatego, że wcześniej naładowałem swoje akumulatory w słońcu El Valle.

Rafał Maćkowski

FOTO

  1. Mirador Cerro La Cruz
  2. Widok na Valle de Anton
  3. Pasmo India Dormida
  4. Piedra Pintada
  5. Cerro Caraiguana
  6. Centrum El Valle z widokiem na India Dormida 
Szanowna Użytkowniczko, Szanowny Użytkowniku, zanim klikniesz „Przejdź do serwisu” lub zamkniesz to okno, prosimy o przeczytanie tej informacji. Prosimy w niej o Twoją dobrowolną zgodę na przetwarzanie Twoich danych osobowych przez naszych partnerów biznesowych oraz przekazujemy informacje o tzw. cookies i o przetwarzaniu przez nas Twoich danych osobowych. Klikając „Przejdź do serwisu” lub zamykając okno, zgadzasz się na poniższe. Możesz też odmówić zgody lub ograniczyć jej zakres. Zgoda Jeśli chcesz zgodzić się na przetwarzanie przez Etnosystem.pl Twoich danych osobowych, które udostępniasz w historii przeglądania stron i aplikacji internetowych oraz danych lokalizacyjnych generowanych przez Twoje urządzenie, w celach marketingowych (obejmujących zautomatyzowaną analizę Twojej aktywności na stronach internetowych i w aplikacjach w celu ustalenia Twoich potencjalnych zainteresowań dla dostosowania reklamy i oferty) w tym na umieszczanie znaczników internetowych (cookies itp.) na Twoich urządzeniach i odczytywanie takich znaczników, kliknij przycisk „Przejdź do serwisu” lub zamknij to okno. Jeśli nie chcesz wyrazić zgody kliknij „Zamknij”. Wyrażenie zgody jest dobrowolne. Powyższa zgoda dotyczy przetwarzania Twoich danych osobowych do śledzenia statystyk Google Analytics czy wyświetlania Ci dedykowanych reklam.
Więcej informacji Przejdź do serwisu Zamknij