#halo507 – PANAMA CZĘŚĆ 5: NA FALI (Pedasi i Playa Venao)

- Surfujesz? – zapytał mnie kolega z działu IT tuż przed moim wyjazdem do pierwszego z hosteli, w których miał pomieszkiwać przez jakiś czas.

- Nie – odpowiedziałem.

- To zaczniesz.

Jego słowom szybko stało się zadość. Panamskie wybrzeże nad Oceanem Spokojnym posiada kilka wyśmienitych miejscówek dla osób, które chcą się wprawić lub po prostu zakosztować surfowania. Ja sam kompletnie tego nie planowałem, ale byłem na to poniekąd skazany. Bo jak tu nie sięgnąć po deskę, jeśli wszyscy dookoła przez jedną połowę dnia dyskutują, kiedy będą najlepsze warunki do surfowania, a drugą połowę spędzają w wodzie? Efekt jest taki, że pomimo mojej wielkiej miłości do gór, raz na jakiś czas będę musiał się wybrać także w miejsce, gdzie będzie można dać się ponieść fali…

PRAKTYCZNIE

Turyści, którzy swój rajd o Panamie zaczynają od stolicy, najczęściej wybierają jedną z dwóch destynacji. Pierwszą z nich jest niedalekie Valle de Anton (o którym nieco później), drugą jedna z kilku miejscowości na wybrzeżu Pacyfiku. Wybór pada z reguły na okolice Río Hato (ze znaną i lubianą plażą Santa Clara) lub Pedasi (dla miłośników surfingu). Do tej drugiej miejscowości skierowała mnie właśnie sieć hosteli organizująca cały mój staż.

Pedasi leży przy jednej z głównych tras wiodących z Panama City znajdującej się w całkiem niezłym stanie. Jeśli zdecydujecie się na autobus, należy najpierw dotrzeć do Las Tablas, a następnie przesiąść się do Pedasi. W obu przypadkach nie brakuje regularnych połączeń, autobusy wyjeżdżają przez cały dzień co godzinę, choć nie zawsze punktualnie. Tak jak w wielu innych przypadkach, warto wyruszyć wcześnie, jeśli nie złapiemy ostatniego autobusu, pozostanie nam jedynie taksówka, której koszt jest niebotycznie wyższy. Za połączenia autobusowe na tej trasie zapłacimy dosłownie kilka dolarów.

Osoby, dla których priorytetem jest jednak surfowanie, będą wolały dostać się bezpośrednio do Playa Venao – miejsca słynącego z dogodnych warunków zarówno dla amatorów jak i osób posiadających już pewne umiejętności. W tym przypadku kwestia transportu prezentuje się podobnie: najpierw autobus do Las Tablas, potem należy złapać autobus do Playa Veano. W razie problemów, zawsze można dostać się w pierwszej kolejności do Pedasi, a stamtąd udać się jednym z shuttle busów lub regularnych busików obsługujących tę trasę. Warto wspomnieć o jej opłakanym stanie technicznym, co w połączeniu z opadami deszczu może mocno wydłużyć lub wręcz uniemożliwić naszą podróż.

Przystanek w Pedasi jest również wskazany ze względu na możliwość zrobienia tam zakupów. Playa Venao to zatoczka usiana kilkoma hostelami, gdzie znajduje się dosłownie jeden sklepik spożywczy z niezbyt imponującym asortymentem. W Pedasi znajdziemy za to piekarnie, bary, mini-markety, a także aptekę.  

Po dotarciu do Playa Venao nie należy się zbytnio martwić o sprzęt do surfowania, kilka hosteli oferuje możliwość wypożyczenia desek na godzinę lub cały dzień, w ofercie są również zajęcia niezależnie od prezentowanego przez nas poziomu. Godzina nauki to koszt ok. 20 USD, do tego należy doliczyć kolejnych kilka dolarów za wynajęcie deski.

Całe wybrzeże Pacyfiku jest dużo bardziej przewidywalne w kwestiach pogodowych niż strona karaibska. Pomijając kwestię pory suchej (grudzień-marzec), kiedy pogodę mamy niemal murowaną, to łatwiej tutaj o słoneczny, upalny dzień także poza sezonem. 

Sama okolica uchodzi za bezpieczną i bardzo spokojną. Tutejsza ludność jest zupełnie inna niż w mieście, siłą rzeczy żyje się wolniej i spokojniej. Określony jest też typ osób odwiedzających to miejsce: Playa Venao to miejsce pielgrzymkowe dla surferów, w Pedasi sporo z kolei Amerykanów, którzy na jesieni życia albo spędzają tu kilka miesięcy w roku, albo przeprowadzili się tu na stałe.

PODRÓŻNICZO

Mówienie o jakimś miejscu, że jest dobrą bazą wypadową, nie jest najlepszą laurką, jaką można mu wystawić, ale tak właśnie jest w przypadku Pedasi. Turyści nie mają zbytniego interesu przebywać tutaj zbyt długo, jest jednak kilka miejsc w okolicy, które warto zobaczyć, obierając trasę ze stolicy wzdłuż Pacyfiku.

Pedasi jest jednym z wielu typowych panamskich miasteczek, które ciągną się wzdłuż przecinającej jej drogi. Jeden kościół, dwie stacje benzynowe i kilka knajpek. W jego ścisłym centrum (jakkolwiek śmiesznie by to słowo tu nie brzmiało) rezydują miejscowi, którym żyje się tu dobrze, choć skromnie. Na obrzeżach z kolei lokują się kolejni gringos, z solidną siwizną na głowie i sowicie napakowanym portfelem. Do najbliższych plaży, El Toro, La Garita i Arenal, mamy do pokonania 3-4 km. Ta ostatnia służy jednocześnie za przystań dla łodzi, które zabiorą nas w najpiękniejsze miejsce w okolicy.

Mowa o przywodzącej na myśl karaibskie klimaty Isla Iguana. Nie trzeba detektywistycznego zacięcia, aby domyślić się, że jej nazwa bierze się od zamieszkujących ją jaszczurek. Znajduje się ona jakiś kwadrans od plaży Arenal. Jeśli jesteśmy w większej grupie, możemy wynająć całą łódź, która nas tam zabierze. Jeśli jednak zwiedzamy w pojedynkę lub w parze, to warto dołączyć do organizowanych w Pedasi wycieczek.

Przewaga Isla Iguana nad innymi miejscami w okolicy tkwi w jej rajskim krajobrazie: krystaliczna woda, która zachęca do snorkelingu, oraz biały piasek to coś, czego nie uświadczymy w tym rejonie zbyt często. Plaże przy Pedasi bywają dość zaniedbane, czy jak ktoś woli dzikie. Isla Iguana to z kolei rezerwat naturalny, gdzie warto spędzić cały dzień, na zmianę biwakując, opalając się i pływając z rezydującymi tu żółwiami.

 Z Pedasi warto wybrać się także na wycieczkę rowerową wzdłuż wybrzeża w stronę dwóch innych plaży: Los Destiladeros y Puerto Escondido. Sama trasa jest niezwykle urokliwa, choć nie należy do najłatwiejszych. Po drodze mijamy kolejne miasteczka, pola i rezydencje ukryte gdzieś w cieniu tropikalnych drzew. 

Inną atrakcją w okolicy jest Isla Caña, gdzie pod koniec roku można obserwować żółwie składające jaja. Niestety nie dotarłem w to miejsce, ale chciałem je zasygnalizować wszystkim zainteresowanym tym tematem.

Z Playa Venao jest zupełnie inaczej niż w przypadku Pedasi. Jest to bowiem miejsce, z którego nie będziecie chcieli się ruszać, bo też nie będziecie mieli w tym zbytniego interesu. Plaża jest ukryta w zatoczce, w której panują wyśmienite warunki do surfowania. Sama plaża być może Was nie porwie, natomiast miejsce posiada niezaprzeczalny klimat za sprawą kilku urokliwych hosteli oraz włóczących niespiesznie miłośników fali. Jest to również świetna miejscówka na kilkudniowy chillout lub weekendową imprezę (czego zdecydowanie brakuje w Pedasi).

PRYWATNIE

Ludzie z biura nie mogli się nadziwić, że według rozpiski mojego stażu mam spędzić w Pedasi trzy tygodnie. „Zanudzisz się tam”, „Co tam będziesz robić tyle czasu?” – to jedne z najczęstszych komentarzy, jakie słyszałem przed wyjazdem. Pewnie gdybym miał się tam znaleźć li tylko w celach turystycznych, to spakowałbym plecak po 2-3 dniach. Miejsce jednak okazało się wyśmienite z perspektywy osoby, która bądź co bądź pracuje od poniedziałku do piątku i potrzebuje do tego warunków. 

Bardzo łatwo było wsiąknąć w skład załogi. Liczyła sobie kilka osób i była miksem panamsko-wenezuelskim. W tak kameralnym gronie jesteś w stanie spędzić czas z każdym i pogadać, kiedy tylko masz wolną chwilę. Dla wszystkich byłem też pierwszym Polakiem, jakiego poznali, więc nieustannie wymienialiśmy doświadczenia i porównywaliśmy nasze kraje, historię i tradycję. 

Z kolei w Playa Venao skład był bardziej przekrojowy. W skład stałej załogi wchodziło wielu Argentyńczyków, natomiast z racji zbliżających się świąt i nowego roku w tym samym miejscu znalazło się wielu osób spoza Ameryki Łacińskiej i to z nimi trzymałem największą sztamę. Momentami było bardzo północnoamerykańsko, już na wejście, kiedy tylko dotarłem na miejsce, trafiłem na recital kanadyjskiego małżeństwa, które zostało w hostelu chwilę dłużej. W zamian za lokum i posiłki prowadzili lekcje jogi i występowali dwa razy w tygodniu. W pewnym momencie do swojego repertuaru dołożyli „Creep” Radiohead, w trakcie którego wszyscy śpiewaliśmy jak bardzo to chcielibyśmy być „so f***g special”. Od tego czasu „Creep” musiało być już zawsze.

W obu miejscach ilość znajomości zawartych przy basenie, barze czy w kuchni rosła każdego dnia. Chociaż po pewnym czasie przedstawianie się i tłumaczenie co ja tutaj robię było nieco męczące, to jednak warto było dawać szansę niektórym relacjom. W pewnym momencie doszedłem już do takiej wprawy, że po wymianie „cześć” wiedziałem już, czy jest warto ciągnąć rozmowę. 

W przypadku Pedasi mieszkałem w jednym z pokoi dla gości, w większości przypadków zawsze ktoś tam nocował. W Venao dostałem zaś łóżko w części wyznaczonej dla załogi, gdzie moimi współlokatorami był klaun z Argentyny, który tutaj pracował na recepcji, oraz domorosły muzyk z Wenezueli, który tutaj uprawiał ogródek. Z całego tego przeglądu osobowości i różnych nacji wyklarował mi się po pewnym czasie następujący zestaw:

Kanadyjczycy – to najlepszy materiał na współlokatorów i kompanów podróży: kulturalni, uprzejmi i do bólu wręcz sympatyczni. W Panamie jest ich na pęczki, więc będzie Wam łatwo nawiązać znajomość z którymś z nich. Warto, w najgorszym wypadku traficie na kogoś miłego, choć nudnawego, w najlepszym nawiążecie nową przyjaźń.

Amerykanie – tych również w Panamie nie brakuje, ale w ich przypadku nie mam już tak jednoznacznych odczuć. Jeśli to surferzy, to wiadomo, że będą totalnie wyluzowani, jeśli będzie to wycieczka nastolatków, to raczej trudno będzie odwrócić ich wzrok od telefonów, jeśli to będą backpackerzy, chętnie z Tobą pogadają. Zdecydowana większość ma jednak manię schodzenia na tematy osobiste po 2 minutach rozmowy, co może być nieco krępujące.

Niemcy – w pewnym momencie zamiast pytać nowo poznanych turystów „skąd jesteś” wybierałem opcję „z której części Niemiec jesteś?”. Nasi zachodni sąsiedzi dosłownie opanowali Panamę, zdarzało się, że pokój, w którym spałem, był zupełnie zdominowany przez tę nację. Zaskakujące dla mnie było to, jak wielki dystans do siebie i samego kraju prezentują. Drugą niespodzianką było szerokie spektrum wiekowe: z jednej strony widywałem mnóstwo grupek nastolatków, z drugiej trafiałem na emerytów samotnie podróżujących przez Panamę.

Holendrzy – naród fenomen: jest ich tak mało, a w Panamie trafisz na nich z dość dużym prawdopodobieństwem. Bardzo wyluzowani i z dużym dystansem, część woli uprawiać niezobowiązującą rozmowę, część chętnie pogada na każdy temat.

A gdzie w tym wszystkim Polacy? No właśnie, nie było mi dane trafić na rodaków przez większą część mojego pobytu. Tym większym sentymentem darzę Pedasi, bo właśnie tam trafiłem na pierwszą krajankę, w dodatku z mojego miasta. Zresztą nie był to nasz jedyny punkt wspólny, a ich wyliczanie w pewnym momencie stało się naszą rozrywką. Wraz ze zjechaniem na Karaiby poznałem jeszcze kilka osób z Polski. Zawsze były to miłe spotkania, chociażby przez wzgląd na to jak niewiele styczności miałem z językiem polskim w tamtym czasie.

Różnice w moim pobycie w Pedasi i Playa Venao dotyczył też samej przestrzeni i tego, jak w niej można było funkcjonować. Pedasi to mieścina, ale życie tam miało swój urok. Okazało się bowiem, że ma bardzo inkluzyjny charakter, łatwo wsiąknąć w grono tych, którzy przyjechali tu na dłużej i postanowili właśnie w tym miejscu ułożyć sobie życie. Przy którejś wizycie w danym miejscu zaczynasz być tutejszym i doświadczasz coraz większej serdeczności. W amerykańskiej knajpie zapraszają Cię do obejrzenia meczu, w piekarni starszy doktor z Francji opowiada Ci o swoim życiu, a przy wizycie w pizzerii okazuje się, że prowadzi ją rodowity Włoch do spółki z żoną Ukrainką, która w niczym nie ustępuje mu temperamentowi. Nigdy bym też nie pomyślał, że tyle razy zostanie mi zaoferowana podwózka po powrocie z plaży i że w dodatku nie będę się obawiać z niej skorzystać.

Playa Venao, mimo że wygrywała lokalizacją, a sam hostel był o niebo ładniejszy, pod koniec pobytu trochę mnie przytłaczała. Jest to bowiem miejsce pośrodku niczego, a w ramach odmiany możemy co najwyżej pójść do innego hostelu. Nie zmienia to faktu, że również tam zostawiłem część serca. Było nie było, to w tym miejscu zacząłem surfować, spędziłem fantastyczne Boże Narodzenie, gdzie zasiedliśmy do stołu całą, ok. 40-osobową załogą, nie wspominając o jednym z najlepszych sylwestrów w moim życiu. Było też wiele momentów, kiedy cieszyliśmy się z najprostszych na świecie rzeczy, wskakując do gigantycznych fali czy gadając na plaży przy świetle księżyca.

Mój staż wkroczył na właściwe tory i zaczął spełniać swoją rolę: pomógł oczyścić głowę z wielu różnych niepotrzebnie zalegających w niej myśli. Nie pamiętam większego luzu, który by mi permanentnie towarzyszył, jak ten w trakcie mojego pobytu w Playa Venao. W Nowy Rok miałem przenieść się do ostatniej lokalizacji na Karaibach, nie zakładałem więc gigantycznego kaca. Okazało się jednak, że spokojne mogłem go sobie zafundować, ponieważ odwołano mojego busa, a na kolejny musiałem czekać kilka dni. Nie dlatego, że nie było transportu publicznego, ale ze względu na to, że wolałem bezpośrednie połączenie między jednym hostelem a drugim. Co mnie czekało po przybyciu na Karaiby o tym przeczytacie już w następnym wpisie.

Rafał Maćkowski

Foto

0012-0032 Isla Iguana

0052,0084 Playa Los Destiladeros

0112-0145 Pedasi, parada w trakcie lokalnego święta

Cookies make it easier for us to provide you with our services. With the usage of our services you permit us to use cookies.
Ok Decline