Ilona Wiśniewska: Na północy inaczej się marznie

Zaczęła od Spitsbergenu, który nauczył ją pokory i życia na północy. Potem zafascynowała się północną Norwegią - pustą, wyludnioną, piękną, choć trochę straszną Ilona Wiśniewska lubi zimno - ale to północne, suche, skandynawskie. Północ przemawia do niej historiami ludźmi i światem, który zupełnie nie pasuje do nerwowego i szybkiego życia zachodu. Przy okazji premiery drugiej książki Ilony Wiśniewskiej "Hen" rozmawiamy o Norwegach, stereotypach, życiu w zimnie i co robić na północy, jeśli nie obrabia się ryb.
 
Iśka Marchwica, Etnosystem.pl: Czytając twoje książki odnosimy wrażenie, że wszystkie stereotypy o krajach północy i ich mieszkańcach są prawdziwe. Dlaczego więc mieszkasz w Norwegii, dlaczego to sobie robisz? [śmiech]
Ilona Wiśniewska, autorka książek “Białe” i “Hen”: Najpierw mieszkałam na Spitsbergenie ale do północnej Norwegii jeździłam od początku, odkąd zamieszkałam na północy. Stamtąd pochodzi mój aktualny mąż i on mnie tam zabierał, żeby mi pokazać, jak tam jest super. I tam jest naprawdę super! Dostrzegasz rzeczy, które istnieją i są wyjątkowe, bo jest mało ludzi, budynków - przyroda wychodzi więc na pierwszy plan i jest wspaniała. Dlaczego związałam się z północą zaczęłam się zastanawiać dopiero niedawno. Jest w niej coś takiego, co mi pozwala dobrze myśleć, oddychać, tam nie choruję, podczas gdy w Polsce ciągle chorowałam. Skandynawia była ucieczką do innego klimatu, a poza tym ja lubię zimno, tamtejsze zimno - jest dobre, bo jest inne niż nasze. Jest suche. Tam się inaczej marznie. Zimno też ustawia granice, poziomy, piony - a to jest czasem potrzebne. W Polsce mam za dużo bodźców, a tam tych bodźców jest dużo mniej. Warto czasem pożyć w takim miejscu.
 
Pierwszy raz spotykam osobę, która mówi, że lubi zimno… Urodziłaś się w Suwałkach? [śmiech]
Nie! Pochodzę z Prószkowa pod Opolem, takiej dużej wsi. W północy zakochałam się, kiedy pojechałam pierwszy raz na wakacje na Spitsbergen…
 
To dość ciekawy wybór, zazwyczaj wybiera się ciepłe kraje, chociażby dlatego, że życie w ciepłych krajach jest prostsze. Możesz nawet spać od gołym niebem i się nie przejmować. Na Spitsbergenie tego nie zrobisz…
Ja myślę o tym, że północ to są historie, które do mnie przemawiają. Północ, zimno… cóż - to do mnie trafia, to mnie fascynuje. A ja zawsze chciałam pisać, tylko nie miałam o czym. Teraz, jak tam mieszkam, zawsze mam o czym! [śmiech]
 
Mówisz o przestrzeni, pustce, a “Hen” to przecież historie ludzi, wiele rozmów, wiele wspomnień. To takie dwie skrajności.
Jak się na północy Norwegii spotka ludzi, to to jest skarb! Mają wiele historii, dużo do opowiedzenia, są bardzo otwarci i też zainteresowani kim ja jestem - i to jest bardzo fajne. Mówię w ich języku, ich dialekcie więc łatwiej mi się porozumiewać, a dodatkowo - lubię starszych ludzi. Starzy ludzie, jak stare budynki, mają wiele do opowiedzenia. Podobają mi się takie rozpadające się miejsca. Nigdy nie napisałabym książki o południowej Norwegii. To brud i pustka północnej Norwegii mnie ciekawi.
 
Podobno tylko samotne podróżowanie daje pełnię wrażeń - poznajesz ludzi, bo wręcz nie masz innego wyjścia, więcej zauważasz. 
Dokładnie tak jest, dlatego kiedy zaczęłam poznawać północną Norwegię z moim mężem wiedziałam, że tu wrócę sama. Nie tylko dlatego, żeby samej doświadczać, ale dlatego, że ja byłam obca - jego wszyscy znają, on zna ich i te miejsca. Nie mogłabym pracować nad tą książką, bo ludzie gadaliby z nim. Jestem spoza i zawsze przegrywam w starciu z Norwegami - wiadomo, że wolą rozmawiać ze sobą niż ze mną. Musiałam sama do tych ludzi docierać, z tym swoim komunikatywnym norweskim, z moim patrzeniem z zewnątrz. Mogłam też pytać o różne rzeczy, które dla nich są naturalne, a ja jako przyjezdna mogę chcieć dopiero poznać.
 
Jakie było pierwsze miejsce, które odwiedziłaś w północnej Norwegii?
To była miejscowość z pierwszej części książki - Kjøllefjord - z której pochodzi mój mąż. To duża wieś, w której mieszka około tysiąc osób. Potem zjeździliśmy razem całą tę północ, a ja wróciłam sama w miejsca i do ludzi, którzy mnie szczególnie urzekli.
 
Ludzie w twojej książce wydają się surowi, nie do przeniknięcia, nie wydają się chętni do rozmowy.
To jest taki skandynawski stereotyp, który tylko częściowo jest prawdziwy. W trzeciej części “Hen” opowiadam o cudownym mieście na końcu Norwegii, w którym mieszkają bardzo otwarci ludzie. Ta otwartość wynika z historii - przez lata przypływało tam bardzo wiele statków rybackich z różnych części świata, więc poznawali ludzi z różnych miejsc, różnych kultur. Ta otwartość, gościnność, została w nich do dziś. Chciałam pokazać, że północ Norwegii jest bardzo zróżnicowana. Pierwsza część pokazuje tych surowych mieszkańców, druga opowiada o ludności rdzennej - Samach, a trzecia o tych bardzo fajnych otwartych Norwegach.


Jedną z takich niby zamkniętych osób, która jednak dużo mówi, jest Ibert - starszy człowiek, ojciec dorosłych synów… Ciężko było do niego dotrzeć?
Ibert jest bardzo otwarty i chętnie opowiada, ale trzeba umieć się z nim porozumieć. Dosłownie. Początkowo było to trudne, bo mówi tylko po norwesku, więc musiałam się podszkolić w tym języku żeby go zrozumieć. No i nie lubił mnie, dopiero z czasem się do mnie przekonał. Zapytałam, czy mogę z nim trochę pomieszkać, zgodził się, ja słuchałam jego opowieści i z czasem już nie musiałam tylko potakiwać, udając że rozumiem co mówi - zaczęłam rozumieć jego język i jego historie.
 
Jak znalazłaś Iberta?
To jest mój teść.
 
[śmiech] To nietrudno było go znaleźć…
Nie, ale nie było łatwo się z nim zaprzyjaźnić. Nie ufał mi. Przyjechała taka z Polski, nic nie wie o północy, nie wiadomo, czego chce… Ale dużo się zmieniło dzięki pracy nad książką.
 
Czy monochromatyczność północnej Norwegii przeszkadza, czy może jest to dla ciebie fascynująca egzotyka?
Nigdy nie mieszkałam w tamtym rejonie na stałe, tak żeby osiąść i tam faktycznie mieszkać. Przy pracy nad książką spędziłam tam dwa miesiące, ale nie umiem powiedzieć, czy mogłabym w północnej Norwegii żyć. Uwielbiam tam bywać, przyjeżdżać, jeździć po pustych drogach, na których przez wiele kilometrów możesz nikogo nie spotkać, oddychać świeżym powietrzem, patrzeć na przebiegające renifery… Ale mieszkać? Nie wiem. Chyba nie, bo odległości tam są tak duże, że dla mnie, która się ciągle przemieszcza, byłoby to chyba uciążliwe. 
 
Dla mnie uciążliwy byłby brak sklepu tuż za rogiem… Jednak człowiek przyzwyczaja się do udogodnień cywilizacji.
Z tym już nie mam problemu, tego nauczył mnie Spitsbergen. O tym też mówiłam przy okazji “Białego” - północ uczy pokory, zaakceptowania tego, że wielu rzeczy nie ma. Przez cztery miesiące jest ciemno, a przez cztery jasno - przyroda wymaga od ciebie pokory. Tak samo jak ludzie. Na przykład masz wieczorem ochotę na piwo, ale nie masz gdzie kupić. Albo jesteś w sklepie i patrzysz na to piwo, ale nie możesz go już kupić, bo sprzedają tylko do godz. 18 a jest pięć po. Zaczynasz się więc przyzwyczajać do planowania, robienia zapasów, przestrzegania pewnych zasad - to jest po prostu inny styl życia.
 
 
Nie odbierasz tego jak ograniczenie? W końcu - nie musisz tam być. Miejsce cię uczy, czy ty się łaskawie dostosowujesz?
Ja się łaskawie dostosowuję, a potem się buntuję i uciekam do Polski [śmiech]. Robię w Polsce to, na co miałam ochotę w ostatnich trzech miesiącach, nasycam się i wracam do mojego spokojnego życia na północy. Na pewno nie mogłabym tam być cały czas. Pewne przyzwyczajenia zostają - na przykład kiedy chcesz zobaczyć film, to idziesz do kina, a nie planujesz całą wyprawę, albo czekasz na niego miesiącami… Dlatego przyjechałam teraz na dwa miesiące do Warszawy. Zobaczę wszystko, co chciałam zobaczyć i mogę wracać na północ!
 
Kiedyś w odległych miejscach ludzie żyli według tradycji, bo nie wiedzieli nawet, że można żyć inaczej. Teraz nie ma z tym problemu - przyjeżdża taka Ilona z Polski i mówi, że mogą żyć wygodniej i mieć supermarket pod nosem. Dlaczego północni Norwegowie nie chcą tego zmienić?
Bo są bardzo przywiązani do tego, skąd są. W Polsce nie ma takiego przywiązania do miejsca, z którego się pochodzi, a dla nich to jest bardzo ważne. Oni nie wyjeżdżają, nie zmieniają tych miejsc, bo nie chcą. Oni lubią tak żyć i lubią to, jak tam jest. Poznałam ludzi, którzy nigdy z tej północy nie wyjechali, którzy pamiętają czasy, kiedy jedyną drogą była droga wzdłuż wybrzeża. A dróg nie było, bo ludzie nie podróżowali - teraz zaczęli jeździć trochę więcej, na ciepłe wakacje chociażby, ale to i tak niewiele. Mieszkańcy północnej Norwegii nie mają w sobie tej zachodniej nerwowości. Ja będąc w jednym miejscu już myślę o następnym, do którego mam jechać. A oni są w jednym miejscu i tym się cieszą. Z jednej strony jest to bardzo nienowoczesne, a z drugiej - daje duży spokój.
 
Mówisz o wyjazdach, a jest jeszcze kwestia zmian na miejscu. Ibert miał kiosk, sklep, który dobrze prosperował - dlaczego ten region nie rozwija się choćby w tym kierunku? Sklep padł i nigdy nie powrócił…
Bo nie ma zapotrzebowania, tam wszystko jest robione na swoją miarę. Masz jeden sklep, jeden kiosk i wystarczy dla tej liczby ludzi i ich potrzeb. Północ nie ma szans się rozwinąć, bo nie ma dla kogo. I to jest też jej urok.
 
To jest trochę błędne koło… Na logikę - północna Norwegia powinna się zupełnie wyludnić, albo zaistnieć turystycznie. Jako “raj ciszy”, czy coś…
To nigdy nie będzie region turystyczny, bo tam się bardzo trudno dostać. Był to zawsze obszar rybaków, który żył z rybołóstwa. Ten przemysł w ciągu ostatnich dziesięcioleci bardzo się zmienił - kiedyś oprawiało się ryby na lądzie, robiły to kobiety w przetwórniach. Teraz ryby oprawia się na statkach i zamrożone wysyła na przykład do Chin, bo przetworzenie ich w Chinach wychodzi taniej. Więc tradycyjnej pracy raczej już nie ma. Ale w trzeciej części “Hen” piszę o młodych ludziach, którzy przyjeżdżają tu na przykład, żeby zrobić festiwal street-artowy. Malują murale na pięćdziesięciu ścianach niemal opuszczonego miasta. I to miasto zyskuje wtedy zupełnie nowy charakter! Autobus, który jest na okładce książki to właśnie jeden z takich projektów - rodzaj rzeźby stworzony przez norweskiego street-artowca. Ten autobus, po upadku przemysłu rybnego w jednym z miast, wywoził mieszkańców, którzy nie mieli już co w tym mieście robić. Autobus stał w tym mieście i rdzewiał, był pamiątką po tym, jak połowa miasta wyjechała po upadku fabryki. Pewnego dnia przyjechał do tego miasta artysta, zorganizował całą akcję, żeby wbić autobus szoferką do dołu w śnieg, unieruchomił go linami i w ten sposób przekazał “Nikt już stąd nie wyjedzie. Nikt tego miasta nie opuści”. Z wraku, zrobił pomnik, memoriał po dawnych czasach.
 
Czy tobie szkoda, że te miasta upadają, że ich nikt nie docenia?
Nie, bo ja rozumiem, czemu tak jest. Tam jest wszędzie okropnie daleko. Jedna gmina może składać się z pięciu miejscowości i od tej głównej mieściny do następnej jest sto kilometrów. W dzisiejszych czasach ta północ jest po prostu niefunkcjonalna. Oczywiście tam wszystko jest - ludzie mają Internet, są aktywni na Facebooku, mają duże płaskie telewizory. Ale żeby tam coś robić… trzeba mieć naprawdę dobry pomysł. Można filmy kręcić i pokazywać te spektakularne krajobrazy… Ale poza tym - tam naprawdę nie ma co robić. Nawet hipsterzy mieliby tam ciężko - chociaż brody mają tam sporą rację bytu… Ale naprawdę trzeba się nad wszystkim namęczyć, chyba za bardzo, żeby ściągnąć rzesze lubujących się w starych domach i romantycznych krajobrazach hipsterów.
 
A co w takim razie ty robisz, skoro nie prowadzisz sklepu i nie zajmujesz się rybami?
[śmiech] No tak… faktycznie - jak się zarabia w złotówkach - bo piszę na przykład do Polityki, wydałam drugą książkę w Polsce - a mieszka się w Norwegii, to szybko można paść z głodu… Na Spitsbergenie pracowałam kilka lat na pełen etat i moje podróże przy zbieraniu materiałów do książki właśnie pochłonęły całe te oszczędności. Jak potrzebuję - wracam tam, żeby zarobić, bo mam tam zawsze otwartą możliwość pracy, a na Spitsbergenie zarabia się szybko na dłuższy czas. Teraz się przeprowadzamy - aktualnie moje całe życie znajduje się w kontenerze, który pojedzie do Tromsø w północnej Norwegii. Mój mąż się jeszcze pakuje, a jak wrócę za dwa miesiące, to już do Tromsø.

Rozmawiała: Iśka Marchwica

Książka "Hen" Ilony Wiśniewskiej ukazała się nakładem Wydawnictwa Czarne 27 kwietnia 2016 roku, w serii "Reportaż".

zdjęcia: Ilona Wiśniewska, fot. mat. prywatne 
Szanowna Użytkowniczko, Szanowny Użytkowniku, zanim klikniesz „Przejdź do serwisu” lub zamkniesz to okno, prosimy o przeczytanie tej informacji. Prosimy w niej o Twoją dobrowolną zgodę na przetwarzanie Twoich danych osobowych przez naszych partnerów biznesowych oraz przekazujemy informacje o tzw. cookies i o przetwarzaniu przez nas Twoich danych osobowych. Klikając „Przejdź do serwisu” lub zamykając okno, zgadzasz się na poniższe. Możesz też odmówić zgody lub ograniczyć jej zakres. Zgoda Jeśli chcesz zgodzić się na przetwarzanie przez Etnosystem.pl Twoich danych osobowych, które udostępniasz w historii przeglądania stron i aplikacji internetowych oraz danych lokalizacyjnych generowanych przez Twoje urządzenie, w celach marketingowych (obejmujących zautomatyzowaną analizę Twojej aktywności na stronach internetowych i w aplikacjach w celu ustalenia Twoich potencjalnych zainteresowań dla dostosowania reklamy i oferty) w tym na umieszczanie znaczników internetowych (cookies itp.) na Twoich urządzeniach i odczytywanie takich znaczników, kliknij przycisk „Przejdź do serwisu” lub zamknij to okno. Jeśli nie chcesz wyrazić zgody kliknij „Zamknij”. Wyrażenie zgody jest dobrowolne. Powyższa zgoda dotyczy przetwarzania Twoich danych osobowych do śledzenia statystyk Google Analytics czy wyświetlania Ci dedykowanych reklam.
Więcej informacji Przejdź do serwisu Zamknij