Martti Helde: Uratowałem pamięć o naszych dziadkach [WYWIAD]

To nie tylko film o wysiedleniu Estończyków na Syberię, to nie tylko historia z czasów II Wojny Światowej, to nie tylko obrazy głodu i ludzkiej tragedii. “Na skrzyżowaniu wichrów” jest zapierającym dech zupełnie nietypowym obrazem, który w wyjątkowo artystyczny sposób przedstawia czasy i historie z lat 40. XX wieku. “To film dla każdego, zbiorowa pamięć” - mówi nam Martti Helde. “Wszyscy zaczęliśmy wpadać trochę w rozpacz trochę we wściekłość analizując kolejne archiwa z obozów - musieliśmy znaleźć jakiś sposób, żeby nie zwariować, zachować dystans od tematu” - dodaje, opowiadając o ponad czteroletniej pracy nad projektem. Młody estoński reżyser zadebiutował w 2014 roku - “Na skrzyżowaniu wichrów” miało być ciekawym dokument, a stało się jednym z najbardziej wstrząsających dramatów historycznych. I z pewności - jedynym tak pięknym i plastycznym.
 
Jadwiga Marchwica, Etnosystem.pl: Film “Na skrzyżowaniu wichrów” miał premierę międzynarodową prawie dwa lata temu. Wtedy w polityce działy się trudne rzeczy, wielu recenzentów dopatrywało się w twoim obrazie komentarza, chociażby do aneksji Krymu przez Rosję… Twój film faktycznie jest reakcją na ostatnie wydarzenia?
Martti Helde: (śmiech) Żebym umiał jakoś jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie… Ono się od dwóch lat powtarza i ja dalej nie wiem (śmiech). Traktuję film, jak żywy proces - nie mam od początku jakiegoś konkretnego celu. Coś zaczynam, potem się to zmienia, podążam za zmianami, one przestają mieć sens… Więc - naprawdę to nie wiem, co robię. Chcę pokazać historię, mam jakieś pomysły, jak to zrobić, ale nie stawiam sobie za cel, że poprzez ten czy inny obraz, zdanie, charakter odwołam się do jakiejś sytuacji realnej, współczesnej.
 
Jak wyglądał początek pracy nad filmem - zaczęło się od odnalezionych przez ciebie pamiętników i listów Erny?
Film jest przez pół dokumentalny, oparty na faktach - większość historii, słów pochodzi ze wspomnianych tekstów Erny, resztę musiałem sam napisać w oparciu o inne archiwa, przekazy, znalezione listy. Historia kobiety, którą poznajemy w filmie, nie nadawała się tak idealnie do przedstawienia w tej formie, musiałem więc trochę połączyć jej różne przeżycia z opowieściami innych - zrobić rodzaj kolażu. Ten sposób pracy wynikał z tego, że ja planowałem ten film, jako dokument i po tym, jak zrealizowaliśmy pierwsze ujęcia z całą ekipą uznałem, że to nie może być dokument, że to jest dużo więcej i musimy przekształcić film w fabułę.
 
Nawet jeśli ułożyliście historie, słowa, wydarzenia na potrzeby filmu - cała aura, tematyka pokazuje straszne czasy, ogromne cierpienie, wielki ból ludzi i strach. Sposób, w jaki nakręciłeś ten film i emocjonalna muzyka, jaka mu towarzyszy pokazują, że jesteś wrażliwym człowiekiem, artystą. Czy przez te kilka lat pracy nad filmem o obozie koncentracyjnym nie czułeś się zmęczony, przytłoczony?
Jestem osobą, której zarzuca się zakładanie “różowych okularów” [Martti używa estońskiego odpowiednika tego powiedzenia “Mam niebieskie oczy” - dop. red] - nie widzę problemów i nie przeczuwam komplikacji, kiedy się za coś zabieram. To jest i dobre i złe, bo kiedy zaczynaliśmy nie przypuszczałem, że ten film będzie tak ogromnym wyzwaniem. Miałem taką sytuację po dwóch latach intensywnych prac nad tym projektem - późno w nocy siedziałem w domu i czytałem kolejny pamiętnik, wspomnienia z obozów na Syberii. Było ciemno, byłem sam i usłyszałem, jak ktoś rozpaczliwie płacze na dole. W domu nikogo nie było. Odłożyłem książkę i uznałem, że mam dość. Nie mogę dłużej w ten sposób pracować, bo te historie zaczynają wypełniać całą moją głowę. Dopiero wtedy zrozumiałem, jak ciężki jest ten temat i zmieniłem podejście - zaczęliśmy pracować z większą swobodą, podchodzić do kolejnych zadań lżej i spokojniej. Może to nie zabrzmi dobrze, ale przy takich tematach potrzeba na planie trochę humoru, sympatii. Wszyscy zaczęliśmy wpadać trochę w rozpacz trochę we wściekłość analizując kolejne archiwa z obozów - musieliśmy znaleźć jakiś sposób, żeby nie zwariować, zachować dystans od tematu, od historii Erny. Myślę, że to jest kluczowe w ogóle w życiu - im cięższe zadanie im trudniejsze, tym bardziej trzeba być świadomym i zachować dystans.
 
 
Wybrałeś sobie nie tylko trudny temat ale też bardzo ambitny sposób jego realizacji, czasochłonny, wymagający cierpliwości. Skąd taki pomysł na reżyserski debiut? Mogłeś w końcu zrobić jakąś komedię o estońskich nastolatkach…
(śmiech) Chyba jestem zbyt poważną osobą, jak na takie filmy… Jestem trochę dziwny - lubię, jak jest trudno. To mnie pcha do przodu - chyba jakieś wesołe i przyjemne tematy nie wyzwalają we mnie żadnego artystycznego potencjału (śmiech). Ale “Na skrzyżowaniu wichrów” wyszło, jak wyszło w sumie przez przypadek. Nie planowałem, że to będzie mój reżyserski debiut. Nie obudziłem się którego dnia z myślą “Zrobię film o estońskich wysiedleńcach i tym zadebiutuję”. Zupełnym zbiegiem okoliczności mój film dokumentalny przekształcił się w dramat historyczny - a musisz wiedzieć, że dla reżysera taki debiut to naprawdę ważna sprawa…
 
Mówisz o zbiegu okoliczności, ale chyba z jakiegoś powodu wybrałeś ten temat. Jesteśmy prawie w tym samym wieku, więc domyślam się, że podobnie jak ja, wychowywałeś się w towarzystwie historii z II Wojny Światowej od swoich dziadków.
Estończycy, podobnie jak Polacy, mają problem z II Wojną i całym bagażem, który z nami został po tym czasie. I masz rację - mój dziadek przebywał w takim obozie, więc faktycznie dorastałem słuchając historii więziennych… Jego historia jest dość dramatyczna - miał 19. lat i walczył po stronie Sowietów. Stracił na polu walki nogę i trafił do obozu tylko dlatego, że jego siostra walczyła po stronie niemieckiej. Życie więc go nie oszczędzało i kiedy byłem mały, często opowiadał mi o tamtych czasach. Od małego więc interesował mnie ten temat, a kiedy już byłem licealistą, jedyne lekcje których nigdy nie opuszczałem, były lekcjami historii. Niesamowicie mnie to intrygowało - co się wtedy działo i dlaczego? Na studiach dowiedziałem się o możliwości zdobycia funduszy na film dokumentalny - wziąłem udział w pewnego rodzaju konkursie na scenariusz filmu. Od razu pomyślałem, że to jakiś palec losu, żebym zajął się tym tematem. Rozpisałem mój pomysł, znalazłem w archiwach listy Erny, uznałem, że to świetna baza do filmu dokumentalnego i mój pomysł wygrał - tak zdobyłem fundusze i rozpocząłem prace nad “Na skrzyżowaniu wichrów”. 
 
Mówisz o swoim doświadczeniu i swoim dziadku - twoi rówieśnicy, twoje pokolenie w Estonii nie jest zainteresowane czasami II Wojny? W Polsce to temat wciąż żywy…
Tak i nawet widziałem świetny film “Miasto 44”! Ale w Estonii mało się mówi na ten temat - niewiele jest osób, zwłaszcza z tej branży artystycznej, które mają odwagę pogrzebać w archiwach, poznać historię. To też był zresztą powód, dla którego chciałem zrobić ten film - zauważyłem, że ludzie w moim wieku nie wracają do tego czasu, a nawet jeśli, to bardzo powierzchownie. Czasy wojny, temat życia w obozach nie istnieje w ich sztuce, nie przyjmują go do siebie - raczej tylko omawiają. Uważam, że to jest problem. Pomyślałem, że jeśli sam coś z tym zrobię, pokażę inne podejście - coś się zmieni. Temat stanie się bardziej wyrazisty i zrozumiały. Wychodzi na to, że pomyślałem o przyszłych pokoleniach. Chciałbym, żeby na przykład moje dzieci mogły odziedziczyć te wspomnienia, bo przecież już nie wysłuchają ich od moich dziadków. Ten film jest więc rodzajem pamięci zbiorowej - historie, wspomnienia, obrazy, które przekazał mi mój dziadek, umieściłem w filmie. W ten sposób - mam nadzieję - zachowałem pokolenie moich dziadków, ocaliłem ich przed zniknięciem. Myślę, że bez nich, kolejne pokolenia byłyby słabsze, uboższe o pewne ważne doświadczenia.
Czy dlatego zdecydowałeś się na ten specjalny rodzaj filmowania? Wydaje mi się, że wybór takich nieruchomych obrazów, komentowanych, z piękną muzyką, skupionych na emocjach, reakcjach, w dodatku czarno-białych sprawia, że film trafia do wszystkich. To nie jest historia Erny, ale ogólnie - przedstawienie sytuacji, dramatu obozów, wysiedleń na Syberię, dramatu tych ludzi, rodzin…
To niesamowite - jesteś drugą osobą z Polski, z którą o tym rozmawiam i zrobiłaś identyczną obserwację, jak tamten dziennikarz! Tymczasem przez dwa lata, jak film jest wyświetlany w Estonii i innych krajach, nikt tego tak nie odebrał… Polacy chyba lepiej rozumieją mój film!
 
W Polsce powstało wiele filmów na ten temat… więc może nauczyliśmy się je oglądać…
Ale wasze spostrzeżenia są słuszne. Reżyser zawsze zastanawia się, jak przedstawi głównego bohatera. Ja postanowiłem, że Erna będzie reprezentować naród, społeczność. Skupiłem się na tym już podczas castingów - musiałem wybrać kobietę, która jak najlepiej odda urodę i wygląd kobiety z lat 40. XX wieku. Film miał trafić do każdego i wszystkie postaci, które się w nim przewijają są całością, są jednym zbiorowym bohaterem. Nie chciałem wstawiać tam jakichś swoich wizji, nie chciałem reżyserować ludzi, jak się mają poruszać i mówić, bo to nie miała być kopia rzeczywistości, ale obraz - oddanie charakteru tamtych wydarzeń. Największym komplementem, jaki usłyszałem były słowa pewnego mężczyzny, który podszedł do mnie po premierze w Tallinie, w Estonii. To był były więzień, internowany  - powiedział mi “Dokładnie tak to zapamiętałem, jak to przedstawiłeś”. Ulżyło mi, że stworzyliśmy film tak prawdziwy, że ofiara tamtych czasów dziękuje mi i docenia moją pracę. Ludzie, którzy przeżyli obozy koncentracyjne i zsyłki na Syberię mówią mi, że film oddaje prawdę, nie ma w nim nic sztucznego - i to jest dla mnie ogromną nagrodą za wysiłek ponad czterech lat pracy.
 
I kilka miesięcy pracy nad każdym ujęciem…
Nie odczuwaliśmy tego, jako aż tak męczące, chociaż wiem jak to wygląda z perspektywy. I nie nad każdym ujęciem pracowaliśmy sześć miesięcy - to był nasz rekord, ujęcie w którym mieliśmy na planie ponad 150 aktorów i musieliśmy zmieścić się w budżecie - szukanie tańszych rozwiązań technicznych jest czasochłonne. Ale przede wszystkim, przy każdym obrazie, każdym ujęciu dążyliśmy do zamierzonego efektu. Czas na przygotowanie każdego ujęcia pozwalał nam zrozumieć kolejny etap historii i to było bardzo pomocne. Myślę, że tak powinny powstawać wielkie dzieła - pytania, które się rodzą powinny znajdywać odpowiedzi w historii, którą przedstawiasz. 

 
Ważną rolę w filmie odgrywa też muzyka.
Muzyka jest dla mnie bardzo ważnym elementem życia. W przypadku tego projektu poprosiłem o skomponowanie soundtracku mojego dobrego kolegę - znamy się dwadzieścia lat, napisał też muzykę do mojego krótkometrażowego filmu, więc świetnie się rozumiemy. Pärt Uusberg był pierwszą osobą, z którą zacząłem pracę nad “Na skrzyżowaniu wichrów” - zaczął pisać muzykę jeszcze zanim padł pierwszy klaps na planie. Wysyłał mi pierwsze nagrania, kiedy ja dopiero zaczynałem prace, więc często pracowaliśmy z tą muzyką w tle. Zdarzało się, że konkretne fragmenty podobały mi się tak bardzo, że na bieżąco wplatałem je w scenariusz. I vice versa - Pärt też dopasowywał swoje kompozycje do kolejnych kadrów. To była bardzo ścisła współpraca i jestem ogromnie zadowolony z jej efektów. 
 
“Na skrzyżowaniu wichrów” jest w ogóle bardzo artystycznym filmem - wygląda jak obraz w częściach, który rusza się przypadkowo. Jak zdjęcie wykonane w tamtych czasach. Miałeś jakieś inspiracje tego typu - obrazy, zdjęcia inne filmy z tego czasu, z obozów?
Przede wszystkim - cała ekipa wnikliwie studiowała różnego rodzaju rzeźby i płaskorzeźby, robiliśmy notatki z tego, jak światło operuje na zdjęciach i obrazach, nie oglądaliśmy za to innych filmów o tej tematyce, bo to mijało się z celem. Wiesz już, jakie było zamierzenie filmu, więc sama widzisz, że nie potrzebowaliśmy tego, za to potrzebowaliśmy informacji o rozwiązaniach artystycznych - i sporo ich sobie “pożyczyliśmy” z różnych obrazów, rzeźb, zdjęć… Ja, fotograf, kostiumograf i scenarzysta spędziliśmy wiele wiele godzin w bibliotekach przeglądając stare zdjęcia, reprodukcje, albumy historii sztuki. To była żmudna praca - głównie siedzieliśmy nad książkami. 
 
Myślę, że polska premiera filmy “Na skrzyżowaniu wichrów” obudzi w nas zainteresowanie Estonią - chciałbyś Polakom polecić coś w swoim kraju, co warto zobaczyć, przeżyć?
Sam byłem w Polsce wiele razy, brałem udział w festiwalach filmowych w Warszawie i różnych spotkaniach, mam też wielu przyjaciół w Warszawie i wiem, że Polacy i Estończycy są bardzo podobni. Zanim zacząłem do was przyjeżdżać, nie zdawałem sobie z tego sprawy! Chodzi o jakiś charakter, podejście do życia, temperament. Nie mamy wiele wspólnego z Włochami, czy Francuzami, za to jesteśmy bardzo podobni do Polaków. Jedyną różnicą jest język, poza tym - potrafimy się dogadać bez problemu. Bardo podoba mi się Warszawa, a moi znajomi z Polski bardzo lubią Tallin. Myślę, że nawet nie zdajemy sobie sprawy, jak silnie powiązane są nasze narody - może to kwestia podobnej historii, która wpłynęła na postrzeganie życia. Myślę, że Polacy, którzy przyjadą do Estonii będą zachwyceni - to taka mała Polska (śmiech). 

Rozmawiała: Jadwiga Marchwica

Film "Na skrzyżowaniu wichrów" będzie miał polską premierę 11 marca 2016, w dystrybucji Aurora Films.