• Od początku
  • Czytam
  • Bernadette McDonald "Sztuka wolności", czyli łyżka dziegciu do beczki miodu [RECENZJA]


Bernadette McDonald "Sztuka wolności", czyli łyżka dziegciu do beczki miodu [RECENZJA]

Przetłumaczona właśnie na język polski książka Bernadette McDonald "Sztuka wolności", to oczywiście must have każdego miłośnika gór. Wydawcy piszą w zapowiedzi, że także dla tych, dla których  — parafrazując wypowiedź Małgosi Rozenek z jej ostatniego programu - ze sportów ekstremalnych to najwyżej ognisko w ogrodzie. Coż. Jakkolwiek przeczołganie się przez biografię jednego z najwybitniejszych polskich himalaistów i jednocześnie najjaskrawszych postaci w tym światku jest dla osób związanych z górami taką samą podstawą programową jak studiowanie "Das Wohltemperiete Klavier" przez pianistów, tak trudno wyobrazić mi sobie, by z tej lektury czerpali przyjemność także pozostali. Ale o tym może za chwilę.

Trudno się krytykuje legendy. Bernadette McDonald jest kanadyjską autorką skupiającą się przede wszystkim na tematyce górskiej, choć sama się nie wspina. Nie umniejszając w żadnym stopniu jej warsztatowi, jest to coś podobnego do czytania reportażu Jacka Hugo Badera spod Broad Peak - no czuć na kilometr, że autorzy opierają się tu na doświadczeniu innych, nie własnym i że w związku z tym ślizgamy się po kartach książki bez tego poczucia autentyczności, towarzyszącego lekturze literatury spod pióra wspinaczy. Ta jest być może mniej dopieszczona stylistycznie, ale za to czytelnik dostaje historie z pierwszej ręki, a to w książkach o górach jest najcenniejsze. Poza tym Bernadette jest wpatrzona w Wojtka Kurtykę jak w święty obrazek i „Sztuka wolności” jest tego świadectwem. Autorka wystawia polskiemu wspinaczowi laurkę i jeśli z natury macie sceptyczne podejście do psychoz tłumu, nie będziecie potrafili utożsamić się z bohaterem - tak idealnym, że wręcz nieprawdziwym, bo nawet kiedy popełnia błędy, to robi to dobrze - a co za tym idzie: czyta się to mozolnie. Zwłaszcza, że tekstu jest bardzo dużo.

Już na początku książki dowiadujemy się, że jakkolwiek Kurtyka prowadził dosyć szczegółowy wykaz biwaków, tak jeśli chodzi o zdobyte ściany - brakowało mu konsekwencji. A mimo to otrzymujemy szczegółowy opis wielu wspinaczek, opis tak bardzo pozbawiony polotu, że parokrotnie podczas lektury złapałam się na tym, że nie pamiętam, na którą ścianę właśnie wchodzą i prawdę mówiąc - w ogóle mnie to nie interesuje. Chcę tylko przebrnąć przez książkę, bo zobowiązałam się do jej zrecenzowania (a za tę możliwość serdecznie dziękuję Agorze i publio.pl). 

Jeśli więc macie totalną fazę na punkcie Kurtyki i łykacie jego filozofię w całości jak pelikany, będziecie się prawdopodobnie bawić równie dobrze, co Bernadette McDonald podczas rozmów ze wspinaczem i pisaniem tej książki. Jeśli sięgniecie po książkę bez takiego nastawienia, a jednocześnie wiedząc jak bardzo jest to ważna lektura dla ortodoksów ze środowiska, troszkę się pewnie zmęczycie frustrującym uczuciem: „no nie podoba mi się to, a tak bardzo chcę, żeby się podobało, bo wszystkim się chyba podoba, co jest ze mną nie tak?”.

Żeby już tak strasznie tego wszystkiego nie kończyć, to podam wartości lektury. Pierwszą jest oczywiście możliwość bardzo detalicznego zapoznania się z biografią Wojciecha Kurtyki, legendy polskiego himalaizmu i wspinaczki wielkościanowej. Drugą jest możliwość przybliżenia się do jego ideologii, klimatu zgoła innego niż ten, o którym czytać będziecie w wielu innych książkach himalaistów przekraczających granice rozsądku i wyobraźni, specjalizujących się w sztuce cierpienia. Że można od tego uciec, że można robić swoje jeśli twardo obstaje się przy sobie - to chyba Bernadette chce na przykładzie Kurtyki przekazać. Chciałabym w to wierzyć, mimo obsesyjnie powracającej myśli, że to należy się tylko ideałom.

Kaśka Paluch

Cookies make it easier for us to provide you with our services. With the usage of our services you permit us to use cookies.
Ok Decline