Debashish Bhattacharya

"Muzyka jest jak natura. Nigdy nie wiemy, kiedy dokładnie spadnie deszcz. Dowiemy się tego wtedy, kiedy pierwsza kropla spadnie nam na głowę. Tak samo jest z
muzyką – pada, gdy ma padać i nigdy nie wiemy, kiedy przestanie. Skrzypce Kacpra i moje chaturangi brzmią wspaniale w duecie" - z Debashishem Bhattacharya, tuż przed jego wspólnym koncertem z Kacprem Maliszem podczas festiwalu Ethno Port Poznań, rozmawia Anna Sitko.


Pandit Debashish Bhattacharya
to wybitny muzyk i konstruktor hinduskiej gitary slide. Od najmłodszych lat na gitarze slide gra ragi, łącząc je z wpływami ze świata zachodniego. Jest konstruktorem autorskich gitar slide (m.in. chaturangi czy slide ukulele). Grał z wybitnymi artystami, takimi jak John McLaughlin czy Bob Brozman, zdobywał prestiżowe nagrody (ostatnią z nich jest nagroda magazynu Songlines 2016). Występował już Polsce kilka razy. Efekt jego muzycznej kooperacji z Kacprem Maliszem można było usłyszeć podczas festiwalu Ethno Port Poznań 2017.

Debashish Bhattacharya podczas festiwalu poprowadził również trzydniowe (a nieoficjalnie – czterodniowe) warsztaty dla muzyków, podczas których uczył tradycyjnych hinduskich skal, proponował ćwiczenia techniczne, wskazywał na konieczność dotarcia do źródła muzyki – duszy grającego, harmonizującej ze wszechświatem.
Mistrz porównał muzyczne międzykulturowe kooperacje ze spotkaniem dwóch ludzi na wysokiej górze. Muzyka, którą dzielą się ze sobą w tej przestrzeni zostaje przez nich „oswajana” i nie wiadomo właściwie, czyja ona jest w istocie. Podczas koncertu tak mówił o swoim spotkaniu z młodym Maliszem: "Kacper ma 17 lat i mógłby być moim synem. Usłyszałem w nim uniwersalne dźwięki wszechświata. Dbajcie o niego i błogosławcie mu".

Anna Sitko, Etnosystem.pl: Podczas warsztatów usłyszeliśmy, że muzyka polega na spotkaniu dwójki ludzi. Spotkaniu, które prowadzi do muzycznej wymiany. Czy współpraca z Kacprem jest właśnie tego typu spotkaniem?
Debashish Bhattacharya: Dla mnie tworzenie jakiejkolwiek muzyki, nawet jeśli wykonywana jest przez jednego człowieka, to efekt współpracy wielu elementów. Jeden muzyk ma w sobie wielu innych muzyków. Mózg, oczy, uszy, płuca, kończyny… Cały czas dokonuje się w nas jakaś „współpraca”, a ja już od 50 lat jestem profesjonalnym muzykiem. Przez całe życie pracowałem z kilkudziesięcioma muzykami, którzy byli ode mnie 20 lat starsi. Muzyczną współpracę buduje się w oparciu o ciekawość i wzajemny szacunek. Potrzebujemy tego, aby uzmysłowić sobie, nad czym będziemy pracować i jak to zrobimy. Do prawdziwej muzycznej kolaboracji trzeba czasu. Trzeba zrozumieć drugiego człowieka, dowiedzieć się, kim jest jako człowiek, jako członek rodziny, być jego uczniem i nauczycielem. Zajmuje to dużo czasu, a tym razem jest raczej przygodą. Podczas tych kilku godzin wspólnego grania zdołaliśmy już jednak się sobie muzycznie „przedstawić”. Może to w przyszłości zaowocować głębszą znajomością. Wiem, że Kacper jest bardzo utalentowanym młodzieńcem. Mam córkę, która jest od niego cztery lata starsza, więc zdołałem już poznać to pokolenie muzycznie. Uczą się o wiele szybciej niż my, a my mamy więcej głębi. Kiedy dorosną, również ją nabiorą.

Jak przebiega próba połączenia ragi i muzyki polskiej?
W czasie tego festiwalu, kiedy spędzamy czas na wspólnym graniu, próbuję zrozumieć, czym jest jego muzyka. Kacper szybko uczy się tego, co przekazuję na warsztatach. Robimy duże postępy i muszę przyznać, że polska muzyka, tak jak muzyka skandynawska i muzyka niektórych krajów europejskich, ma pewne cechy wspólne z hinduską ragą. Muzykę polską, tak jak i hinduską, cechuje modalność. To też sprawia, że ta współpraca przebiega nam łatwiej. Myślę, że to dobry początek współpracy między gitarzystą gitary slide i skrzypkiem. Chciałbym się podzielić z nim wieloma rzeczami. Jeśli znajdzie czas, to zrobię to w przyszłości. Nie żyję przeszłością, ale przyszłością, a przecież i moja córka, i Kacper są moją przyszłością.

Co usłyszymy na koncercie?
Nie wierzę w zapowiedzi koncertów. Kiedy muzyka się wydarza, jest darem boskim. A boskiego daru nie da się zapisać na papierze, nie da się o nim rozmawiać. Może się tylko wydarzyć na scenie, a kiedy już się wydarzy, możemy tylko być na nią gotowi i przyjąć ją z tęsknotą i nadzieją, że będzie to dobre. Powinniśmy więc wyczekiwać i modlić się o ten moment. Nie ma żadnego konceptu wstępnego. Mogę powiedzieć, że ćwiczymy razem z Kacprem, wymieniamy się myślami. Pokazuję mu swoje kompozycje, a on proponuje swoje melodie. Razem strukturyzujemy utwory. Powoduje nami chęć zabawy i miłość. Nie przygotowujemy się, nie szyjemy garniturów, nie pastujemy butów. To nie tak działa. Muzyka jest jak natura. Nigdy nie wiemy, kiedy dokładnie spadnie deszcz. Dowiemy się tego wtedy, kiedy pierwsza kropla spadnie nam na głowę. Tak samo jest z muzyką – pada, gdy ma padać i nigdy nie wiemy, kiedy przestanie. Skrzypce Kacpra i moje chaturangi brzmią wspaniale w duecie.

Kacper Malisz: Do takiego spotkania nie da się w stu procentach przygotować. Przed spotkaniem słuchałem rag, ale tak naprawdę tylko w praktyce można wypracować coś wspólnego. Teraz gramy razem i improwizujemy wokół naszych propozycji. Uczę się i widzę, że jest jeszcze wiele do odkrycia. Czuję się zaszczycony i bardzo wdzięczny za możliwość grania razem z Dabashishem Bhattacharyą.

Twoją najnowszą płytę postanowiłeś wydać w hołdzie hawajskiemu mistrzowi Tau Moe. Dlaczego?
Gdy byłem bardzo mały, moi rodzice dali mi gitarę lap. Zacząłem na niej grać hinduską muzykę klasyczną. Zrobiłem to sam i grałem wszystko to, co usłyszałem, bez jakiejkolwiek wiedzy o tym, jak grać na takim instrumencie. Nie wiedziałem też nic o jego historii. W 1996 roku koncertowałem na Hawajach – w sali zebrało się wtedy około 300 hawajskich muzyków. Następnego dnia uczestniczyłem w jednym wydarzeniu wraz kilkudziesięcioma hawajskimi gitarzystami. Jeden z nich – profesor Uniwersytetu Hawajskiego – powiedział mi o Tau Moe. Okazało się, że mój pierwszy nauczyciel był uczniem jego ucznia i tym samym należał do drugiego pokolenia muzyków grających na gitarze slide w moim kraju. Dowiedziałem się, że Tau był w Indiach w latach 1933-1938 i mieszkał w Kalkucie. Istniało połączenie między nim a moim nauczycielem, ale dowiedziałem się o tym dopiero na Hawajach.
Od 1996 roku nagrywałem materiał z myślą o tej płycie. Nagrywaliśmy ją na pięciu hawajskich wyspach, w różnych miejscach. Wtedy też uczyłem się muzyki tam granej. Później poznałem samego Tau Moe w jego skromnym domu na wsi. Odbyliśmy wiele rozmów na temat Kalkuty, był tam w 1937, długo przed moim urodzeniem. W 2004 roku Tau zmarł. Wraz z moimi przyjaciółmi mieszkającymi teraz na Hawajach postanowiliśmy wydać płytę w hołdzie Tau Moe.
Tau Moe jest dla mnie przykładem człowieka, który nie dba o rozgłos, ale wszystko co robi pochodzi z potrzeby serca. Był pierwszym, który wprowadził hawajską gitarę do Indii. Grał dla Gandhiego, Chruszczowa, Einsteina… niewielu ludzi wie, że grał również dla Hitlera.

Tau mieszkał wtedy w Dusseldorfie. Grał koncert razem z 12-14 muzykami, śpiewakami i tancerzami. W piwnicy domu, w którym mieszkali, znaleźli ukrywających się tam kilkunastu Żydów. Ubrał ich w hawajskie stroje, dał im ukulele, dołączył ich do swojej trupy i wywiózł ich bezpiecznie z Niemiec. Nigdy nie opowiedział nikomu tej historii. Gdy zapytałem dlaczego, odpowiedział: „Po prostu chciałem to zrobić. Nie robiłem tego dla nikogo. Chciałem ocalić życie ludziom”. To jest prawdziwa niewinność. We współczesnym świecie coraz o nią trudniej, ale wierzę, że powinniśmy jej szukać, a gdy już znajdziemy – docenić. To kolejny powód do wydania tej płyty.

Nagrania "Hawaii To Calcutta: A Tribute To Tau Moe" trwały od roku 2004 do 2017. Dlaczego zajęło to aż tyle?
W trakcie tych 13 lat nagrałem wiele płyt. Z tą musiałem zaczekać. Kilka utworów skomponowanych zostało przez księżniczkę hawajską – trzeba więc było mierzyć się z biurokracją, pozwoleniami i dokumentami…
Ale w końcu się udało. Starałem się wydobyć z muzyki Samoa oraz z hinduskich rag to, co duchowo łączy nasze dwie kultury. Dokonałem wyboru i muszę powiedzieć, że nagranie takiego albumu może zdarzyć się raz w życiu. Nie da się w jednym życiu czuć tak bardzo związanym z więcej niż jedną czy dwoma historiami. Jestem bardzo dumny z tego, że ten projekt mi się udał, ponieważ nikt wcześniej tego nie zrobił. Do tej pory wielu ludzi nie ma pojęcia co łączy gitarę hawajską z Indiami. Ta płyta ma więc również historyczny i dydaktyczny wymiar. Ci, którzy będą zainteresowani tą historią, będą mieli świadectwo pochodzące od żyjącego gitarzysty, że hinduska gitara slide przywędrowała w 1933 roku z Hawajów do Kalkuty.
{galler}debashish-ethnoport-wywiad{/gallery}
Rozmawiała: Anna Sitko
Zdjęcia: Agnieszka Komór

KOPIOWANIE ZDJĘĆ I TEKSTU BEZ ZGODY I WIEDZY AUTORÓW I REDAKCJI ETNOSYSTEM.PL - ZABONIONE!