• Od początku
  • Czytam
  • Nadzieja, radość, szczęście, rozczarowanie, strach, rozpacz. Adam Bielecki "Spod zamarzniętych powiek" [RECENZJA]


Nadzieja, radość, szczęście, rozczarowanie, strach, rozpacz. Adam Bielecki "Spod zamarzniętych powiek" [RECENZJA]

Adam Bielecki jest z całą pewnością wyjątkową postacią polskiego himalaizmu, osobowością przyciągającą uwagę nie tylko fanów wspinaczki wysokogórskiej, także mediów i dyletantów, bo ma w sobie ten rodzaj zdrowej bezczelności, która potrafi doprowadzić do szału krytykantów żądnych sypania głowy popiołem. Typ outsidera, a outsiderzy przyciągają przecież ludzi. Fascynują ich. Czy lubią? Nie wiem, bo czy wtedy byliby outsiderami?

Bielecki w pewnym momencie "Spod zamarzniętych powiek" pisze o świadomym wyborze życia poza bańką wspinaczkowego środowiska i zrzeszeń. Bardzo dobrze rozumiem fragment o unikaniu prelekcji, spotkań, frustracji, w pewnym momencie jego życia. Outsiderzy z wyboru mają na pewno trudniej - i o tym też dowiemy się z książki Bieleckiego. Sporo muszą innym udowadniać. Ale myślę, że późniejsza satysfakcja jest niepomierna.

Wspinacz z Tychów ma dziś 33 lata. To zdecydowanie za wcześnie, żeby robić generalne podsumowania, ale 20 lat "w branży" to dobry moment na podkreślenie przynajmniej rozdziału. Książka Bieleckiego jest tym właśnie: miksturą wspomnień z najwcześniejszych lat, pierwszych wspinaczek i najważniejszych sukcesów. Poznajemy młodego chłopaka, który pod wpływem fascynacji książkami podróżniczymi postanawia zostać himalaistą i konsekwentnie dąży do obranego celu. Jest to więc opowieść o ogromnej determinacji na nizinach i nadludzkim wysiłku w górach. Adam Bielecki prowadzi nas przez swoją historię bez upiększeń i wybielania - szczerze przyznaje się do popełniania głupich błędów, kiedy jest na to miejsce. Ale nie boi się też przyznać do sukcesu i uznać: "zapracowałem na to".

Nie wiem czy wynika to z osobowości i charakteru wspinacza, bo nigdy go osobiście nie poznałam, czy może z zainteresowania psychologią, które realizował studiując ten kierunek na Uniwersytecie Jagiellońskim, ale w górach Bieleckiego sporo jest emocji, myśli i podróży w głąb siebie. W "Spod zamarzniętych powiek" doskonale wyważa proporcje między tym, co w faktach, a tym, co w głowie. Przy czym na obu płaszczyznach Bielecki zachowuje powściągliwość. Pisząc o mentalnym resecie i medytacyjnym, leczącym stanie, który dają góry, unika "paulocoelhowskich" banałów i śmiesznego przefilozofowania. Podobnie, kiedy opisuje poszczególne przejścia i drogi opiera się zbyt szczegółowemu, technicznemu opisowi. Dzięki temu zachowuje odpowiednią, reporterską dynamikę książki. Czuć tu zapewne pomoc wprawionego w bojach na tym polu dziennikarza Dominika Szczepańskiego, który współpracował z Bieleckim przy powstawaniu tej książki.

Autor nie unika opisów fizjologii wspinaczki, w czym widać fascynację piórem Kukuczki albo Hajzera, którzy w swoich tekstach podobnie mówili o tym jak w górach jest, bez perfumowania i czynienia z himalaistów herosów pozbawionych naturalnych albo biologicznych odruchów. Nie przesadza z tym jednak, przez co trochę zamazuje typowy dla literatury wysokogórskiej klimat "sztuki cierpienia". Musi wynikać to ze stylu wspinaczki Adama Bieleckiego - szybkiego, chroniącego himalaistę przed skutkami nazbyt długiego narażania na czynniki niszczące organizm na wysokości 8000 m.n.p.m. Podobnie jak Andrzej Bargiel, który w wywiadzie dla "Wysokich Obcasów" powiedział: "Wokół himalaizmu panuje zbędny mit heroizmu - że tam jest strasznie ciężko, wszyscy walczą o przetrwanie i obowiązkowo z nosa zwisa im sopel. Nie kupuję tego wizerunku. Nie idę w góry po to, żeby się zamęczyć". Bieleckiemu wprawdzie zwisa sopel lodu z nosa i traktuje swoich mistrzów jak herosów - do czego parokrotnie w swojej książce się przyznaje - ale po lekturze "Spod zamarzniętych powiek" odnoszę wrażenie, że męczarnia i rzeź na wysokości, znane z innych książek o Himalajach, nie są tu obowiązkowe. Mimo tego jednak dowiadujemy się sporo o wspinaczkowym zapleczu i zachowaniu organizmu na wysokości. Nie wiem czy przekonają one tych, co „na pewno zrobili by to lepiej”. Ale jeśli nie, to im już nic nie pomoże.

Nazwisko Bieleckiego bez wątpienia do tego tytułu przyciągnie, szczególnie tych, którzy nadal potrzebują nakarmienia się sensacją Broad Peaku. Jest oczywiście poświęcony tej ekspedycji rozdział, który jednak chyba rozczaruje żądnych krwi i sensacji. Dużo ważniejszym jednak powodem, dla którego warto zwrócić uwagę na tę pozycję jest fakt, że to po prostu kawałek solidnej górskiej literatury, którą pochłania się za jednym posiedzeniem. I która – co więcej – motywuje i inspiruje. Zupełnie jak te książki, przez które Bielecki sam zaczął się wspinać.

Kaśka Paluch

Wydawnictwo Agora luty 2017

tytuł recenzji zaczerpnięty z tytułu jednego z rozdziałów książki