Małgorzata Szumska: Filipińczycy uczą szczęścia

Małgorzata Szumska kilka lat temu pojechała na Syberię, szukać swoich korzeni, napisała świetnie przyjętą książkę "Zielona Sukienka". Po Tajfunie Yolanda, który w roku 2013 zrównał Filipiny z ziemią, pojechała pomagać, budować domy, zadbać o ludzi, którzy stracili wszystko. Miało być kilka tygodni, wyszło pół roku. Na Filipiny wraca, kiedy tylko może. Chociaż ma pracę, którą lubi, realizuje swoje pasje, ma narzeczonego, rodzinę, dach nad głową, to dopiero Filipińczycy pokazali jej, jak się cieszyć z tych prostych, ale ważnych rzeczy.


Wywiad z Małgorzatą Szumską, autorką książki "Twarze tajfunu". 
Wypowiedzi pod zdjęciami pochodzą z rozmowy z Seanem Dalahayem, autorem zdjęć do książki.

Iśka Marchwica, Etnosystem.pl: Jadąc na Filipiny zdecydowałaś się na ciężką pracę - pracę z ofiarami kataklizmu, pracę która łączy się ze zmaganiem nie tylko o przetrwanie ale też odbudowanie jakiejś tożsamości.
Małgorzata Szumska, autorka “Twarzy tajfunu”: Po “projekcie Syberyjskim”, kiedy pojechałam na Syberię śladami moich dziadków i napisałam o tym moją pierwszą książkę “Zielona sukienka. Przez Rosję i Kazachstan śladami rodzinnej historii”, stwierdziłam, że chyba nie będę już umiała podróżować wyłącznie turystycznie. Tamta podróż była tak głęboka i ważna dla mnie, pokazała mi moje słabości i pomogła pogodzić się z wieloma rzeczami, że ciężko mi było zaplanować podróż typowo turystyczną. W 2013 roku, kiedy Filipiny zaatakował potworny tajfun Yolanda, ja byłam na życiowym rozdrożu, właściwie nic mnie tu nie trzymało. Kończyłam studia aktorskie, w Krakowie kończyłam kursy life-coachingu, więc uznałam, że to dobry moment, żeby wyjechać, zwłaszcza, jeśli mogę komuś pomóc. Wyjechałam na trzy tygodnie, a zostałam w sumie sześć miesięcy. W trzecim miesiącu poznałam Seana Delahaya, który jest autorem zdjęć do mojej książki i z którym zrobiliśmy sporo wspólnych projektów. Początkowo działaliśmy dla organizacji, przez którą pracowaliśmy charytatywnie dla Filipińczyków - Young Pioneer Disaster Respons - ostatecznie jednak drogi nasze i YPDR się rozeszły.

Twoja i Seana praca na Filipinach związana była właśnie z YPDR - takie organizacje pomagają w zbieraniu pieniędzy, organizowaniu życia po kataklizmach. Czy to najlepszy sposób niesienia pomocy?
W mojej książce zadaję sobie i czytelnikowi wielokrotnie pytanie ”Jak pomagać?”. Odpowiedź wcale nie jest prosta i nigdy nie jest jednoznaczna. YPDR miało świetny plan, ale ostatecznie działalność tej organizacji zaczęła się rozmywać przez prywatne biznesy, niejasności finansowe. Zauważyłam to po jakimś czasie, dlatego dziś nie chcę być kojarzona z tą organizacją. Zresztą nie jest to kwestia wyłącznie tej organizacji - widzę tę hipokryzję i brak konsekwencji wielokrotnie. Organizowane są drogie obiady, zapraszani są mistrzowie duchowi, coache i spece od sytuacji kryzysowych, którzy godzinami przy suto zastawionym stole debatują nad tym, jak pomóc ofiarom kataklizmu. Tymczasem ofiary kataklizmu stoją tuż za szybą restauracji, w której organizowane jest zebranie, i nie mają co jeść. Były też sytuacje, w których ludzie, którzy spokojnie mogli sami zapewnić sobie dom, dostawali dom od organizacji charytatywnej, bo byli sprytni i zaradni. Pomoc nie zawsze trafiała w dobre ręce…

fot. Sean Delahay
Krajobraz po tajfunie; fot. Sean Delahay

Kontrolujesz to jakoś teraz? Widzisz, czy ta pomoc była dobrze ukierunkowana?
Częściowo. Od trzech lat regularnie jeżdżę na Filipiny i patrzę, jak nasza pomoc działa, jak sobie ludzie radzą. Ci, którzy dostali od różnych organizacji domy radzą sobie bardzo dobrze i nigdy bym im tych domów nie odebrała. Ale wciąż widzę, że idea pomagania jest trudna i nie jest łatwo wybrać odpowiedni tor pomocy. W głowie wciąż mam takie stwierdzenia “Mógłbym sam wybudować sobie dom, ale po co, skoro dacie mi go za darmo”. Zauważyłam też, że przez pierwsze trzy miesiące po tajfunie, Filipińczycy nie mieli potrzeby iść do pracy, zadbać o siebie, bo cały czas przyjeżdżały organizacje, wolontariusze, pomoc z zewnątrz, która dawała wodę, jedzenie, namioty, materiały na domy. Pomoc jest potrzebna - ale czy to była najlepsza pomoc? Takie pytania zadaję w swojej książce, która z założenia nie jest ciężkim reportażem, a raczej… rozważaniem.

Pamiętasz sytuacje, które szczególnie cię poruszyły? Kiedy dawaliście pomoc, która była źle wykorzystywana?
Zdarzało się, że do jakiejś rodziny trafiały materiały budowlane na dom, które miały czekać, aż pracownicy danej organizacji skończą pracę w innym miejscu będą mogli rozpocząć pracę nad tym domem. Przychodzili po jakimś czasie do pustego magazynu - materiały dawno zostały przez tę rodzinę sprzedane, bo “deskami dzieci nie nakarmię”. Z jednej strony pokazuje to zaradność takiego człowieka i jego myślenie o rodzinie, z drugiej - pokazuje, że pomagamy nie tak i nie wtedy, kiedy trzeba. Że być może marnujemy czasem pieniądze, bo ta pomoc nie jest odpowiednio zaplanowana, przemyślana i dostosowana do danego miejsca, człowieka, sytuacji. Kobieta, o której mówię, zrobiła to trzy razy, czyli nasza organizacja trzy razy wydała na nią pieniądze, zamiast przeznaczyć je dla w sumie trzech potrzebujących rodzin.

fot. Sean Delahay
Marc Antoni Mac Mac, fot. Sean Delahay

Historię Mac Maca w naszej rozmowie wspominała i Małgosia i Sean - obydwoje byli poruszeni jego losem.
Mac Mac był ulubieńcem wolontariuszy, niemalże maskotką. Wolontariusze dbali o niego, kupowali mu ubrania, bawili się z nim. Kiedy jednak się "znudzili", chłopiec został pozostawiony sam sobie, bez opieki i zainteresowania.
Po kilku latach, Małgorzata Szumska spotkała Mac Maca - ma 15. lat, mieszka na ulicy, pije, pali i nie widzi dla siebie przyszłości. 

To nie jest chyba kwestia sprytu czy premedytacji wykorzystania “naiwnego bogacza”, raczej niezrozumienia danej kultury, warunków życia, systemu życia.
To jest duży problem, który staram się pokazywać. Pomagamy tak, jak nam się wydaje słuszne, według swojego systemu wartości i zachodniego europejskiego myślenia. Kiedy po powrocie z Filipin pokazywałam znajomym zdjęcia domów, które wybudowaliśmy, słyszałam wielokrotnie komentarze “Nie wstydziliście się budować takich klitek?”. W naszym mniemaniu, dom który daję ofierze katastrofy musi by wielki, piękny, murowany, malowany, wyposażony. Tymczasem my budowaliśmy małe drewniane chaty dostosowane do codzienności Filipińczyków - z paleniskiem na zewnątrz i miejscem do przeczekania deszczu, bezpiecznego snu w środku. Czasami, chcąc okazać naszą hojność zdobywamy się na gesty absurdalne - na przykład w jednej wiosce mieli telewizor, choć nie mieli prądu. Telewizor dostali w darze od jakiejś majętnej organizacji i bardzo się z niego cieszyli. Stał na honorowym miejscu i… w żaden sposób im nie służył. Za to organizacja na pewno wykazała, że przekazała potrzebującym drogi, najwyższej klasy sprzęt…. Pomysł był w sumie dobry, bo telewizji, z wiadomości można dowiedzieć się o zagrożeniu tajfunem, burzach, czy w ogóle - co dzieje się na świecie. Niestety - akurat ta wioska nie ma z tych dobrodziejstw jak skorzystać.

A jakieś dobre przykłady pomocy? Takie rozwijające, długofalowe?
Jakiś czas temu poznałam Agę, Polkę, która zbiera okulary dla potrzebujących. Przyjechała też na Filipiny z ekipą i prostą maszyną do badania wzroku. Pomogła wielu osobom po prostu dając im okulary. Okulary to wzrok, poprawienie jakości życia, możliwość nauki, możliwość zadbania o swoją codzienność. Nie dała im pieniędzy, nie wyręczyła, ale zdecydowanie pomogła.

Ty budowałaś domy…
Nie tylko, bo też w pewnym momencie zauważyłam, że pomoc materialna to nie wszystko. Robiłam teatr lalek, o którym piszę trochę w książce. Nasze “puppet show” okazało się bardzo ważnym projektem w świecie, w którym wszyscy zajmują się dorosłymi, w którym codzienność jest wielkim problemem, dba się tylko o domy, wodę pitną jedzeniem. O dzieciach zupełnie się zapomniało. Początkowo mieliśmy jeździć z przedstawieniami tylko w niedziele, ale szybko stało się to moją codzienną rutyną, tak bardzo był to potrzebny projekt. Odwiedzaliśmy głównie szkoły - odzew był niezwykle pozytywny. Okazało się, że poświęcenie dzieciom uwagi, przywrócenie im na chwilę dzieciństwa, jest równie ważne, jak zbudowanie domu.

Podniosłaś kwestię, która przy takich kataklizmach jest zawsze ważna - czy to w czasie wojny, czy klęski żywiołowej. Kultura, a co za tym idzie, dobre samopoczucie psychiczne, są ogromnie istotne.
Wiele osób przyjeżdżało na Filipiny właśnie z tym przeświadczeniem i tą myślą w głowie. Nasza pomoc jest ważna, ale szacunek do kultury Filipińczyków, ich trybu życia, ich wartości, jest jeszcze ważniejszy. Dlatego, jeśli jakiegoś dnia było święto, a my właśnie chcieliśmy pracować, to tego nie robiliśmy. Filipińczycy są ogromnie religijni i takie działanie by ich uraziło, więcej by im odebrało, niż dało. Ten szacunek objawiał się też w inny sposób. Sporo osób przyjechało pod Yolandzie z bardzo hipisowskim nastawieniem “Pracuję za darmo w ciężkich warunkach, robię coś dobrego, więc wieczorem się zabawię”. To poszło w złym kierunku, bo z działalności charytatywnej, pobyt na Filipinach zamienił się w wolnoturystykę. Były imprezy karaoke, picie rumu na plaży i podrywanie miejscowych dziewcząt. Na szczęście, część osób w tym ja w porę przypomniało sobie, jaki jest główny cel ich pobytu na Filipinach. Skupiliśmy się znowu na ludziach, ich potrzebach i pracy. Ci, którym się to nie podobało, w końcu wyjechali bawić się gdzie indziej.

fot. Sean Delahay
Rozgrzewka przed walką kogutów, fot. Sean Delahay 

To była decyzja tych osób czy szefostwa organizacji?
Kiedy szefowie zwrócili na to uwagę, takie zachowania się skończyły, ale pewne zgrzyty zostały. Moi szefowie kupili koguta, tłumacząc, że walki kogutów są tradycją na Filipinach i chcąc się dopasować do lokalnej społeczności, my też powinniśmy brać w nich udział. Walki kogutów są okropne, niesamowicie brutalne, biorą w nich udział sami mężczyźni, adrenalina sięga zenitu, testosteron tryska… Nie sądzę, żeby moim szefom chodziło o “zrozumienie lokalnej społeczności”. Być może trafiłam na nieodpowiednich ludzi, ale to pomogło mi zobaczyć, jak zły kierunek może przybierać “pomoc” i jak trudne jest zachowanie integralności w działaniach charytatywnych w obcych krajach.

Miałaś potem do czynienia z inną organizacją?
Współpracowałam z PAH-em i ich system działania bardzo mi się podobał. Przyjechały dwie dziewczyny z konkretnym planem i środkami finansowymi, wybudowały kilkaset domów, po jakimś czasie sprawdziły, jak mieszkańcy sobie radzą, zobaczyły, że te domy są zadbane i rozbudowywane, co oznacza, że korzystające z nich rodziny prowadzą aktywne życie, potem wybudowały szkołę i pojechały. Najgorzej, kiedy organizacja zostaje w społeczności po katastrofie za długo. Wtedy gdzieś zanika kwestia pomocy, a tworzy się jakaś dziwna relacja, pełna zależności, chęci zarządzania, wtopienia się…

Może “biały” zawsze będzie człowiekiem z zewnątrz, który przychodzi, coś daje, coś zabiera, a potem traci zainteresowanie…
Niestety, niektóre sytuacje utwierdzają taki stereotyp, a ponieważ dziś zaangażować się w organizację charytatywną może każdy, bez względu na intencje, to efekty bywają bardzo różne. Na szczęście - nie wszyscy tacy są i nie wszyscy niszczą reputację wolontariuszy. Podczas mojej ostatniej wizyty rozmawiałam z Mamą Aurorą - cudowną kobietą, którą YPDR zatrudniło do pomocy w kuchni. Mama Aurora uwielbiała nas, opiekowała się, robiła nam lecznicze masaże. Mieliśmy z nią wspaniały kontakt. Niestety, kiedy YPDR zakończyło działalność na Filipinach - z dnia na dzień zwolniło Mamę Aurorę, bez wyjaśnienia bez uprzedzenia. Rozmawiając z nią, usiłowałam jej wytłumaczyć skąd taka decyzja, jak działają takie organizacje… Było mi bardzo smutno, bo zostawiliśmy wspaniałą kobietę bez środków do życia, z dnia na dzień. Nikt nie pomyślał o tym, że ona nie traktuje tej pracy tak, jak my w Europie. Z jednej strony - decyzja o zakończeniu pomocy Filipinom była słuszna, bo Filipińczycy muszą stanąć na własne nogi, otworzyć własne biznesy, zadbać sami o siebie. Z drugiej jednak, nikt nie poświęcił tym ludziom czasu i troski. Skończyła się moda na pomoc Filipinom, skończyły się dotacje, skończył się etap, skończyła się... cóż - rodzina.

Brakuje nie tylko czynnika ludzkiego ale też ciągłości działań. Przeskakujemy z naszym zainteresowaniem od kraju do kraju, mało kto zajmuje się jego dalszymi losami…
Zauważyłam, że problemy zaczynają się, kiedy pomoc przychodzi od osób, które uważają, że są “lepsze”. Czyli pomagam, bo lepiej umiem, więcej wiem, mam większe doświadczenie, żyję w lepszym świecie. Pracowałam na Filipinach w sumie z sześcioma różnymi fundacjami - z jednymi było mi bardziej, z innymi mniej po drodze. Ale miałam szansę zaobserwować, jak funkcjonują ludzie w traumie i czego potrzebują. Filipińczycy po Yolandzie nie wiedzieli co robić, za co się zabrać. Ich miejsca pracy zostały zrównane z ziemią, więc nie mieli gdzie i jak zarabiać pieniędzy. Nie mogli się schronić, bo wioski przestały istnieć. Mama Aurora, o której wspominałam, pewnego dnia siadła na ziemi i zaczęła modlić się do boga o wskazówkę, co teraz robić. Myślę więc, że w takich momentach pomoc z zewnątrz jest bezcenna, Kiedy pojawia się ktoś spoza tego chaosu.

Co nie zmienia faktu, że po pierwszym otrząśnięciu się z tragedii, ludzie nie zawsze idą do przodu. Pytanie brzmi - czy w tym momencie dalej potrzebują tej pomocy z zewnątrz.
Zapominamy, że ludzie są różni. Kiedy wróciłam na Filipiny po jakimś czasie zobaczyłam, że niektórzy zadbali o swoje domy - rozbudowali je, zawiesili hamaki, stworzyli ogródki. A niektórzy - żyją w strzępach namiotów, które jedna z fundacji postawiła dla nich “tymczasowo” tuż po huraganie. Ale ludzie tacy są - jedni mniej, drudzy bardziej zaradni i trzeba brać to pod uwagę przy ocenie efektów pomocy po katastrofie. W takich momentach myślę, że te duże organizacje, jak Islamic Relief czy Czerwony Krzyż, które wpadają do miejsca ogarniętego klęską żywiołową, dają schronienie, pitną wodę, leki i idą do następnych potrzebujących, nie podchodzą do zagadnienia lepiej. Bardziej racjonalnie. W końcu… Filipińczycy żyją od setek lat i sobie jakoś radzą. Tajfuny i powodzie były zawsze, a żeby się z nich otrząsnąć, nie potrzebowali Europejczyków. To nam się wydaje, że oni bez nas sobie zupełnie nie poradzą i to jest to właśnie zgubne podejście “lepszego”.

fot. Sean Delahay
Dziewczynki na terenie szkoły, fot. Sean Delahay

Mówiłaś o szkołach, o waszej pomocy dzieciom - jak one radziły sobie z powrotem do rzeczywistości?
Bardzo dobrze i może nawet szybciej niż dorośli. Kilka dni po tajfunie powstały pomieszczenia szkolne, prowizoryczne klasy, w które czasem zacinał deszcz, wiatr szarpał ławkami. Ale dzieciaki na Filipinach mają ogromny szacunek do szkoły i edukacji i choćby nie wiem co się działo - przychodziły i kontynuowały naukę. W tym roku widziałam, że szkoły się odbudowują i stopniowo rozbudowują. Aktualnie w Santa Fe, dzieci uczą się na dwie zmiany - jedne wstają o 5. rano i zaczynają lekcje już o godz. 6, drugie przychodzą na 13. i uczą się do godz. 19. Wszystkie dzieci i dorośli wiedzą, że edukacja jest przepustką do lepszego życia, więc szkoła jest po prostu ogromnie ważna w życiu Filipińczyków.

Jak wyglądała twoja współpraca z Filipińczykami, praca nad książką?
“Twarze tajfunu” oparłam na wywiadach, które robiłam z Seanem. Każdemu rozmówcy zadawałam tylko trzy pytania: Jak było podczas Yolandy? Czy jesteś szczęśliwy? O czym marzysz? Oczywiście wcześniej dużo rozmawiałam z tymi ludźmi i te pytania do książki zadawałam dopiero po jakimś czasie. Wszyscy odpowiadali podobnie: podczas Yolandy była tragedia i jest to najgorsza rzecz, jaka im się przytrafiła. Ale 99% osób mówiło, że teraz są szczęśliwi - bo przeżyli, bo są zdrowi, bo moja rodzina jest zdrowa, może znajdę pracę. A o czym marzą? Marzenia mają proste i piękne zarazem. Mieć dom, mieć pełną rodzinę, mieć dobrą pracę, żyć bez strachu.

Filipińczycy uznawani są za niezwykle szczęśliwy naród.
I tak jest - to są ogromnie pozytywni ludzie, którzy nawet w obliczu tragedii nie tracą uśmiechu. Ale kiedy my, posiadający domy, pracę, pieniądze, słuchamy, jakie marzenia mają filipińskie nastolatki… Trochę się wzruszamy a trochę przerażamy. Z jednej strony to piękne, że można marzyć po prostu o stabilnym domu, pracy i rodzinie, z drugiej boli to, że te dzieciaki nie sięgają wyobraźnią dalej. Najbardziej szalonym marzeniem, jakie zdradziła mi jedna z dziewczynek, było zostanie lekarzem.

O czym jest twoja książka?
O ludziach i o szczęściu. O ludziach, którzy są szczęśliwi. O ludziach, którzy przeżyli jeden z najgorszych tajfunów w historii Filipin, a miesiąc po tych tragicznych wydarzeniach, potrafią wyprawić wielką fiestę i bawić się, cieszyć z tego, że przeżyli. Nie ma ani jednego domu w wiosce? Co z tego - cała społeczność zrzuca się na kilka świniaków, które pieką na rożnie, są tańce, zabawa i oczywiście pokazy tańców Lady-Boy.

fot. Sean Delahay
Dziewczynka bawiąca się oponą, fot. Sean Delahay

Iśka: Nie wyobrażam sobie sytuacji, w której tracę dom, przyszłość, rodzinę, a i tak zbieram się w sobie, buduję, tworzę, cieszę się...
Sean: Bo nie jesteś Filipinką. Oni to mają w genach, jak kolor skóry. Nie lamentują, nie rozpaczają. To najbardziej uśmiechnięci ludzie, jakich poznałem

Może udało ci się opowiedzieć o pewnej wspólnocie - która była i której nie zniszczył nawet tajfun?
Tak, Filipińczycy nie zgubili międzyludzkich relacji, które ja jeszcze pamiętam z początku lat 90. w Polsce. Ja pochodzę z małej wioski na Dolnym Śląsku, w której prawie nikt nie miał telewizora, a jak miał, to źle odbierał, więc ludzie spędzali czas ze sobą. Przez nasz dom przewijały się tłumy ludzi, mama grała na gitarze, dziadek siedział na ławce przed domem, przysiadał się do niego jakiś sąsiad, który wracał z grzybów… Potem tempo życia wzrosło, zamknęliśmy się przed komputerami i to społeczne życie trochę umarło. Kiedy pojechałam pierwszy raz na Litwę a potem na Syberię, poczułam się, jakby wróciła do Polski mojego dzieciństwa i na Filipinach miałam podobne odczucie. Na Filipinach przed każdą chatą, szałasem, namiotem jest ławeczka, bo trzeba mieć gdzie pogadać. Jeśli we wsi jest telewizor, to wszyscy się schodzą, zrzucają się po parę peso na prąd i oglądają na przykład “Rambo III” jeden przez drugiego, komentując i przeżywając wspólnie. Wioska jest rodziną, sąsiedzi opiekują się sobą nawzajem, ludzie dbają o siebie. Trochę im tego zazdroszczę i chciałabym, żebyśmy w Polsce zadbali o siebie i zaopiekowali się sobą nawzajem tak, jak robią to Filipińczycy.

Czy Filipińczycy uczą cię być szczęśliwą?
Podczas jednego ze spotkań autorskich padło pytanie, czy jestem szczęśliwa. I ja wiem, że jestem, ale widzę to dopiero wtedy, kiedy zrobię krok wstecz. Mam bardzo szybkie intensywne życie. Prowadzę z narzeczonym pensjonat, otwieramy nową salę weselną, piszę książkę… Wszystkiego jest bardzo dużo. I czasami wieczorami siadam i mam doła, chcę wyjechać, uciec na Filipiny, wyjść z tego wiru. Wtedy zaczynam się zastanawiać - skąd to się bierze? I myślę sobie, że mam wspaniałego narzeczonego, mam świetną pracę, moja rodzina jest zdrowa, mieszkamy w małym mieszkaniu, ale jest ciepło, sucho i nic nam nie grozi. Jak sobie to uzmysłowię - czuję, jak bardzo jestem szczęśliwa. I uczę się to akceptować i nie czuć się winna - szczęście nie jest niczym złym, poczucie, że się komuś pomogło, nie jest niczym złym. Tego uczą mnie Filipińczycy.


Rozmawiała: Iśka Marchwica
Książka Małgorzaty Szumskiej ze zdjęciami Seana Delahaya “Twarze tajfunu” ukazała się w listopadzie 2016 nakładem Wydawnictwa Czarne w serii “Gringo”