• Od początku
  • Czytam
  • KATARZYNA MAZURKIEWICZ: Życie w slajdach i slajdy, które żyją [WYWIAD]


KATARZYNA MAZURKIEWICZ: Życie w slajdach i slajdy, które żyją [WYWIAD]

Spotkali się w Tatrach i od górskiej pasji zaczęła się ich miłość. Po trzydziestu latach wciąż są małżeństwem, podróżują i organizują Festiwal Slajdów Podróżniczych “Terra”. Choć dla podróży muszą rozstawać się na kilka miesięcy w roku, to nie wyobrażają sobie innego stylu życia, jak w wiecznej podróży i zachwycie światem. Katarzyna Mazurkiewicz, opowiedziała nam o swoim mężu i podróżniczym partnerze, ale też o tym, czego szuka w pokazach slajdów i dlaczego pomaga innym realizować podróżnicze marzenia.



Iśka Marchwica, Etnosystem.pl: Umawiając się na tę rozmowę powiedziałaś, że prędzej możesz zaproponować miejsce do rozmowy w Indiach niż w Warszawie. Indie są ci aż tak bliskie?
Katarzyna Mazurkiewicz, TERRA Incognita: Mamy z Andrzejem naturę korników, lubimy drążyć więc do Indii wracamy co chwilę. A to na święta, a to o różnych porach roku, a to spotkać się z tymi ludźmi, z którymi nie udało się ostatnio… W związku z tym, z Indiami mamy… ogromny problem! Przyznaję, że nie najgorzej znamy indyjskie Himalaje, bo tam jeździmy często i z grupami, w roli przewodników i prywatnie, na urlop. Oprócz tego złapałam bakcyla na Indie, ale te najbardziej znane Indie - chciałabym zobaczyć wszystkie typowe, charakterystyczne miejsca tego kraju.

Lubisz jeździć w grupami, w roli przewodnika i opiekuna?
Bardzo lubię, bo uwielbiam obserwować, jak ludzie w grupie się zmieniają. Osoby, które decydują się na trekking w indyjskich Himalajach, najczęściej są zaznajomione z podróżowaniem. Przez pierwsze trzy dni mamy więc festiwal opowieści - gdzie, kto był i czego to nie widział. Co jest oczywiście ciekawe, ale jeszcze ciekawsze jest obserwowanie, jak ze zbioru nieco wystraszonych i niepewnych osób, w trakcie wyprawy, tworzy się zgrana grupa. Obserwuję też często, jak w trakcie podróży, osoby które podchodziły do miejscowych z wyższością, nabierają do nich szacunku i zaufania. Z grupami mieszkamy u prywatnych ludzi, w sercu Himalajów, więc te zmiany w grupie są bardzo intensywne i piękne.

A Indie? Dlaczego skradły twoje serce?
To jest ogromny kraj niemalże nie do ogarnięcia. Ja uwielbiam po nim jeździć, bo jest niebywale różnorodny, nie należy do krajów wysoko rozwiniętych - a jeżdżenie po Indiach “luksusowo” uważam za bezsensowne - i mieszkają w nim super otwarci ludzie. Indie oczywiście też kipią wspaniałymi zabytkami, które lubię oglądać, a najbardziej lubię poznawać opuszczone stolice dawnych królestw, które aktualnie znajdują się w małych miejscowościach. Można więc otrzeć się o prastarą historię nie męcząc się zbyt długim zwiedzaniem. Ostatnio też fascynują mnie indyjskie święta, na które zawsze zjeżdżają tłumy ludzi - stąd też wybór tematu ostatniej naszej prelekcji na Slajdach “In Mundo” w Kinie Luna, “Ganges - z biegiem świętej rzeki”.

Gdzie z mężem najchętniej wracacie?
Oczywiście w indyjskie Himalaje, napisaliśmy o nich nawet specjalny przewodnik trekkingowy. Mamy jednak z Andrzejem różne potrzeby w podróży i lubimy osiągać inne cele. Andrzeja bardziej interesują góry - lubi przejść jakąś konkretną trasę, zdobyć wytyczony szczyt, poznać nowy szlak. Ja z kolei lubię, żeby na naszej trasie byli ludzie - zatrzymać się u nich, pobyć z nimi. Dlatego moimi ulubionymi miejscami jest Zanskar - buddyjskie królestwo leżące po północnej stronie Himalajów, krajobrazowo i kulturowo zbliżone do Tybetu, a drugim miejscem jest Kaszmir, którym jesteśmy zafascynowani od kilku lat. Powiedziałabym, że Kaszmir to taka himalajska Persja, region zjawiskowo piękny. Mieszkańcy mają wysoko rozwiniętą kulturę i umiłowanie sztuki, są niezwykle piękni, praktykują nieortodoksyjny islam, który jest ogromnie barwny. I też tutejsze góry są prześliczne. Tu się najlepiej czuję, ale też bardzo ciekawi mnie stan himalajski Himachal Pradesh, będący zlepkiem różnych księstw, z których każde jest zupełnie inne.

Kasia w Indiach, fot. A. Mazurkiewicz

Zanim doszliście do takiego momentu, w którym Indie znacie bardzo dobrze, musieliście bardzo się nagimnastykować. Podróżować wspólnie zaczęliście prawie trzydzieści lat temu.
Dokładnie w 1988 roku i faktycznie nie było łatwo. Żeby dostać paszport musieliśmy mieć specjalne upoważnienie, dlatego “podczepiliśmy się” pod wyprawę himalajską klubu, do którego Andrzej należał. Oczywiście, to podczepienie musieliśmy “opłacić” pasztetatmi, kaszkami i innymi prezentami, żeby uzyskać konkretne stempelki i zebrać papiery, które pozwoliły Klubowi na zwiększenie przydziału. Kiedy udało się załatwić kwestie papierkowe, musieliśmy zarobić na ten wyjazd. Średnia pensja w Polsce wynosiła wtedy 15 dolarów, co absolutnie nie pokryłoby żadnych kosztów wyjazdu. Więc ja zaczęłam sprzątać czyste niemieckie domy, a Andrzej uprawiał himalaizm przemysłowy [śmiech], czyli wykonywał najróżniejsze prace wysokościowe. Pierwszy raz do Indii pojechaliśmy na cztery miesiące i już po samym przyjeździe problemy się nie skończyły - trzeba było zdobywać informacje. Pierwszy trekking przeszliśmy z kartką wydartą z niemieckiego katalogu, w którym znaleźliśmy jakieś opisy szlaku. Zdobywanie informacji miało swój urok, tak jak ciągłe oszczędzanie. Nie raz czekałam z plecakami na Andrzeja, który wracał po poszukiwaniu noclegu ze słowami “Mam kompletną norę za 1,5 dolara, albo jeszcze większą norę za 1 dolara. Co bierzemy?” [śmiech]. Oczywiście - zawsze braliśmy to, co tańsze. Podobnie ze sprzętem - do dziś pamiętam nasze różowe polary, które kolega nam uszył z misia podszewkowego zdobytego w PeWeXie! Jak patrzę na to z perspektywy czasu i osoby, która ma inne skarpetki do biegania, inne do trekkingu i inne na rower, to mi się wydaje abstrakcją, ale takie były realia!

PRL-owska kombinatoryka. Trudno uwierzyć, że nie wróciliście wykończeni i zniechęceni.
Nas zachwycił smak długiej podróży - mając całe cztery miesiące, nigdzie nie musisz się spieszyć i planować. Podczas wyjazdu dwutygodniowego, musisz wiedzieć co chcesz zobaczyć i co zrobić. My mieliśmy luksus poddania się temu, co nam los przyniesie. Dowiedzieliśmy się o jakimś święcie - poczekaliśmy na nie, dowiedzieliśmy się o jakimś ciekawym miejscu - pojechaliśmy tam, gdzieś nam się spodobało bardziej - zatrzymaliśmy się. Przez kilka lat w taki sposób żyliśmy - on na linach, ja w Niemczech, a potem wyjeżdżaliśmy na 3-4 miesiące, czasem nawet pół roku. W tamtym okresie jeździliśmy bardzo dużo do Rosji - to był dobry czas na zwiedzanie Rosji, bo przez bałagan polityczny było tam bardzo tanio. Przez cztery lata, spędziliśmy w Rosji w sumie półtora roku, głównie w Jakucji, trochę na Kamczatce, Wyspach Kurylskich, w okolicach Bajkału i Mongolii.

Życie bardzo dyktowane pasją, ale… chyba niełatwe ostatecznie.
Żyliśmy sobie radośnie, ale bez pomysłu na dalsze lata. Fajnie się mówi - wolne duchy bez mieszkania, pracy i ZUSu, ale w końcu trzeba było postanowić, co dalej. W Niemczech zafascynowałam się pokazami slajdów, w Polsce jeszcze takich nie było - poza spotkaniami w klubach górskich. W Niemczech natomiast funkcjonowały profesjonalne biletowane pokazy, organizowane w dużych salach. Slajdy uzupełniane były muzyką, podkreślane było to, że komentarz jest na żywo. Totalnie mnie to zafascynowało i postanowiłam rozpocząć takie pokazy w Polsce. Myśleliśmy wtedy z Andrzejem, że jak sypniemy taką bogatą podróżniczą ofertą, to nie opędzimy się od domów kultury i szkół. Reakcja była zgoła inna, wręcz patrzono na nas, jak na zgniłe jajo, bo kto to widział płacić za oglądanie zdjęć z wycieczek… Założyliśmy więc biuro podróży Terra Incognita, które miało oferować wyjazdy w zupełnie nieznane rejony, ale również ludzie i życie zweryfikowali nasz tor działań, który musieliśmy przenieść na bardziej dochodowe i znane klientom kierunki. Choć wciąż mamy w ofercie autorskie wyprawy w mniej znane rejony indyjskich Himalajów.

W końcu jednak udało się rozwinąć działalność slajdową - to wasz konik do dziś.
W Niemczech chodziłam na wiele pokazów, do dziś jeżdżę na jeden festiwal slajdów, jako wolontariusz, żeby się napatrzeć. Niesamowicie mnie to inspiruje i fascynuje, bo każdy pokaz jest inny. Czasem pokaz jest słaby, wręcz na nim przysypiam, a następnego dnia - siedzi mi w głowie i myślę o nim. Czasem w trakcie pokazu jestem zauroczona i zaciekawiona, ale chwilę po nim, już mi wylatuje z głowy. Po zapoznaniu się z tematyką slajdów podróżniczych, zauważyliśmy z Andrzejem, że w Polsce nie ma profesjonalnych imprez tego typu. I tak zdecydowaliśmy się zorganizować pierwszą Terrę - imprezę, która z założenia miała finansować się sama.

I finansuje?
To będzie szesnasta edycja festiwalu, więc jakoś to działa! Ale mówiąc krótko - jeśli nie przyjdą widzowie, to my leżymy. Nawet rok temu myślałam, że to będzie już ostatnia Terra, ale… jakoś udało się zorganizować kolejną. Myślę, że festiwal cieszy się zainteresowaniem i zaufaniem widzów, bo nasi festiwalowicze ufają naszej preselekcji, naszej ocenie wybranych pokazów. Terra nie organizuje konkursu, wolnego naboru - pokazy wybieramy osobiście. Tak, jak normalni ludzie chodzą do kina czy teatru, my chodzimy wyłącznie na pokazy slajdów. I zapamiętujemy, zastanawiamy się, czy dana prezentacja byłaby dobrym punktem programu Terry. Nie są to pokazy o największych wyczynach czy jakichś wybitnie niesamowitych wyprawach - liczy się pomysł pokazu, sposób przedstawienia, coś nas musi zainteresować. Dlatego też pokazów na festiwalu jest niewiele - chcemy, żeby widz miał czas porozmawiać z autorem, spotkać się ze znajomymi, wypić kawę i pomyśleć o tym, co właśnie przeżył.

Co jest największą radością przy organizowaniu festiwalu slajdów podróżniczych?
To, że ludzie w ogóle chodzą na slajdowiska. W dobie internetu, w którym możemy obejrzeć każdy film świata, w dobie rozbudowanej kinematografii, bogatej oferty kulturalnej, zwłaszcza w dużych miastach, ludzie wciąż chodzą na pokazy slajdów. A tych w Warszawie jest nawet kilka dziennie! Cieszy mnie to, że kontakt z żywym człowiekiem, wymiana emocji wciąż jest w cenie. Cudownie jest też obserwować, jak pokaz się zmienia - prowadzący reaguje na publiczność, ma inny nastrój więc inaczej mówi. Dzięki temu, slajdy żyją.

Kasia i Andrzej w Indiach

Przez dwa lata organizowaliście cykl Slajdy Podróżnicze “In Mundo” w Warszawskim Kinie Luna z innymi małżeństwami - Anną i Marcinem Szymczakmi oraz Małgorzatą i Marcinem Złomskimi. To wyjątkowe, że o swoich podróżach opowiadają małżeństwa, wyjątkowe jest też to, że wy wciąż funkcjonujecie, jako podróżujące małżeństwo, choć w ostatnich latach najbardziej typowym podróżnikiem jest podróżnik-samotnik.
My jesteśmy małżeństwem ponad 30 lat i ja wcale nie wiem, jak nasz związek by wyglądał, gdybyśmy nie podróżowali, gdybyśmy prowadzili zwykłe życie praca-dom. Czy my bylibyśmy razem, czy byłoby nam łatwiej? Nie wiem. Nasze życie wygląda specyficznie - z jednej strony przez długi czas żyjemy osobno, na przykład gdy wyjeżdżam nawet na 3 miesiące i chociaż planujemy się spotkać z grupami gdzieś, to plany się zmieniają, grupa się wykrusza, albo trzeba zmienić trasę. Ale kiedy już wracamy do Polski, to jesteśmy cały czas razem. Pracujemy z domu, chodzimy razem na pokazy slajdów, wyjeżdżamy razem we wspólne podróże, które trwają najkrócej miesiąc, a w podróży ludzie są ze sobą jeszcze bliżej. Nie mówię, że we wspólnej podróży jest łatwo, bo po długim rozstaniu zawsze musimy się na nowo dotrzeć. Jeśli jest taka sytuacja, że Andrzej zostaje w domu, a ja jadę z grupą, to po powrocie wchodzę w jakąś jego przestrzeń, którą sobie wypracował. Oraz - po długim czasie zarządzania ludźmi, ustawiania im całego dnia i planowania każdej godziny, ciężko się przestawić, żeby nie traktować też swojego mężą w trybie zarządzającym [śmiech]. A jeśli obydwoje równocześnie mamy wyjazdy przewodnickie, to po powrocie obydwoje usiłujemy zarządzać i znowu - musimy się w nowej sytuacji dotrzeć.

We wspólnej podróży też są trudności.
Są, bo my lubimy się w podróży zmęczyć, wycisnąć z niej maksimum. Ale to jest niesamowity sprawdzian przy okazji. Musisz pójść na jakiś kompromis, zaakceptować słabość drugiej osoby, zrozumieć jej potrzeby i umieć zmienić plany - tak jak w życiu. Podróż, to życie codzienne w pigułce. Pamiętam, że podczas pierwszego wyjazdu, jaki zorganizowaliśmy i prowadziliśmy wspólnie, ciekawe rzeczy działy się między dwoma parami. Byliśmy świadkami ich kryzysów, rozstań, powrotów… Po powrocie pomyślałam, że może powinniśmy organizować takie intensywne trekkingi przedmałżeńskie, na co Andrzej powiedział “Wtedy by ślubów nie było!”, a ja odpowiedziałam “Ale rozwodów też byłoby mniej!”. Wiem, że chociaż podróż bywa naszpikowana kryzysami, ciężkimi i trudnymi chwilami, to też jest to cała masa wspomnień, wspólnie przeżytego czasu, niezapomnianych doświadczeń. Bardzo podziwiam i popieram też podróże z dziećmi, tak jak to robią Szymczakowie czy Złomscy, bo chociaż niektórzy z zewnątrz krytykują “ciąganie dzieci po świecie”, to ja widzę, że przez całą podróż ci rodzice są z i dla tych dzieci.

Ciebie i Andrzeja połączyła pasja podróżnicza?
Poniekąd. Poznaliśmy się w Tatrach, na Rusinowej Polanie. Andrzej urodził się w Gdańsku, ale całe życie mieszka w Warszawie. Kiedy go poznałam, był młodym obiecującym taternikiem, ale jego kariera górska skończyła się… kiedy się ożenił [śmiech]. Na randki jeździliśmy w skałki i w Tatry, ślub wzięliśmy po kilku miesiącach znajomości w kościele na Wiktorówkach, czyli pod Rusinową Polaną. Obiecaliśmy sobie, że na rocznicę ślubu będziemy zawsze na Wiktorówki wracać, ale jeszcze nigdy nam się to nie udało. Z tej naszej pasji górskiej wziął się pomysł na pierwszą podróż - nie chcieliśmy zgłębiać kultury Indii. Chcieliśmy pojechać na trekking w wyższe góry i padło na Himalaje.

Chociaż zaczęło się od gór, to w waszych podróżach nie widzę planów typowo górskich - zdobywania szczytów, ustawiania wyprawy pod pogodę w konkretnym paśmie.
Myślę, że gdyby Andrzej się ze mną nie ożenił, to by się do dziś wspinał i zdobywał kolejne szczyty. Jeździliśmy razem w Tatry, ja się troszkę wspinałam, ale w pewnym momencie na jednej z tatrzańskich ścian stwierdziłam, że mniej mi to daje radości niż generuje dyskomfortu. Przejście jakiegoś odcinka wywoływało euforię, ale stres z tym związany był niewspółmierny. Ja się po prostu tego bałam. Wykrzyknęłam wtedy, że wolę być dzielną turystką niż dupą taternikiem i zdecydowałam, że nie będę się wspinać. Nigdy nie zabroniłam Andrzejowi wspinaczki, ale tak się nasze losy potoczyły, że skupiliśmy się na podróżach, odbywaliśmy długie trekkingi i to nam się niesamowicie spodobało. Do dziś odbywają trekkingi napotykamy na trudności - jeśli z jakiejś przełęczy jest bardzo strome zejście, to go nie wybierzemy, chociaż wiem, że Andrzej by chciał. Ale w górach nie ma takiej możliwości, żeby osoba, która się boi, narażała się i naginała swoją strefę dyksomfortu, bo to jest po prostu niebezpieczne. Andrzej rekompensuje sobie potrzeby górskie, zapuszczając się z aparatem w kolejne szczyty. Ja czekam przy biwaku, a on kompletnie traci głowę i poczucie czasu przechodząc z jednego pagórka na drugi. Mnie to wkurza, bo się martwię i czekam i nie wiem, co się z nim dzieje, ale kiedy wraca szczęśliwy - nic mu już nie mówię [śmiech].

Czyli macie różne potrzeby w podróży?
Trochę różne. Ja uwielbiam w Himalajach zatrzymać się w lokalnym domu - tak zresztą spędziłam jeden z najpiękniejszych urlopów. Mieszkałam kilka dni u jednych i kilka u drugich znajomych w ich domu w górach, pracując z nimi na polu i żyjąc z nimi. Wróciłam niesamowicie naładowana energią! Wiem, że Andrzeja takie spędzanie czasu by zmęczyło, po jednej nocy już chciałby pójść dalej, zobaczyć, co jest za kolejnym wzgórzem.

Kasia w Indiach

Trudno jest wypracować kompromis w takim życiu?
Nam nie było tak trudno. Andrzej wrócił teraz po latach do nart i jeździ na narty, ja w tym czasie jeżdżę zwiedzać miejsca, które mnie bardziej interesują. Dużo rzeczy robimy osobno, mnóstwo robimy razem i cały czas te nasze ścieżki się ze sobą splątują. Nawet jeśli jakiś pokaz prowadzę sama, to podpisujemy się pod nim wspólnie, bo to Andrzej zrobił zdjęcia i odbyliśmy tę podróż wspólnie.

Podróżujesz od wielu lat i od wielu lat wysłuchujesz relacji różnych ludzi z podróży. Czy zauważyłaś, że podróżnicy się zmieniają?
Podróżnicy zawsze muszą mieć jedną podstawową cechę wspólną - muszą być ciekawi świata. Ale zauważyłam, że coraz częściej podróżnicy nie odbywają podróży tylko “realizują projekt”. Czasem te projekty mają dużo sensu i są bardzo wartościowe, czasem napompowane są dumnymi hasłami “misja, wizja, telewizja”, a efekt jest tak naprawdę mizerny. Zauważyłam, że niektóre projekty mają niebywale rozdmuchany marketing, który można bardzo szybko zweryfikować podczas pokazu slajdów. Ale oczywiście - zdarzają się projekty bardzo ciekawe i świetnie zrealizowane, chociaż to jest moim zdaniem zupełnie inny styl podróżowania. Taka podróż z celem, podróż “po coś”. Zmienił się też sposób relacjonowania, który bardzo ułatwił internet. Prawie każda podróż połączona jest z prowadzeniem bloga i relacjami na żywo. Co za tym idzie - zmieniło się podejście do czasu podróży. Kiedy my pierwszy raz jechaliśmy na pół roku, wzbudzało to ogromną sensację. Dziś wiele osób decyduje się na wyjazdy kilkumiesięczne, albo w ogóle bez ustalonej daty powrotu i to jest dobre, bo naprawdę swobodnie korzystają z tego czasu. Zauważyłam też rozkwit podróżniczych reportaży - wielu podróżników, czy dziennikarzy, zagłębia się w jakieś zagadnienie i dostarcza nam naprawdę szczegółowych informacji. I to mi się podoba, że ludzie zamiast zwiedzając cały kraj, skupiają się na jego fragmencie i poznają go do głębi. A technicznie… pakujemy dziś dużo więcej kabelków [śmiech].

Podróże z celem a podróże reporterskie to dwie różne rzeczy.
Podróż z celem czasem, jak na mój gust, jest za bardzo wystylizowana. Czasami też nie dochodzi do skutku “bo sponsor nawalił”. Nie bardzo rozumiem takie podejście, bo my jeździliśmy zawsze tam i wtedy, kiedy kiedy mieliśmy na to swoje fundusze. Wydaje mi się, że za dużą wagę zaczynamy przywiązywać do celów, otoczki, opisów. Żeby iść na trekking, nie trzeba organizować “pierwszej pieszej wyprawy bez wsparcia z zewnątrz”. Wystarczy po prostu wziąć plecak i iść w góry.

Podróż stała się produktem?
Podróże są produktem od dawna, chociaż kiedy my zaczynaliśmy naszą działalność, bardzo nas to określenie mierziło. Dziś profesjonalni podróżnicy, którzy chcą zrealizować jakiś cel, zarabiać na podróżowaniu, muszą brać pod uwagę, jaki produkt lepiej się sprzeda. Ale trochę szkoda, że coś najpiękniejszego na świecie zaczyna być ograniczane przez sponsorów, wyścig o jakieś pierwszeństwo, zdobywanie rekordów. W efekcie, między ludźmi którzy podróżują - bez względu na to z jakim budżetem i celem - tworzy się cichy podział. Trochę mnie bawią, a trochę martwią jałowe dyskusje, kim jest podróżnik, kim jest globtroter, a kim turysta… Miałam kiedyś taką sytuację, że podczas jednej z wycieczek z grupą spotkałam znajomego podróżnika, który wdał się w miłą rozmowę z jedną z moich uczestniczek. Wszystko było ok do momentu, kiedy się dowiedział, że dziewczyna przyjechała do Indii ze zorganizowaną grupą. W tym momencie - zaczął ją traktować z góry. Jako tego “podróżnika gorszej kategorii”, “leniwego turystę”. Widzę, że wartościowanie zmienia ludzi, a przecież każdy może i powinien podróżować tak, jak chce i pozwala mu na to własna osobowość. Myślę też, że własne podróżowanie nie powinno być produktem, ale może potrzeba do tego odwagi i pewności realizowania swoich marzeń, żeby zrobić coś… po prostu dla siebie.


Rozmawiała: Iśka Marchwica
Katarzyna i Andrzej Mazurkiewiczowie zapraszają na 16. Festiwal Slajdów Podróżniczych “TERRA” do Kina Wisła (pl. Wilsona 2, Warszawa), w dniach 3-4 grudnia 2016. Pokaz slajdów Mazurkiewiczów “Turcja - między Araratem i Eufratem” otworzy Festiwal!