• Od początku
  • Czytam
  • Leszek Cichy: Góra będzie czekać, ale być może już nie na nas... [WYWIAD]


Leszek Cichy: Góra będzie czekać, ale być może już nie na nas... [WYWIAD]

Kiedy po zimowych igrzyskach olimpijskich w 1980 roku reprezentacja narodowa powróciła do kraju ani razu nie stanąwszy na podium, Leszek Cichy i Krzysztof Wielicki przywrócili wiarę w polskich sportowców. 17 lutego tego samego roku jako pierwsi zdobyli Mount Everest zimą, skupiając na Polsce spojrzenia całego świata.
Z panem Leszkiem Cichym rozmawiam po ponad 26 latach od tamtych wydarzeń. Razem przyglądamy im się przez pryzmat ówczesnej rzeczywistości. Rozmawiamy jednak nie tylko o tym, co już było, ale przede wszystkim o tym, co dopiero nadejdzie. 
 
Emilia Klimasara: Znajdujemy się w Centrum Górskim Korona Ziemi w Zawoi, którego jest  pan kustoszem…
Leszek Cichy: To wiąże się z moją historią. Jako pierwszemu Polakowi udało mi się  skompletować tę Koronę Ziemi.  Szczerze? Technicznie nie  jest to czymś szczególnie trudnym.  Wymagało  jednak  wiele czasu i  zabiegów. Był moment, w którym bym w ogóle o tym nie pomyślał. O ile Everest udało mi się zdobyć z wyprawą narodową, o tyle inne szczyty nawet nie pojawiały się w mojej wyobraźni.  Nigdy bym nie pomyślał, że pojadę na Antarktydę. To 25 tysięcy dolarów. W Polsce, w okresie lat 70. i 80. to była niewyobrażalna suma. Na szczęście po zmianach ekonomicznych pracowałem w banku, który potem został sponsorem moich wypraw. 

Czym dla Pana jest pełnienie funkcji kustosza Centrum Górskiego? 
Każdego z gości witam tutaj z radością. Natomiast ze szczególna radością witam młodych ludzi. Ich obecność pokazuje coś, co jest mi bardzo bliskie – nie tylko romantyczną miłość do gór, ale chęć młodych ludzi do aktywnego spędzenia czasu. 

Leszek Cichy w CGKZ, fot. E. Klimasara
Naprawdę uważa pan, że góry są tak ważne w rozwoju młodych ludzi?
Góry czynią ludzi  lepszymi, a już na pewno w górach łatwiej jest  poznać  kogoś.  Bo o ile mówi się, że żeby kogoś poznać trzeba z nim zjeść beczkę soli, o tyle wydaje mi się, że w górach trzeba zjeść tylko niewielką część tej beczki. 

Na spotkanie przyjechał pan razem z wnukami. Jutro planujecie zobaczyć wschód słońca ze szczytu Babie Góry. Czy mając tak ogromne osiągnięcia w himalaizmie można jeszcze patrzeć na góry niższe ze sportowym pożądaniem?
W każdej górze można odnaleźć coś wyjątkowego. Na wierzchołku Kilimandżaro byłem około 25 razy, ale za każdym razem wchodzę tam z ogromną  radością. Już nie dla swoich emocji, ale dla wspólnego przezywania emocji ludzi, dla których  to prawdopodobnie będzie pierwsze i ostatnie wyjście na tę górę.  Dla ich lęku, mobilizacji, satysfakcji. Wchodzę emocjami innych. A Babia Góra… Przecież to najwyższa góra w Beskidach, ba – najwyższa góra w Polsce – poza Tatrami. Spójrzmy na to w ten sposób…

W jednym z wywiadów powiedział pan, że w każdym z nas jest pewien strach. Czy ten strach zmienia się wraz z kolejnymi zdobytymi szczytami, kolejnymi wysokościami…
Wbrew pozorom alpiniści – poza jakąś skrajną grupą – działają całkowicie racjonalnie. Oczywiście to nie jest tak, że my od razu idziemy na Everest. Powiem szczerze, że bardzo dużo osób dochodzi do momentu, w którym mówi, że jest to jednak za duży wysiłek, zbyt ryzykowny, zbyt zajmujący – przecież my schodzimy z gór i od razu myślimy o następnej wyprawie. Bardzo wiele osób rezygnuje, ale ci, którzy zostają – muszą zmierzyć się w pewnym momencie, szczególnie we wspinaczce sportowej, z koniecznością akceptacji (nie przyzwyczajenia) pewnego obiektywnego poziomu ryzyka, które istnieje w górach. Mnie wystarcza wewnętrzna świadomość, że moje działanie nadmiernie nie przyczynia się do zwiększenia tego ryzyka. Czyli że ja robię wszystko, co powinno podlegać takim ścisłym regułom bytności w górach. Jeżeli tak, to mnie to wystarcza. Wtedy ten strach gdzieś odsuwam. Strach… jeśli to nie jest strach paraliżujący alpinistę, to w pewnym momencie staje się motywujący. I w pewnym sensie przyczynia się do bezpiecznego wspinania.

Czy w himalaizmie można mówić o rutynie, wypaleniu?
Bardzo wielu alpinistów w pewnym momencie przestaje się wspinać. Na przykład z powodu założenia rodziny uznają, że jest to zbyt niebezpieczne. Ale ja nie potrafię sobie wyobrazić, żeby ktoś w ogóle rozstał się z górami. Góry na szczęście umożliwiają bardzo różny poziom. Możemy chodzić najostrzejszymi ścianami, nowymi drogami, pokonywać wielodniowe wspinaczki najtrudniejszymi ścianami, ale możemy zdobywać szczyty w sposób niewymagający aż takiej techniki, albo niższe góry. Możemy powiedzieć, że w Himalajach naprawdę trudno jest pomyśleć o zrobieniu czegoś nowego. Everest zdobyto już tyloma drogami, wspinano się latem i zimą, z innymi szczytami jest podobnie. Ale na szczęście jeśli możemy powiedzieć, że himalaizm jako taki ma już swoje ograniczenia, o tyle himalaizm nigdy nie skończy się dla mnie, jako indywidualnego himalaisty. Szczytów ośmiotysięczników jest czternaście, ale szczytów mających powyżej siedmiu tysięcy metrów jest ponad trzysta! A więc ja, jako himalaista nigdy wszystkich tych wysokich szczytów nie zdobędę, czyli ciągle mam jeszcze coś przed sobą.

Między innymi K2! Nie wzywa?
No tak. Uczestniczyłem w czterech wyprawach na K2, w tym jednej zimowej. Za każdym razem osiągałem ten najwyższy punkt, ale nie było nam dane…

Teraz jak myślę o moim Nanga Parbat, to stwierdzam, że nie powinienem był tego robić i chyba nikomu bym tego nie radził, ale przynajmniej zostaje uczucie szczęścia.
 
Ale udało się z Everestem – jako pierwsi, razem z Krzysztofem Wielickim, zdobyliście panowie najwyższą górę świata zimą. 
Każdy z nas był wtedy bardzo mocno zmotywowany, żeby osiągnąć ten wierzchołek. Myśmy wiedzieli ile włożyliśmy w to pracy i energii. Ale mówiąc "my" mam na myśli nie tylko naszą dwójkę. To była wyprawa dwudziestu Polaków. Szesnaście osób zakładało obozy. Razem pokonywaliśmy te wszystkie trudności i tak naprawdę brakowało nam tylko ostatniego elementu – wejścia na wierzchołek.

Jak wyglądało życie "po Evereście"?
Przypomnijmy czasy – wróciliśmy  bodajże 8 maca 1980 roku, a już w lipcu i sierpniu rozpoczęły się strajki, chwilę później były puste półki i jak to powiedział Krzysztof  "Od świadomości, że się było na Evereście na gwoździu wcale nie żyje się łatwiej". Ale uniknęliśmy chyba wody sodowej. Pomimo że byliśmy najmłodsi, byliśmy chyba dostatecznie dorośli, żeby jej uniknąć.

Jak w takim razie będzie wyglądał polski himalaizm za kilka, kilkanaście lat?
Ja mogę się tylko cieszyć, że moja przygoda z himalaizmem rozpoczęła się na początku lat siedemdziesiątych. Teraz te wszystkie z tras, które wtedy dopiero zdobywano, są o wiele bardziej dostępne. W czasie pierwszej mojej wyprawy na K2, w 1976 roku, dojście do bazy zajmowało nam dwa tygodnie. Obecnie dochodzi się w sześć dni – poprawiono ścieżki, zbudowano kilka mostów, droga jest lepiej przygotowana, tragarze są lepiej wyposażeni. W tamtym okresie były to wyprawy zdobywcze. Teraz robi się to bardziej dla sportu. Najdłuższe wyprawy trwają dużo krócej, ale świat również przyspieszył. 

Pozbawiamy góry mistycyzmu i traktujemy je coraz bardziej sportowo?
To zależy od indywidualnego stosunku. Możemy iść na Giewont w samym środku sezonu turystycznego i stać w kolejce, ale możemy też iść na niego w połowie maja czy listopada – wyjść wcześniej i być tam samemu. Czuć się tak jakbyśmy byli pierwszymi zdobywcami tej góry. 

Został pan przewodniczącym komitetu organizacyjnego projektu Polskie Himalaje 2018.
Jego pomysłodawcą był Janusz Kalinowski – dziennikarz sportowy PAP. Założenie jest takie,  żeby na 100-lecie odzyskania niepodległości podkreślić osiągnięcia himalaistów, które dokonały się w tym czasie. Powstało hasło "100 polskich sukcesów Himalajach na 100-lecie odzyskania niepodległości". Chcieliśmy stworzyć taką jesień w Katmandu. Oczywiście z dojściem do bazy, nie ze zdobywaniem Everestu. Liczymy, że w projekcie udział weźmie około  tysiąca osób. 

A kryteria wyboru uczestników?
Każdy z nich jest zarejestrowany. Każdy dostaje "paszport biegacza", w którym ma mieć udokumentowanych kilka pogadanek przygotowujących do Everestu. Musi zdobywać stemple w biegach organizowanych w całej Polsce, no i oczywiście konieczne są badania lekarskie. Będziemy wymagali również wykonania testu Coopera, czyli testu wytrzymałości. W każdej 15-osobowej grupie jest przewidziane miejsce dla lekarza i jedno miejsce dla człowieka, który już był na Evereście. To może być alpinista, albo zwykły turysta, ale będzie to ktoś, kto już tę trasę pokonał wielokrotnie. Będziemy się starali, żeby zrobić to maksymalnie bezpiecznie.
 
Obserwowałam pana relację z wnukami. Jest bardzo dobra. Przekazuje pan im swoją pasję?
Nie muszę. Sami to odkrywają. Oczywiście, pokazuję im na czym polega wspinaczka i na czym polega odpowiedzialne chodzenie po górach – nie biegiem, żeby to nie było zdobywanie góry, a wejście na górę. Pamiętajmy, że jeżeli nie zdobędziemy góry teraz, to góra poczeka, a jeżeli zaryzykujemy zbyt dużo to góra też będzie czekać, ale być może już nie na nas… 
 
Emilia Klimasara z Leszkiem Cichym rozmawiała w Centrum Górskim Korona Ziemi w Zawoi, po spotkaniu z himalaistą 27 sierpnia 2016 r.

fot. archiwalne z ksiązki Bogdana Jankowskiego "Zbigniew Kowalewski; Andrzej Paczkowski (1986) Mount Everest - Dzieje zdobycia i Podboju", Warszawa: Wydawnictwo Sport i Turystyka, ss. 176 ISBN 83-217-2527-9
Celebracja w bazie pierwszego zimowego wejścia na Mount Everest dokonanego 17 lutego 1980 przez Krzysztofa Wielickiego i Leszka Cichego - fot. Wikipedia.org
 
Zdjęcie ze spotkania 27. sierpnia 2016 - fot. Emilia Klimasara